„I’m sexy as hell, but I cover my face.”

deadpoolbar

Jeżeli istnieje coś bardziej irytującego, niż kolejka do damskiej toalety, to są nimi ludzie próbujący udawać mądrzejszych od ciebie. No wiecie, chcecie rozładować sytuację, sypnąć dowcipem, a ci wam udowodnią, że jesteście głupkami bo nie rozmawiacie non stop o-poważnych- kwestiach. Gdybym miała na takie rzeczy ochotę włączyłabym sobie dramat, ewentualnie programik pokroju „Trudnych spraw” (polecam odcinek z Dariuszem).

W ten właśnie sposób w świat kina super bohaterów wszedł sobie „Deadpool”. Filmowa kategoria R, głosy oburzenia, że produkcja jest wulgarna i w ogóle kino dla gimnazjalistów. Skoro mamy w tym świecie zróżnicowanie, to dziwi mnie zdumienie ludzi, którzy nawet nie tkną palcem, żeby wyszukać sobie ów tytuł. Może dowiecie się dzięki temu jaka była koncepcja powstania  i czy warto iść z 13- latkiem (see what I did there).

Jak zwykle obejrzałam tę produkcję po tym, gdy opadła wrzawa, zresztą nic dziwnego, biorąc pod uwagę mój brak subordynacji. Pamiętam tylko plakat i wyzywającą pozę naszego protagonisty. Czy mnie tym zachęcił? Ależ oczywiście.

Zacznijmy od tego, że film kupił mnie samym początkiem, czyli panem w czerwonym stroju, próbującym coś szkicować. Takie malunki skojarzyły mi się z marszu z cyklem „Charlie the Unicorn” i nie bez powodu, jeśli dotrwacie do napisów końcowych. Ale nie o tym miałam mówić. „Deadpool” ładnie przeplata się z elementami retrospekcji, zatem otwarcie filmu jest zwieńczeniem fabuły , no i jest to zabieg dobry.

Historia opowiada o tym jak Wade Wilson, jegomość trudniący się specyficznym fachem, dowiaduje się, że ma pewien problem. Ów problem spowoduje, iż postanowi poddać się niebezpiecznym i nie zatwierdzonym przez rząd eksperymentom (a jakże), które zmienią go nie do poznania. I w sposób dosłowny, to nie będzie „Spider- Man” vel Andrew Garfield, którego nawiasem lubię. Cała twarz, jak i postura Wilsona przybierze postać mało atrakcyjną, więc Wade postanowi nosić maskę i fikuśny outfit, który pozwoli mu zakryć krew (trzeba oszczędzać na wodzie). Po co tak właściwie? Dla zemsty.

Film bardzo ładnie rozprawia się z kinem adaptującym komiksy, a mianowicie rubasznie żartuje z konwencji. Jak jest walka ze zbirami, będzie bezsensowne liczenie naboi, mimo, że broń leży obok przy zmasakrowanych  wrogach. No i właśnie jest masakra, dużo masakry, to nie jest okrojone mordobicie pokroju PG- 13. Oczywiście nie przesadzałabym z tym szkarłatem na ekranie, acz nie da się ukryć, że Deadpool grzeczny nie jest.

Od groma niecenzuralnych dialogów, seksualne podteksty w najmniej odpowiednich momentach, to właśnie jest wizytówką tej produkcji. W opisie filmu widnieje, iż nasz bohater „uwalnia alter ego”, ale ja tego tak nie odczytuję. Od początku Wilson miał swoje specyficzne poczucie humoru i nie krył się z zamiłowaniem do rzeczy, które nie pasują do wizerunku herosa z komiksu. Wade słucha „Wham!”,  przy ponownym spotkaniu z ukochaną chce jej puścić „Careless Whisper”, a przód taksówki zalicza wchodząc… zresztą co ja będę zdradzać.

Dodatkowo film posiada bogaty zasób aluzji dla każdego miłośnika popkultury. Będzie i o Wolverinie i o magazynie „People”, Ryan Reynolds odniesie się dowcipnie do swojego występu w klapowatej „Zielonej Latarni”, a i nie zabraknie autoironicznych napisów początkowych. Choć jest klisza, będzie ona całkiem niebanalna, w końcu nie chodzi o to, żeby być typowym.

who-mutants-deadpool

W produkcji tej odnajdziecie standardowe cameo Stana Lee, a także kilka pobocznych postaci dodających barw filmowi. Zatem prócz czarnego charakteru z brytyjskim akcentem oraz jego pomocnicy, znajdzie się też ktoś z „X- Men(ów)”: chcący sprowadzić Deadpoola na właściwą drogę Colossus, oraz „zbuntowana nastolatka” vel Negasonic Teenage Warhead. Przyznam szczerze, gdyby nie ostatnia dwójka nie miałabym tak pozytywnych odczuć względem  filmu. Wystarczy nadmienić tylko jak zabawnie kontrastują moralne wywody Colossusa z poglądami Wade’a, czy zgrywanie się Deadpoola z młodej X-Menki. Wszystko jest bardzo dobrze przemyślane, nawet utwór hip- hopowy, gdy wspomniana trójka idzie zetrzeć się z przeciwnikami. Jest coś ciekawego w ujęciu tak różnych od siebie osób, których złączył wspólny cel. Niektórych też zastanawia dlaczego postawiona na taką, a nie inną muzykę. No cóż, jak dla mnie to jest właśnie strzał w dziesiątkę, wystarczy spojrzeć na dopasowanie tytułów („X Gon’ Give It To Ya”).

Deadpool to są oczywiście przede wszystkim komentarze samego… Deadpoola. Wiem, brzmi śmiesznie, pewnie czytaliście  od groma recenzji zwracających uwagę na to, że Wilson odnosi się bezpośrednio do widzów, czyli burzy czwartą ścianę. Ten znak rozpoznawczy naszego anti- hero to miód na me  serce, nie raz bowiem zastanawiam się, co właściwie dzieje się w takiej, a nie innej chwili. To właśnie podoba mi się w tej produkcji: pokazuje język w stronę przesadnej patetyczności i nie próbuje robić za coś więcej, niźli blockbustera.

Oczywiście nie będę kryła swojego uprzedniego malkontenctwa: nie byłam przekonana, czy Ryan Reynolds sprawdzi się w roli tytułowego bohatera. Problemem był też fakt, że nie zapoznałam się z komiksowym pierwowzorem i do tej pory nie wiem, czy słusznie robię puszczając tę opinię w obieg. Co prawda i tak pewnie bym kliknęła „opublikuj”, ale to na marginesie.

Siła produkcji nie tkwi w efektach specjalnych: owszem są na poziomie, ale widać w tym filmie przede wszystkim serce i pasję osób odpowiedzialnych za powstanie dzieła. Ryan Reynolds rewelacyjnie pokazał gamę charakterów u Deadpoola- nie jest w końcu łatwo być zabawnie upierdliwym, wrednym, miłym, okrutnym, czy jednocześnie zadurzonym. To sprawia, że pojawia nam się wytwór z iskrą, choć głosy niezadowolenia są dla mnie poniekąd zrozumiałe.

Nie każdy ma ochotę oglądać miazgę, czy nieprzyzwoite słowa na ekranie. W końcu główny obiekt uczuć Wade’a czyli Vanessa, też nie jest eteryczną panną bez złych wspomnień. Oczywiście wątek romansowy nie został jakoś spektakularnie zaprezentowany (team Peter Parker and Gwen Stacy!)  i to powoduje, że film ów nie będzie przełomowy, ale jako rozrywka dla lubiących sobie od czasu do czasu dać luzu sprawdza się dobrze.

Czy zatem warto obejrzeć „Deadpoola”? Trzy czwarte wchodzących tu i tak już go widziało, a jedna trzecia ma tę opinię w głębokim poważaniu. Ale mówię wam, że warto, lubię sobie od czasu do czasu wyjść z jaskini, jako żem  blogerka ninja.

Ps. „Deadpool” jako męska odpowiedź na „50 twarzy Grey’a”, seriously? Niektórym jednak brak polotu.

Wiesz, Nana…

nana

Zastanawiam się, czy jest sens pisać o czymś, co nie tyle wyleciało z głowy, a raczej nie mogło z niej wyjść. Brzmi bez sensu? Być może, ale chodzi mi o sytuację, gdy pomimo przestoju w konsumowaniu dóbr popkultury wciąż trudno nam zapomnieć o tytule, który widzieliśmy jakiś czas temu. W moim przypadku chodzi tu o „Nanę”- anime stworzone na podstawie mangi Ai Yazyawy, twórczyni cudownego (wizualnie) „Paradise Kiss”. Problem z tym dziełem jest o tyle trudny, że nie potrafię o nim opowiadać w czysto recenzencki sposób. Kolejny raz ujawnia się mój brak obiektywizmu. To nie jest coś z czego jestem dumna, ale zawsze było kartą przetargową w zestawieniu z lepszymi tekstami.

Zacznę od tego, że kreska, jaką posługuje się autorka jest dość specyficzna. Niektórzy nadają jej miano „anorektycznej”, co być może uogólnia, acz nie da się ukryć, że większość postaci w „Nanie” właśnie tak wygląda. Wyszłabym nawet z założenia, że im chudsza jest osoba, tym będzie atrakcyjniejsza dla tamtego uniwersum. Z drugiej strony, gdy weźmiemy pod uwagę lansowany obecnie kult ciała, nie powinno dziwić, że Ai Yazawa w taki sposób prezentuje swoją wizję piękna.

Ale wróćmy do początku. Historia rozpoczyna się kiedy dwie, z pozoru różne dziewczyny wpadają na siebie w pociągu do Tokio. Pierwsza z nich- Nana Komatsu, to wesoła dwudziestolatka, non stop mówiąca o swoim chłopaku Shojim. Druga z nich- Nana Osaki to stonowana, nieco onieśmielająca punkówa, mająca słabość do papierosów. W trakcie długiego postoju bohaterki bliżej się poznają, a zrządzeniem losu spotkają jeszcze nie raz w nowym mieście.

Ciekawym aspektem opowieści będzie przede wszystkim życiowa niepewność. W żadnym wypadku obie Nany nie będą od razu odnosić sukcesów. Komatsu, zwana pieszczotliwie Hachi (z powodu swojego „psiego” usposobienia), pomimo rzucenia się w ramiona ukochanego od razu zderzy się z rzeczywistością. Shoji będzie przychodził zmęczony, ona mu coś ugotuje, ale szybko zda sobie sprawę, że nie tak winno wyglądać bytowanie kochanków. Postanowi zatem znaleźć sobie lokum oraz pracę i tak, jej współlokatorką będzie nie kto inny, tylko właśnie druga Nana. Cudowne w tym wszystkim jest to, że przyjaźń kobiet będzie momentami też egoistyczna, bo tak (moim zdaniem) wygląda nasza egzystencja. Hachi- Nana będzie zatem zafascynowana faktem, że Nana Osaki pragnie robić muzyczną karierę, będzie nawet zazdrościła, że Osaki ma też inne fanki, ale wszystko to sprowadza się do jednego punktu. To, że ktoś pragnie spełnić swoje najskrytsze marzenia nie oznacza, że przyjdą one z łatwością.

3da840a84312c0_full

Bo oto do naszych dwóch Nan, dojdą też inni protagoniści w mniejszym bądź większym stopniu wpływający na przebieg fabuły. Mamy więc kolegę z dzieciństwa Osaki- perkusistę Yasu, który trzyma w ryzach stabilną (na pokaz) dziewczynę, jej szkolnego znajomego Nobu, który mimo bogatych rodziców wybiera trudniejszą drogę, oraz młodego acz doświadczonego życiowo Shina, wplątanego w zawiłe relacje ze starszymi kobietami. Wraz z Naną Osaki są członkami bandu Black Stones, a  ich prasowym rywalem jest Trapnest- popularna grupa  z eteryczną wokalistką Reirą na czele. Jednak nie ona jest tutaj istotną osobą dla świata dwóch kobiet, ale to już musicie zobaczyć sami.

Przebieg serii rozpoczyna się retrospekcjami. W formie listu do Nany Osaki, Hachi stara się opisać swe refleksje z czasów, gdy razem mieszkały. Co ciekawe, nasze pojęcie o paniach zmienia się wraz z zastąpieniem narratora. Z obiektywnego punktu widzenia Hachi wydaje się więc naiwną, niestałą w uczuciach trzpiotką, nie mogącą przystosować się do życia. Tak naprawdę to od razu polubiłam jej osobę, właśnie z powodu wspomnianej oceny. Nie byłam też entuzjastką jej rzekomej przyjaciółki Junci, która nic tylko beształa Nanę i nie potrafiła dać oparcia. Gdybym była sama, w wielkim mieście, nie czułabym się przyjemnie, zwłaszcza w chwili, gdy spotyka mnie związkowy kryzys. Prócz tego uważam, że kwestia [spoiler] zdrady Shojiego została przez Juncię potraktowana po macoszemu [/koniec]. Czułabym się co najmniej okropnie, gdyby znajoma sprowadzała wszystko do stwierdzenia „co też ona odwaliła”. Pewnie przesadzam, ale tak właśnie to widzę.

Zupełnie inaczej prezentują się uczuciowe losy Nany Osaki. Choć zdawać się może sztampowym przykładem twardej laski, tak naprawdę skrywa mnóstwo traum. Odrzucona przez matkę była dłuższy czas zdana jedynie na siebie i dlatego zawsze się izolowała. Widać to zwłaszcza w jej (konfundującym) związku z Renem, który wpływał na Osaki w skrajny sposób. Ta dwustronnie nasycona namiętność napędzała każdą ważniejszą decyzję Nany. Poza tym, gdy Nana poczuła, że Hachi się od niej oddala, potrafiła zrobić wszystko, żeby ją zatrzymać. Jak widać nie tylko Komatsu jest pełna konkretnych oczekiwań. Podoba mi się takie miksowanie perspektywy, bo odkrywa, że bardzo lubimy przywdziewać maski.

Jak pewnie się domyślacie, lwia część serii skupia się na muzycznym środowisku. Widzimy więc od podszewki jak wygląda życie bandu, co trzeba poświęcić aby dojść na szczyt, choć rzecz jasna nie nadejdzie to tak szybko. Początkowo są rozterki i frustracje, obawa przed poważniejszym występami, czy konieczność podporządkowania się schematom. Widać to chociażby wtedy, gdy menadżerowie Black Stones i Trap Nest nie pozwalają parze z przeciwnych zespołów spotykać się, w obawie przed reakcją mediów. Wszystko jest też pełne wyrzeczenia- przykładowo przystojny i zimny Takumi skupia cały wolny czas na promocji Trap Nest, a Yasu z Black Stones będzie zmuszony porzucić prawo, aby zająć się sprawami grupy.

Bardzo dobrze sprawdza się rockowy motyw w pierwszym openingu. Tekst „I need your love, I’m a broken rose” wielokrotnie szumiał mi w smutniejszych chwilach, nie ukrywam też, że parę razy uroniłam łezkę. Moim faworytem jest również głos Nany Osaki, zdubbingowanej przez Romi Pak. Warto dodać, że każdy z członków Trap Nest i Blast zasługiwałby na swój oddzielny serial: są to bardzo autentyczne gamy osobowości, z którym można się utożsamić.

Niestety, tych którzy być może mają ochotę zabrać się za czytanie mangi, muszę uprzedzić, iż nie została ona dokończona przez autorkę z powodów zdrowotnych. Marzy mi się, by Ai Yazawie udało się kiedyś zwieńczyć „Nanę”, bo jest to historia godna najzacniejszej noty.

Chcąc zostać behawiorystą.

Twórcy „Hannibala” nie zwalniają tempa. Choć pierwsze odcinki drugiego sezonu rozpoczęły się istną petardą, nie czułam się wciągnięta środkowymi epizodami. Mimo odłożenia seansu na wiele tygodni, nie miałam problemu z wejściem w dalszą akcję, która z minuty na minutę stawała się coraz bardziej absorbująca. Nie wiem jak Fuller i spółka to robią, ale udało im się wytoczyć istną armatę na zakończenie historii. Jest niezwykłą dla mnie rzeczą takie zaprezentowanie fabuły, by widzowi pozostała w głowie jedynie mocna końcówka. Muszę się też przyznać, że w niektórych scenach naprawdę się emocjonowałam, a uczucie dramatyzmu pozostało mi do teraz. Dziś będę więc odnosić się do swoich refleksji dotyczących finału „Hannibala”, więc jeżeli nie macie za sobą drugiego sezonu lepiej nie czytajcie dalej.

To co od razu przykuło moją uwagę to fakt, że postaci naprawdę przeszły przemianę w stosunku do pierwszych odcinków. Will nie miota się (dosłownie i w przenośni) w klatce, stał się wyciszony, bo wie jaką przyjąć taktykę. Freddie Lounds jest nad wyraz spokojna jak na dziennikarkę stosującą zagrania poniżej pasa. Jacka już nic nie zatrzyma by pokonać Hannibala- czując, że traci najbardziej kochaną osobę w życiu, jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Alana przestała zwalać wszystko na niestabilnego Willa, zdała sobie sprawę, że została oszukana tak jak większość ludzi. Sam Lecter zaś został obnażony. Will go poznał i odkrył w nim te cechy, które mocno chował. Co bowiem widzimy, gdy Hannibal zniża się do Willa? Smutek, prawie płacz, Lecter wciąż chyba nie może uwierzyć, że został zdradzony przez swojego towarzysza. Czyżby odruchy kanibala stawały się (o ironio) ludzkie? To katharsis dopełnia się poprzez postać Abigail, która była ważna tak dla Lectera, jak i dla Grahama. Niejednokrotnie bowiem Will ma wręcz pretensje do swojego mentora za to, że tak potraktował ich „córkę”. Graham w trakcie pierwszego sezonu znalazł wspólny język z Abigail, bo cóż innego mogłoby ich łączyć, jak nie traumatyczne doświadczenia.

Fakt, że Hannibal ukrywał rzekomo zabitą dziewczynę świadczy o jego enigmatyczności. Planowanie naprzód jest owszem- godne podziwu, choć można odnieść wrażenie, że Lecter do końca nie przewidział, jak zachowa się Will. Mimo, iż niezbyt zdziwiło mnie, co pod koniec postanowił zrobić Hannibal, poczułam ukłucie w brzuchu- być może dlatego, że historia wryła mi się w pamięć. Scena pożegnania Lectera i Willa jest pełna emocji, napięcie między tą dwójką rośnie, a zwyczajne gesty takie jak dotykanie twarzy, czy objęcia wypadają nad wyraz niezwykle. Wcale się nie dziwię, że internet tak chętnie posługuje się fragmentem, w którym Will „przywiera” do Hannibala, bo wydaje się to niezwykle intymna sprawa. Powiecie, jak to jest możliwe, że zadanie komuś rany może mieć taki charakter? Odpowiedź na to znajdziecie w jednej z rozmów, gdy Graham zapytany przez Lectera o najlepszy sposób na morderstwo mówi o zabiciu gołymi rękami. Nie pistoletem, który odbiera cały sens spełnienia zemsty, tylko zanurzenie się w osobę ofiary/killera. Kwestia takich wyznań rozpoczęła się zapewne od odcinka z pracownikiem muzeum, mającym problemy z tożsamością.

Im dalej w serial tym straszniej, a nawet i halucynogennie. Wydarzenia z pogranicza realizmu i surrealizmu szybko się mieszają, nie wiemy już co jest prawdą a co nie, a dopełnia to finał sezonu. Wszystko bowiem zdaje się groteskową radością Hannibala, przechodzi on między swoimi ofiarami, a w deszczu refleksyjnie zamyka oczy w kierunku nieba, mijając leżącą na schodach Alanę. Dodajmy do tego przejmującą muzykę, a dostaniemy dziwny sos, nie pasujący do typowych kryminałów. To właśnie wyróżnia „Hannibala” od innych pozycji, bo twórcy doskonale zdają sobie sprawę z chwytów, które wymieniłam. W żadnym wypadku nie mamy do czynienia z ordynarnym dochodzeniem, bo też i zabójca nie jest w żadnym stopniu ordynarny. Gdy Hannibal powiedział Willowi, że mu wybacza wiedziałam, że zostałam już kupiona.

Trzynasty epizod za motyw przewodni wybrał sobie odgłosy zegara. Czas jest bowiem rzeczą nieuchronną, a stwierdzenia Hannibala odnośnie tematu przypominają mi fragment z innej produkcji. W filmie „Przysięga” bogini, która obdarowała niezwykłą urodą Qingcheng, mówi jej, że wróci do swojego poprzedniego życia, jeżeli czas zacznie biec wstecz. Być może nie ma to żadnego związku z serialem, ale daje wrażenie bezsilności człowieka wobec niektórych rzeczy. Jack Crawford, siedzący obwiązany krawatem by się nie wykrwawić, prawdopodobnie nie zdąży zamienić słowa z umierającą na raka Bellą. Alana raczej na pewno nie przeżyje, w moim mniemaniu jest chyba najbardziej tragiczną postacią spośród reszty, bo uwierzyła Hannibalowi, a potem miotała się między swoimi domysłami. Will i Abigail zaś słaniają się powoli w pokoju próbując sobie pomóc, choć nie jest to możliwe w tak dewastacyjnym stanie. Fakt, że Hannibal rozpoznał podstęp Willa znów mówi nam, że nie mamy do czynienia z krzywym autentyzmem, tylko elementami oniryzmu i być może weird fiction.

Najbardziej fascynującą (dla mnie) sprawą była zasadzka Willa. Od początku dawał on do zrozumienia, że chce dopaść Hannibala, lecz zdobycie zwolenników tezy przychodziło dość topornie. Gdy Graham stawał się poplecznikiem Lectera uwierzyłam w jego zrezygnowanie, to, że postanowił płynąć z prądem i zostać behawiorystą. Will momentami zachowywał się niczym kukiełka lewitująca przy objęciach swego pana, którym był rzecz jasna sam Hannibal Lecter. Jego zatracenie się we władzy, zdobycie naśladowcy było iście epickim zagraniem ze strony Willa, niestety zniszczonym nadprzyrodzonymi zdolnościami Hannibala. I choć spodziewałam się dość krwawej końcówki, nie sądziłam, że będzie mieć ona tak dosadne fanfary.

Za niecałe dwa tygodnie rozpocznie się trzeci sezon, którego już nie mogę się doczekać. Bon appétit!

„-Wierzysz, że mógłbyś mnie zmienić tak jak, ja zmieniłem ciebie?

-Już cię zmieniłem.”

Opowiem wam jedną z szarawych historii…

… o dwóch panach, którzy poznali się przy zbrodni. Jeden zwał się Rust Cohle i widział świat w ciemnych barwach, drugi z nich-Marty Hart miał po dziurki pesymizmu swojego partnera. W końcu, gdy po trzech miesiącach znajomości wiesz tylko, że twój współpracownik ma mieszkanie składające się jedynie z łóżka, spróbujesz do niego dotrzeć, żeby jakoś przetrwać dochodzenie. W tej bowiem chwili znajdujemy się w połowie lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Stan Luizjana. Ogromne przestrzenie, samotne domostwa i wezwanie z powodu znalezienia ofiary. To jednak nie jest typowe morderstwo, zabito prostytutkę, której nałożono rogi- do tego ciało jej w niektórych miejscach związano i ozdobiono satanistycznymi symbolami. Zaczyna się więc robić niebezpiecznie nie tylko z powodu niecodziennej zbrodni. To mogło się kiedyś powtórzyć, mogło być (też) przede wszystkim solidnie zaplanowane, a sam Rust będący asem w swej dziedzinie okaże się większym nihilistą, niż ma to w zwyczaju.

Tak właśnie rozpoczyna się oś fabularna „True Detective”- produkcji określanej mianem kultowej, przez większość być może już obejrzanej. Ja jednak (nie pierwszy raz zresztą) zabrałam się za serial, o którym nic nowego nie napiszę. Mimo to, otwierający ciąg zdarzeń fragment nie przypadł mi do gustu, wydawał się przekombinowany, a para-monologi Rusta nieco męczyły, choć nie były totalnym bełkotem. Co mnie jednak przekonało do powtórnego seansu, to wybijająca się (już wtedy) gra aktorska Woody’ego Harrelsona i końcówka pierwszego odcinka: w końcu Rust pokazał pazury na jakie czekałam.

Bardzo podoba mi się wprowadzenie tak zwanego odwróconego postrzegania. Nasze stereotypowe myśli odnośnie dwójki bohaterów, wraz z rozwojem epizodów zmieniają się w zależności od wydarzeń. Poznajemy więc nie tylko sposób prowadzenia śledztwa przez Rusta i Marty’ego. Widzimy ich życie prywatne po złożeniu broni, a to powoduje, że nasz osąd względem ich podejścia może się po pewnym czasie zmienić. Co innego bowiem prawić morały odnośnie właściwego obcowania z ludźmi, gdy jest się człowiekiem raniącym najbliższych. Może i Rust momentami sprawia wrażenie co najmniej przerysowanego i jest irytujący w swej (fatalistycznej) manierze, ale nie da się ukryć, że przejawia bardziej empatyczne zachowania, niż jego znajomi z pracy.

Narracja jest równie niespieszna, co ciągnąca się rutyna Luizjany. Tam nie ma wielkomiejskiej dynamiki, a jak mawiał Rust, wygląda na obszar głęboko oddalony od Ziemi. Wpływa to zresztą na całokształt serii- nie bez powodu pewnie scenarzysta Nic Pizzolatto postanowił osadzić przebieg zdarzeń w tej aglomeracji. Wraz z Hartem i Cohlem zanurzamy się w bagniste odmęty tajemnicy, zaginionych dziewczyn i bezsensu istnienia. To być może nie brzmi zbyt zachęcająco, ale daje wyraz prawdziwych doświadczeń. Śledztwa w „True Detective” nie okażą się wcale spektakularne, często nasi policjanci będą dreptać w miejscu, próbując dokopać się do prawdy, martwiąc się przejęciem dochodzenia przez mniej kompetentny zespół. Tak naprawdę bowiem cała historia rozgrywa się w dwóch okresach: roku 1995 i 2012. W bardziej współczesnym wieku widzimy więc Rusta i Cohle’a kamerowanych przez młodszych kolegów, chcących dopytać się o szczegóły wspomnianej już sprawy. Jest to niezwykle ciekawy zabieg, ponieważ poznajemy (subiektywną) perspektywę obu panów, którzy w dodatku ze sobą już nie rozmawiają.

Samo wykonanie przywodzi mi na myśl jedno z dzieł Paula Thomasa Andersona. Jeżeli oglądaliście „Mistrza” być może zetknęliście się z plakatem prezentującym nie w pełni wypełnioną szklankę. Co to za substancja znajdująca się w obiekcie- trudno stwierdzić, lecz wygląda jakby była tym czym karmili się sam Rust i Marty (piwo i inne używki). Dodatkowo serialowa taśma sprawia wrażenie celowo zamglonej, dopełniają ją też wizje osamotnionego Rusta. Moja początkowa krytyka odnośnie serialu wiązała się ze skojarzeniem z „Hannibalem”. Mamy bowiem przytoczone wcześniej rogi (a raczej poroża) oraz bohatera żyjącego na granicy jawy oraz snu- w dodatku obdarzonego ponadprzeciętnymi umiejętnościami. Na całe szczęście „True Detective” nie okazał się cieniem produkcji Fullera, tutaj postawiono nie tyle na grozę, ale raczej na mistyczny smutek. Smutek spowodowany nieuchronnością pewnych wydarzeń, niesprawiedliwością i faktem, że naszych protagonistów można by spokojnie nazwać antybohaterami. Rust i Marty nie są w żadnym stopniu kryształowi, czasem będą odpychali swoimi czynami, bo są z krwi i kości. To z pewnością pozwoli nie tyle ich mocniej zrozumieć, co w jakimś stopniu się zżyć- bo też będą popełniali błędy w całym tym tragicznym syfie.

Soundtrack to kolejny ciekawy element serialu. Wraz z nutami country, typowymi dla kowbojskich potańcówek, zetkniemy się z utworami współczesnymi podpartymi ambientowym niepokojem. Jest to kolejny dowód na to, że muzyka łącząca elektronikę i indie świetnie nadaje się do serii detektywistycznych. Wystarczy spojrzeć na czołówkę, która poza dźwiękiem prezentuje nam nałożone obrazy oraz wizerunki z pogranicza psychodelii. Same rysunki Rusta i motywy satanistyczne powodują, iż doświadczamy czegoś więcej niż (około godzinnego) dochodzenia.

Bardzo popularne jest stwierdzenie, że „True Detective” przypomina „Twin Peaks”. Zapewne chodzi tutaj o przypadłości Rusta, fakt, że wcześniej widywał on zjawy, a jeden z przestępców mówił nawet o widzeniu jego duszy. Choć nie da się ukryć, że metafizyczne rozważania są bardzo istotne w tym serialu, byłabym ostrożna z takim przyklejaniem etykietek. „Twin Peaks” pomimo czającego się zła wokół był zaplanowaną komedio- groteską, TD celuje zaś w mocno depresyjny nastrój ukazujący destrukcję życia i nieuchronność porażki. Inaczej też prezentują się postaci kobiece: o ile w TP były one indywidualistkami z charakterem, o tyle w „True Detective” funkcjonują bardziej jako dopełnienie męskiego protagonisty. Najwięcej czasu antenowego posiada żona Marty’ego Maggie, oraz [spoiler] jego kochanka Lisa [koniec spoilera]. Jedna stara się dotrzeć do męża i ma dość bycia okłamywaną, druga zdawać się może przeciwieństwem tej wcześniejszej, co podkreśla miotanie się Marty’ego między obowiązkiem, a traumami. Takie konfiguracje nie są w żadnym stopniu oryginalne, dlatego „Detektyw” nie jest serialem, który wybija się na tle konstrukcji żeńskich bohaterek. Na obecną chwilę jestem ciekawa w którą stronę pójdą twórcy drugiego sezonu i jak poradzi sobie Rachel McAdams w roli szeryfa.

Nie da się ukryć, że siła tytułu tkwi w dialogach. Są one głównym rozgrywającym całego serialu, pozwalają zgłębić bohaterów oraz ich poglądy. Matthew McConaughey i Woody Harrleson stworzyli fantastyczne, bipolarne duo: czasem się kłócą, czasem nienawidzą, czasem będą mieli dość swojego zawodu. Ale jest coś co spaja ich jestestwo, przez co tak świetnie ogląda się ich życiowe zmagania. Naturalność, zwyczajne problemy, czy trudności z zachowaniem dystansu do sprawy. Ta niewymuszona przyjaźń dwójki mówiąc kolokwialnie robi całe dzieło i powoduje, że wrócicie do niego po pierwszym- być może nieciekawym wrażeniu.

„True Detective” nie będzie „moim” serialem, nie spowodował we mnie aż tak szerokich doznań co inne dobra kultury, ale z pewnością jest produkcją godną zainteresowania. Nawet w krainie pełnej żółci.

Przygoda X

 Można gdybać czemu twórcy lubią science- fiction. Można się też zastanawiać co skłania ich do przeplatania tego nurtu z prawdziwymi zdarzeniami. Można również dziwić się dlaczego raz kolejny zabieram się tytuł, czerpiący z innych dzieł i nie wnoszący nic nowego do gatunku. Choć tak nie do końca.

Pomysł na dzisiejszego bohatera notki wziął się przypadkowo. Przeglądałam bowiem listę gier przygodowych- a raczej ich ranking i w pewnym momencie natrafiłam na „Nibiru: Wysłannika Bogów”. Wiedziona impulsem postanowiłam zaopatrzyć się w ów tytuł i opisać swe refleksje w kilku słowach. Nie liczcie jednak na rewolucyjne dokonania, bo „Nibiru” to pozycja z gatunku tych dobrych, acz średnich.

Kiedy Martin Holand został wysłany w okolice Pragi nie spodziewał się, iż to zdarzenie wpłynie na dotychczasowe życie. Zresztą nie tylko jego- jak wiadomo niezwykłe odkrycia powiązanie z szemranymi personami mogą doprowadzić do wydarzeń na skalę globalną. Ale po kolei. Nasz protagonista Martin- młody student dwóch kierunków, za namową profesora wybierze się na pewną wyprawę. Wyprawę samotną, ponieważ profesor wujek- imieniem François de Wilde nie był w stanie tak żwawo się ruszać. Zatem Martin (niekoniecznie w totalnych skowronkach) opuszcza francuskie rewiry i zmierza do Mostu Karola znajdującego się w Czechach. Tam właśnie miał spotkać się z informatorką wuja- Barborą Kanską. Jak pewnie się domyślacie o Barborze słuch zaginął, nie było jej w umówionym miejscu, w dodatku podobno kogoś się tam bała. Skąd to całe zamieszanie? Okazuje się, że na terenie Czech znaleziono pewien bunkier z czasów II wojny światowej. Co ciekawe należał on do nazistowskich okupantów i (surprise, surprise!) był prawdopodobnie miejscem nielegalnych eksperymentów, bazujących na kulturze Majów.

Co zatem robi nasz protagonista? Chodzi po moście przeczesując teren i próbuje dowiedzieć się gdzie podziała się Barbora. Jednak takie sytuacje prowadzić mogą do krwawego finału co oznacza, że zabawa się skończyła. Tu muszę wtrącić swoją króciutką dygresję, że podoba mi się, iż w tej grze ludzie naprawdę giną. Wiem, że brzmi to co najmniej okropnie, ale chodzi mi o zachowanie swoistego realizmu. Dzięki temu gracz właściwie wczuwa się w podaną sytuację, wiedząc, że przeciwstawianie się obsesji może prowadzić do strat.

Znów zatem musimy działać poza ramami prawnymi, uciekamy przed policją i szukamy drogi do archiwum. W końcu skoro za niektóre informacje można stracić życie, Martin również będzie  działać na (tak zwaną) własną rękę. Jeśli już o eskapadach mowa, najlepiej sprawdza się epizod w przytoczonym wcześniej bunkrze. W strzeżonej przez wojsko kopalni problemem będą nie tylko wścibscy archeologowie, ale też morderstwo- ktoś zacznie podszywać się pod innego osobnika, kraść tożsamość i tak, będzie próbował przeszkodzić również Martinowi. W momencie, gdy trafiamy w czeluści nieznanego bunkru czuć faktyczny dreszczyk i akcja nabiera rumieńców. Mamy zatem kręte drogi, stare mechanizmy i dziwne kluczyki otwierające coś więcej niż baśniowy skarbiec. Najbardziej przypadły mi do gustu retrospekcje ze starego dziennika szalonego naukowca Dietricha Raumharta, opisującego swą klaustrofobiczną [psycho] fazę. Raumhart mówi zatem o swojej wielkości i niedocenieniu, a w tle przeplata się moment narastającego upadku III Rzeszy.

To jednak połowa naszych zmagań, w dodatku okraszona quick time eventami. W niektórych momentach trzeba będzie zatem w jak najszybszym czasie uporać się z przeciwnikami, bo jak nie, nie uda nam się spełnić misji profesora. Szczerze mówiąc średnio się to klei z resztą dynamiki w grze, bo postaci w „Nibiru” są przesadnie wolne.

Podczas zmagań odwiedzamy kilka istotnych lokacji. Mamy zatem Pragę, Most Karola (w dodatku dość wiernie odwzorowany), wspomniane archiwum, Paryż oraz Meksyk. Twórcy z Czech nie omieszkali w swoim dziele zawrzeć kilku stereotypowych elementów. Jak mamy Niemców rzecz jasna muszą mówić z akcentem, w którym angielskie „t” wypada nietypowo, a w paryskim hotelu Martin spotyka między innymi polskiego klienta zalanego w trupa. W tym momencie wzrasta mój podziw dla włodarzy z Revolution Software, którzy świetnie przełożyli owo schematyczne postrzeganie na dowcipny komentarz społeczny.

Co do techniki wykonania, najlepiej wypada interfejs i sterowanie. Jak to zatem w point’and klick bywa zmuszeni jesteśmy zestawiać ze sobą przedmioty, przy czym dobre ich złączenie sygnalizują świecące ikonki. W grze Martin przygląda się niektórym obiektom tylko po to, by wygłosić stosowną opinię. Grafika przypomina tę z „Tunguski”, co brzmi dość ciekawie, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że „Nibiru” powstało rok wcześniej. Mamy więc dwuwymiarową okolicę o soczystych barwach, splecioną niekiedy delikatną mgiełką, by podkreślić porę dnia (np. gdy stoimy przed archiwum). Czasem też spotykamy filmowe przerywniki w stylu przemieszczania się po mapie świata. Te wymienione kwestie faktycznie są do siebie podobne, jednak w „Nibiru” postaci wypadają dużo bladziej. Już pomijając brak większej ilości protagonistów, irytuje kwadratowa (chwilami) postura samego Martina- chodzi on też dość topornie, a reszta „ludzkiego tła” wygląda na doklejoną z Painta.

Czy są zatem pozytywy? Oczywiście. Historia wciąga od pierwszej minuty, jest odpowiednio niezwykła intryga, w dodatku epizod w kopalni przywodzi na myśl „Zimowego żołnierza”. Co do zagadek, nie są one specjalnie trudne czy absorbujące, może za wyjątkiem tych pojawiających się w meksykańskich piramidach (kuleczki, bleh). Szkoda również, że końcówka, mająca być dobrym zwieńczeniem serii jest…cóż, powiedzmy że pełna niedosytu.

Starzy wyjadacze być może nie będą aż tak zafascynowani „Nibiru”, ale jeżeli jesteście ludźmi łaknącymi ciekawej fabuły- przy wtórze bębnowej elektro muzyki, możecie „Wysłannikowi bogów” dać szansę.

Siódmy karnawał blogowy.

Bez zbędnych ceregieli, ponieważ mój nos zaczął ostatnio żyć własnym życiem.

http://www.mymodernmet.com/profiles/blogs/elaborate-costumes-at-the

1. Niedoskonały odbiornik, czyli odbiór kultury przez aparaty słuchowe– czyli jak podaje tytuł. Bardzo ciekawe czytało mi się tę lekturę, ponieważ jako osoba mająca dość emocjonalny stosunek do muzyki/ dźwięku nie miałam (wcześniej) możliwości poznania takiej perspektywy.

2. Bolało, czyli zwierz ogląda rodzime seriale– to tak ku pamięci jakby mi ktoś próbował udowodnić, że fakt, iż nie oglądam polskich produkcji robi ze mnie snobkę- ignorantkę.

3. Indyk na patyku #10- Hotline Miami 2– ze swojej strony chciałam podziękować Salantorowi za wstawianie „dobrej muzy”.

4. Geek, postgeek, notgeek– tekst nawiązujący do wpisów, z których wywiązała się dyskusja bliska mym zainteresowaniom. Polecam zapoznać się z linkami.

5. Taki jesteś mądry– kwestia hejtu, internetów i niedouczenia.

6. Ty też jesteś rasistą„Dzisiejszy wpis sponsorują ponury filmowy Aquaman, chude rączki Wonder Woman, Twoje własne headcannony i Social Justice Warriors.”

7. Co wydawcy robią źle?-vel rzecz o mandze.

Got ekspresjonizm

1266521797147_f
Obrazy autorstwa Daniela Perron

Od kilku dni chodzi za mną przestrach połączony z dreszczykiem emocji. Uwielbiam trafiać na tytuły odpowiadające moim zainteresowaniom, a jak dodamy do tego fantasmagoryczne wrażenia i uczucie pustki, dostaniemy to co jest najlepsze w grach przygodowych. Otóż ostatnim razem udało mi się raz jeszcze powtórzyć „Art of Murder”, produkt stworzony przez nasze rodzime studio. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż dzięki tej grze zabrałam się za znane  ze słyszenia „Still Life”. SL w połączeniu z AoM wytworzyło we mnie swoiste doznania, chciałam obie gry porównać za pomocą kilku kategorii. Nie wiem jednak czy mi się to uda, bo tak po szczerości starałam się cokolwiek napisać o swoich wrażeniach.

Prota/anta– co możemy powiedzieć o wiodących bohaterkach wspomnianych tytułów? W moim odczuciu zarówno Victoria McPherson, jak i Nicole Bonnet są do siebie podobne. Obie mają czarne włosy, noszą się w dość ciemnych barwach i są w pewnym stopniu tajemnicze. Kiedy pierwszy raz spotkałam się z osobą Victorii mocno skojarzyła mi się z Angeliną Jolie za czasów „Hakerów” [czekam, aż ktoś powie „Kolekcjoner kości”]. Nie wiem czy to kwestia przykrótkiej fryzury, czy raczej pewnego wyobrażenia. Victoria bowiem nie tylko jest lekką kalką o podobnych rysach twarzy, ale jej historia (tudzież zachowanie) w jakimś stopniu kojarzy się z bohaterkami, które grała Jolie. Przykładem może być tu „Złodziej życia”, który jak to u produkcji detektywistycznych bywa, jest swoistym cieniem oniryzmu. W jednej ze scen bowiem postać Scott (w tej roli Jolie), rozmawia w opuszczonej restauracji, a ulice oraz miasto są poniekąd pozbawione życia. Może ma to związek z tym, że policjanci i agenci często są zmuszeni działać w miejscach oraz porach, które rzadko kto odwiedza. Inną kwestią jest chociażby fakt, że w jednej z lokacji Victoria będzie podrywana przez kobietę, co poniekąd pasowało mi do prywatnego życia Angeliny. Ciekawie ogląda się zresztą zmagania w pokoju rodzinnym Victorii, bo nie da się ukryć, że wygląda jakby McPherson nie miała za sobą okresu dojrzewania [raczej sobie żartuję]. Przy McPherson Nicole Bonnet z „Art of Murder” wypadnie niestety blado, o czym za chwilę*.

mature content warning– lubię kiedy dane dzieło jest dla mnie realistyczne i porusza zagadnienia nie obce współczesności. W „Still Life” jest krew, pot i mocne sceny, co na szczęście nie zostało zbytnio okrojone. Dzięki temu możemy zarówno poczuć na własnej skórze czemu partner Vick nie jest w stanie przetrzymać obiadu, ale również znienawidzić osobę mordercy i chcieć jak najszybciej rozwiązać zagadkę. AoM moim zdaniem niestety kuleje w tej kwestii: owszem-mamy krwawe rzezie, które nawiązują (tym razem) do prekolumbijskich rytuałów**, lecz bez kompletnego wglądu w same akta sprawy. Wiem, że jest to być może zabieg celowy, ale nie daje wrażenia nieuchronnej bezradności.

Innym zagadnieniem jest skupianie się na doroślejszej treści. Victoria jak się zirytuje to nie raz będzie przeklinać, a najbardziej widać to przy jej konflikcie z Browningiem. W „Art of Murder” Nicole Bonnet [później] również ma na pieńku z przełożonym, acz nie będzie to tak mocno ukazane. Mogłam sobie całkiem sprawnie wyobrazić Jolie/Victorię mówiącą „Zazwyczaj najpierw się całuję, zanim mnie ktoś wypieprzy”. Co innego zdać sobie poniekąd sprawę, jak bardzo XXI wiek zmienił się pod względem językowym- czego przykładem będzie sam dziadek Victorii, Gustav. To jak się wyraża i z jakim szacunkiem traktuje każdego człowieka- bez względu na jego pochodzenie, bądź profesję stawia go praktycznie w roli dżentelmena-herosa.

                                     MOŻLIWE SPOILERY

zbrodnia i zbrodniarz– nie wiem czy tylko ja miałam wrażenie, jakby twórcy „Art of Murder” czerpali pomysły od ludzi z Microids. Jeśli kojarzycie fabułę „Still Life” prawdopodobnie zrozumiecie to od razu. W SL mamy bowiem kilku podejrzanych, a jednym z nich jest szef Vick, czyli Tod Browning. Głównym powodem jest swoisty brak sympatii tudzież materialny dystans („Tego się właśnie po tobie spodziewałem. Bogatej dziewczynce coś idzie nie po myśli i odchodzi jak rozpieszczony gówniarz”). W „Art of Murder” Raches miał za sobą traumatyczne sytuacje, zmienił swą tożsamość, no i przede wszystkim w brutalny sposób rozprawiał się z ofiarami. W obu przypadkach można zauważyć, że chodzi o zachowanie ciągłości na głęboko osadzoną skalę- tak jakby morderstwa nigdy nie miały się skończyć, a przeciętny(a) Smith z ulicy miał(a) czuć się maksymalnie zagrożony(a). Oczywiście SL I nigdy nie powie nam kto nosił maskę killera, choć ja od początku stawiałam na osobę z okolic galerii.

technika i lokacje– mój ulubiony element, biorąc pod uwagę genialność niektórych sekwencji. Znów twórcy „Syberii” uraczyli mnie cudownym światem przedstawionym, który koncentruje się nie tylko na czasach obecnych, ale również opisuje kraniec lat 20. XX wieku. Mogłam w jakimś stopniu poczuć praski industrializm, oddech minionej epoki, czy niesamowity nastrój. Kwintesencją owej kwestii będzie sztuka, czyli drugi aktor całego „Still Life’a”. Już bowiem sam tytuł sugeruje nam, z czym będziemy obcowali. Wszak zbrodniarz z Chicago wielokrotnie ustawiał ofiary niczym modele z obrazu.

Nie chodzi wyłącznie o samiutką inspirację dziełami Ackermana: widzimy martwą naturę w dosłownym słowa znaczeniu. Mamy więc nieżywych ludzi na tle reszty statycznych przedmiotów, czy ozdoby charakterystyczne dla przytoczonego nurtu. Do tego obrazy Ackermana są nie tylko inspiracją Kubą Rozpruwaczem, ale jakimś chorym podejściem do idei sztuki. Wspominając te malunki, znaleźć można cechy charakterystyczne dla martwej natury: ulotność życia, rzekomą marność przedstawioną jako krytykę wobec złego „prowadzenia się” prostytutek. Trudno jednak widzieć w tym wyłącznie jeden aspekt, bo obrazy Ackermana mają w sobie różne cechy- zaburzona perspektywa, czy kolorystyka bardziej kojarzą  się z ekspresjonizmem. Dla mnie jednak ich reprezentantem jest sam Gustav McPherson, czego wyrazem będą dzieła znajdujące się w domu ojca Victorii. Dodatkowo McPherson reprezentuje takie postulaty, jak: niechęć wobec samotności/ zamknięcia człowieka przez wzmożone tempo egzystencji, a przede wszystkim sympatia i współczucie wobec stylu życia przyjaciółek Idy. Być może dlatego wycinek z historii Gustava odbywa się w zmechanizowanej Pradze.

W „Art of Murder” najlepiej prezentują się momenty, gdy Nicole Bonnet wyrusza w podróż do okolic Peru. Dobrze sprawdza się też przytoczone nawiązanie do prekolumbijskich rytuałów, czy sekrety pewnych absolwentów. Dzięki temu odwiedzamy muzeum sztuki, przydrożną melinę, czy też niebezpieczne wzgórza.

Oczywiście porównując „Art of Murder” ze „Still Life” to pierwsze nie robi na mnie takiego wrażenia jak sequel „Post Mortem”. Jednak nie chodzi tutaj o pastwienie się nad AoM, czy wydobywanie niedoróbek. Chciałam przede wszystkim dać do zrozumienia, jak bardzo podoba mi się klimat gier, zajmujących się tematem stricte kryminalnym. Uważam to wręcz za powrót, albo (raczej) inspirację gotycką grozą i pewną ekspresję- ekspresję nieudolności człowieka, który nie jest w stanie powstrzymać całego zła mimo, że próbuje.

* Poza tym Claire tak bardzo przywodzi mi na myśl Ruth, że zastanawiam się, czy nie wrzucam do jednego worka wszelakich postaci „matkujących”.

**i tym sposobem przeszliśmy do kolejnego skojarzenia z „Broken Swordem”

Dziwny przypadek Dona Blutha.

Na ten wpis wpadłam jakiś czas temu, ale jak to z pomysłami bywa- lepiej je podsunąć, niż zrealizować. Ma to również związek z faktem, że wszystko zaczęło się od koszmaru. Powiecie- każdemu zdarza się (od czasu do czasu) taki problem, ale hej- mi śniła się gigantyczna orka, rozwalająca lodowce. Jeśli nadal nie wiecie z czym będę się mierzyć, to wyjaśniam: chodzi o dziwny przypadek reżysera produkcji animowanych, który mimo ogromnego wkładu w me szczęśliwe dzieciństwo, spowodował pewne traumy, które tu przytoczę.

Pamiętam jak dziś fragment umieszczony na jednej z kaset wideo: Don Bluth, twórca wielu Disney’ owskich bajek, przedstawia opowieść o Królestwie Trolli. Co ciekawe, ów film jest chyba jedynym, którego nie widziałam w całości. Ten okres kojarzy mi się przede wszystkim z przedszkolem i noszeniem podpisanych kaset do placówki. Dzięki mnie reszta dzieciaków mogła cieszyć się oglądaniem „Calineczki”, czy „Zakochanego Pingwina”. Mimo tych pozytywów są kwestie, które do tej pory spędzają mi sen z powiek, jeśli chodzi o twórczość Dona Blutha. Ów wstęp jest istotny, ponieważ pragnę podkreślić mój względny szacunek do autora- nie mam tu na celu mieszania jego działalności z błotem.

qszoxpurfa_o
A jak znajdę kamyk zaśpiewam 50 piosenek…

Taki musical- nie wiem, czy oglądaliście tę samą wersję „Jak poślubić milionera” z Marilyn Monroe, ale w mojej film otwierał kilkuminutowy wstęp. O ile mogę zrozumieć ideę orkiestrowej wstawki, o tyle uważam, że trwała ona o połowę  za długo. Odliczałam moment, w którym (w końcu) opadnie czerwona kurtyna i będę cieszyła się projekcją. To samo zgrzytało mi odnośnie produkcji Dona Blutha, czego sztandarowym przykładem będzie „Zakochany Pingwin”. To naprawdę nie jest tak absorbujące, kiedy miast historii wciskają ci przeciągniętą w czasie jedną (!) piosenkę, przeplataną  [żywymi] nutami, oraz brakiem ważnych informacji. Owszem- dowiedziałam się, że Marina, czyli najpiękniejsza pingwinka kolonii, chce wziąć ślub z kimś kogo kocha i nie zależy jej na kamieniu, ale naprawdę- są pewne granice, a poza tym, wszystko można przedstawić nieco mniej dosłownie. Co ciekawe, „Calineczka”, oraz „Anastazja” nie spowodowały we mnie podobnej reakcji.

Original_Sharptooth
„Z dinozaurem rock and rolla chętnie bym wykonał…”

Straszni przeciwnicy- to chyba najistotniejszy punkt biorąc pod uwagę przytoczoną orkę. Bałam się jak nigdy, gdy Hubie i Rocko* (jak ja lubiłam tę postać) uciekali przed waleniami, zachowującymi się niczym bohaterowie serii „Szczęki”. Do tego naszych pingwinów czekało również starcie z morskim lampartem, który próbował wbić się w kategorię monstrum roku. Jednak najbardziej przerażającą postacią ze wszystkich będzie dla mnie tyranozaur Ostrozęby z „The Land Before Time”, oraz Książę Sów grający Beethovena [1:00- 2:41] w „Powrocie króla Rock and Rulla” (kocham to tłumaczenie :D). Pierwszy przypadek jest wiadomy- ogromny dinozaur próbujący skonsumować grupkę małych mu podobnych; w drugim mamy do czynienia z władającym magią ptakiem, który jest tak straszny, jak tylko potrafi być całkowity brak słońca.

Downloaded from Ospreygraphix.com

Mania wielkości- odnoszę wrażenie, że autor celowo większość filmów osadzał w zwierzęcym uniwersum. Wystarczy wspomnieć gigantyczne, dziwne i nierealistyczne wzgórza w „Powrocie króla Rock and Rulla”, czy też zagubienie małej myszki Fievela w „Amerykańskiej opowieści”. To co dla nas wydaje się niewielkie, dla będących pod opresją gryzoni stanowiło życiowy tor przeszkód- co zresztą podkreśla scena sztormu w przytoczonej wyżej „Opowieści”. Fievelowi bowiem wydaje się, że ma do czynienia nie z wodą, tylko jakimś iście diabelskim stworem, spychającym toń na statek emigrantów. W tym momencie przypomina mi się również władca piekieł śniący się Charliemu z „Wszystkie psy idą do nieba”: znów ktoś nie ma dokąd uciec, a jak dołożymy do tego ogromnego aligatora, rysuje się pewna spójna wizja. To samo dzieje się w „Calineczce”- jak nie ropucha, to jaskółka (naliczyłam drugą tego typu postać, inną był pomocny ptak z „Amerykańskiej opowieści”).

1215456_1368148836547_full
Jedna z najsmutniejszych scen.

Koszmar minionej kulminacji- kolejna ciekawa kwestia, związana z tendencją do wyciągania bestii z szafy. Nie wiem jak reszta, ale osobiście bardzo przeżywałam moment ślubu Calineczki z Kretem, gdy idąc przez [prowizoryczny] ołtarz, dziewczyna wyobraża sobie chwile z księciem Korneliuszem. Jej zachowanie wydaje się momentami psychotyczne, a cała sytuacja zaiste okrutna. Jak jeszcze weźmiemy pod uwagę, że Calineczka przez ten czas funkcjonowała pod ziemią, ciesząc się tylko opieką nad Jacquimo robią się minimalne ciarki na plecach. Oczywiście pomysł ten został zaczerpnięty od Andersena, ale nie wyobrażam sobie innej wersji tej baśni. Dalej: przypomnijcie sobie zautomatyzowaną Mysz z Mińska, czy Księcia Sów, który rośnie tak wielki, że sięga do samego nieba. Smutno mi się też robiło, gdy Fievel myślał, że zostanie już na zawsze w sierocińcu. Z innej beczki- całkiem niecodzienny był też pojedynek Anastazji z Rasputinem i jego mroczne wołanie w labiryncie.

5282182105_9daa7a056f

Zdrada- w paru dziełach mamy również do czynienia z postaciami, które ukrywają swoje prawdziwe intencje. To dość ciekawa koncepcja, ucząca realiów życia. Mamy więc dajmy na to kota, który przebierając się za mysz „próbuje” pomóc Fievelowi, a tak naprawdę bierze go na tanią siłę roboczą. W „Królu Rock and Rullu” reżyser Lis chce wycisnąć ze sławy koguta Chanteclaira jak najwięcej, wmawiając mu, że zwierzęta z farmy go nie lubią. Podobnie działa też Mysz z Calineczki, chcąca przekonać bohaterkę do ożenku z Kretem (za drobną opłatą). Mimo tych pouczających wątków, często odnosiłam wrażenie, że bohaterowie non stop narażeni są na niebezpieczeństwo i drżałam o ich losy.

 *i nic dziwnego, okazuje się, że dubbingował go niezawodny jak zawsze Jarosław Boberek

Overachiever, czyli polecamy filmy.

Albo raczej kontynuujemy łańcuszek, który pozwala wyodrębnić tytuły niekoniecznie wliczające się do klasyków gatunku/listy filmów, które należy obejrzeć przed śmiercią (swoją drogą część tychże produkcji spłynęłaby po mnie jak po kaczce). Kategorie dobrałam wedle swych pokrętnych upodobań.

Muzycznie– tam gdzie królują dzieła typu „Control”, czy biografia Jima Morrisona (to jednak niesamowite, jak teraz słuch zaginął o Kilmerze) „Sid and Nancy” wyróżniają się na ich tle z kilku względów. W czasie, w którym nadrabiałam tę produkcję przeżywałam swoją fascynację punkiem, jego subkulturą, no i przede wszystkim twórczością Gary’ego Oldmana. Ten film chłonie się głównie uszami nie tylko z powodu użycia melodii charakterystycznej dla nurtu lat 70.- vel trzy akordy, darcie mordy, ale również dzięki klimatycznej, nieco snującej się ścieżce dźwiękowej. W pamięć zapada tutaj przede wszystkim utwór Joego Strummera [polecam Wam jego występ w niejakim „Mystery Train”], genialna, powtarzam genialna kreacja wspomnianego już Oldmana, no i klimat: dobry, brudny, pozbawiony ceregieli, czy też ugładzonych treści. Sid i Nancy są burzliwi i irytujący jak trzeba, szkoda, tylko, że nie Courtney Love przypadła rola głównej postaci kobiecej.

Cudnie teatralnie– czytaj „Tramwaj zwany pożądaniem”. Tego typu dzieła rozpatrzeć można na wielu płaszczyznach. Jeśli obejrzycie tę produkcję na różnych etapach swojego życia, możliwe, że zmienicie zdanie co do Blanche i Stanley’a: dwóch biegunów, żyjących na odmiennym poziomie mentalnym. Film  polecam nie tylko dlatego, że jest swoistym klasykiem, ale głównie z powodu ograniczonego miejsca akcji. Warto czasem zobaczyć, jak odbierze się podobny zabieg. Jeśli ta rzecz was nie przekonuje mogę dodać, że w „Tramwaju” mamy do czynienia z pojedynkiem dwóch stylów aktorskich: przesadnie teatralnego (Vivien Leigh) i stricte naturalnego (Marlon Brando).

Niesztampowo o miłości– zanim książka o niejakim Szarym zaczęła świecić tryumfy na półkach, powstał film będący opowieścią o podobnej tematyce. „Sekretarka”, bo o niej mowa początkowo odrzucała mnie plakatem, który sugerował coś zupełnie innego. To co Maggie Gyllenhall z Jamesem Spiderem prezentują na ekranie jest godne najwyższych pochwał. „Sekretarka” jest bowiem produkcją, która swoją siłę czerpie ze scenariusza, dobrze splecionych dialogów, no i przede wszystkim chemii dwóch głównych postaci. Sam film odczytać można nie tylko jako opowieść o tym, że każdy ma szansę na miłość i znalezienie bratniej duszy. To jest przede wszystkim o tym, żebyśmy nie bali się być sobą.

Dla nastolatków– kiedy ujrzałam kawałek dzieła, będącego nieudolną kopią „Więcej czadu”, wiedziałam, że powinnam polecić produkcję z Christianem Slaterem. Jest w niej coś autentycznego, nie wiem czy to kwestia gry aktorskiej, czy tego jak poprowadzono tę historię. Mogłam utożsamić się z protagonistą i nie było tutaj podkoloryzowanych sytuacji. Ile razy wałkowano kwestię segregacji ludzi w klasie nie wymienię- już wolę obejrzeć „Filipa z przyszłości” i wspomniany „Czad” (ok, polskie tłumaczenie wydaje się dziwne).

Rysunkowe- pomyślałam o produkcji, która nie jest znana, odnosi się do średniowiecznych opowieści i zawiera przyjemną ścieżkę dźwiękową. Z początku „El Cid” raził mnie swą specyficzną kreską, ale się przyzwyczaiłam. Przyznam też, że za pierwszym razem intryga wydawała mi się dość skomplikowana, bo nie pamiętałam imion wszystkich postaci. Ale odnosząc na bok tę dygresję spokojnie możecie zerknąć na animację, skupiającą się na losach kastylijskiego rycerza.

Film, który jest obrazem- ostatnimi czasy okazało się, że lubię malarstwo epoki romantyzmu. W ten sposób do głowy przyszło mi polecenie remake’ u Herzoga, który podoba mi się z kilku powodów. Po pierwsze jest niezwykle oniryczny, i choć brzmi to jak wyssany frazes, w kontekście owego tytułu sprawdza się wyśmienicie. Po drugie, jak możecie się domyślać jest żywym obrazem, posiada cudowne kadry i ma się wrażenie obcowania z (sensualną) sztuką. Oczywiście próbowałam co nieco naskrobać o tejże produkcji, ale bardzo dawno temu i raczej po łebkach.

Wielki miszmasz- połączenie kina drogi z współczesną plastyką. Oto „This must be the place”, nie takie znowu stare dziecko Paolo Sorrentino. Film poza fantastyczną kreacją Seana Penna, zawiera dobre ujęcia i historię, spinającą dramat, humor i groteskę. Mamy więc podstarzałego muzyka, który intonuje frazy w sposób wolny i podróż do wnętrza siebie z nieśpieszną, acz kompletnie nie wadzącą mi (w tym wypadku) narracją.

Studium psychologiczne-  to trochę zabawne, że w tym zestawieniu pojawia się dzieło Cronenberga. „Pająk” to tytuł, który wybija się na tle tematyki ze względu na (intrygujący) zabieg, jakim jest przemykanie między wspomnieniami. To tak jakby ktoś znalazł się w Myślodsiewni z „Harry’ego Pottera” i był świadkiem wszystkich wydarzeń pod postacią zjawy. Zresztą co nieco wspominałam tutaj.

Z Szekspira– pomyślałam najpierw o „Hamlecie” w wykonaniu Mela Gibsona, ale do głowy przyszła mi inna produkcja zza Wysp. Mianowicie „Poskromienie złośnicy” z 2005 roku, czyli telewizyjna wersja retellingu sztuki. Jest ona o tyle zacna, bo Shirley Henderson i Rufus Sewell mówiąc kolokwialnie robią ten film, a scena w której Petruchio chodzi w damskich kozakach jest jedną z mych ulubionych.

Sci-fi bądź kino akcji- pierwszą część trylogii „Blade” warto nadrobić chociażby z jednej przyczyny. Nie ukrywam, że chodzi tu o kultowy fragment z napisów początkowych, prezentujący scenę w klubie. Utwór New Order, zmiksowany w dziesięciominutowe techno to jedna z tych rzeczy, które pamięta się na długo. Poza tym uważam, że Stephen Dorff świetnie spisał się w roli przeciwnika naszego Łowcy Wampirów.

Szósty karnawał blogowy.

Próbuję udawać, że tego miesiąca nie było.

Közi in Malice Mizer

1. 10 powodów, by poznać i polubić Milesa Moralesa– bo ja już go polubiłam.

2.Żywot kościeja pracującego– kocham te nostalgia tripy w grach przygodowych.

3. Why Michael Keaton Lost: The Academy Doesn’t Love Comeback Stories– ciekawy artykuł, odnoszący się do powrotów przed Oscarowe reflektory. Zapewne większość z Was zwróciła uwagę na przemówienie Patricii Arquette odnośnie równości płac (i nie tylko), ale ja chciałam ową ceremonię ugryźć z nieco innej strony.

4. Momenty były? No, były.- dzięki tej recenzji wiem już, czym jarało się ileś tam milionów osób. Nie jest dobrze.

5. Blog Roku. Garść przemyśleń wokół tegorocznej edycji– bo ta kwestia jest co najmniej zastanawiająca.

6. Etyka krytyka nie tyka?– czyli jak w tytule. Bonusowo polecam też tekst o pierwowzorze „Kaguya- hime no monogatari”.

7. Na koniec: jeśli nie wiecie co powinniście nadrobić, zajrzyjcie do wpisu Malwiny o „Rzymie” (którego to serialu notabene jeszcze nie widziałam).