California dreamin’.

Współczesne patologie w wersji hard,soft (bądź takie których nie widać gołym okiem) dzieją się za naszymi plecami non stop. Ale żeby opowiedzieć o nich bez zbędnego moralizatorstwa trzeba umieć wyczuć zarówno wrażliwość widza jak i prezentowaną sytuację. Dzięki mojej cierpliwości i fakcie, że nie ocenia się wszystkiego po jednym seansie (bo przykładowo akurat miałaś/eś zły nastrój) udało mi się jeszcze raz na spokojnie obejrzeć „Fish tank”. I tu, sama się sobie dziwiąc, wkręciłam się bez reszty w opowiadaną historię, pozostając pod koniec z wyrazem zaskoczenia na twarzy.

    Bawiąc się w przykładnego recenzenta (którym chlip,chlip nie jestem) powiem, że fabuła koncentruje się na losach 15-letniej Mii (Katie Jarvis), żyjącej w jednym z brytyjskich blokowisk. Mia jest trochę narwaną, powiedzmy, że dojrzałą na swój wiek dziewczyną, szukającą guza na każdym kroku. Jest agresywna, bo tylko w ten sposób radzi sobie z przerastającymi ją emocjami. Mia nie ma przyjaciół, codzienne szwęda się po opuszczonych rewirach, a najchętniej uciekłaby pewnie w siną dal. Jej matka (Kierston Wareing) bowiem swoje dziecię (i drugie młodsze) prędzej oddałaby do domu opieki, woląc spędzać czas na tym co najlepiej jej wychodzi- czyli piciu i sypianiu z gachami. Ponieważ nikt nie nauczył naszej młodej bohaterki wyrażać uczuć w sposób subtelny, Mia resztę swoich problemów odreagowuje za pomocą tańca. Pewnego pięknego poranka, napotyka nowego faceta matki, Connora (Michael Fassbender). Connor nie tylko, że wydaje się być uprzejmy dla dziewczyny (ignorując przy tym jej wulgarny mechanizm obronny), to jeszcze zachęca ją do pogłębiania swojego hobby i namawia, by wzięła udział w konkursie tańca. Mało tego- pożycza jej nawet kamerę i zabiera resztę familii na wycieczki, niczym nowy, przyszywany ojciec. Wszystko brzmi niczym opowiastka ze snu, ale wkrótce kolejne minuty filmu sprowadzą nas do brutalnej rzeczywistości, a Mii, załapanej w tytułowe akwarium ciężko będzie po tym wszystkim ruszyć dalej, by zwyczajnie nie utonąć.

Że „Fish tank” jest przykrym studium wycinku społeczeństwa nie trzeba chyba mówić, ale z drugiej strony dawno nie spotkałam się z dziełem, które dosłownie wali nam w twarz jakąś cholernie smutną historię i karze przypatrywać się z pozycji biernego obserwatora. Masakryczny przy tym wydaje się być fakt, że Connor (który jest najbardziej nieoczekiwanym motorem zdarzeń) okazał się być…no właśnie kim? Samcem alfa?Zboczeńcem? Człowiekiem lubiącym zabawiać się na dwa fronty? O wiele łatwiej byłoby go oceniać, gdyby od początku prezentował typ ‚zimnego drania’, mającego gdzieś rodzinę Mii. Oczywiście duża w tym zasługa Michaela F., który bardzo szybko wzbudza w tym dziele skrajne emocje. Ogromna pochwała również należy się odtwórczyni głównej roli- bardzo naturalnej w swojej kreacji. Niezwykłe było obserwowanie jej zmian na twarzy, gdy zaczęła coraz mocniej ufać i wierzyć w swoje umiejętności. I tu jest (kolejny) pies pogrzebany. Bo czy naprawdę Mia posiadała tak ogromny talent, czy tylko Connor próbował jej mówić to, co chciała usłyszeć? A co jeśli tej nieodpowiedzialnej matce bardziej na niej zależało?

 Oczywiście nie omieszkam wspomnieć o scenach, które zapadły mi w pamięć. Sama relacja na linii Mia-Connor w bardzo wielu ujęciach odbiegała od czysto przyjacielskich. Nie mam tu jednak na myśli pewnej konkretnej sytuacji (o której wiedzą ci co widzieli), tylko przykładowo ujęcie z wchodzeniem na barana, kładzeniem do łóżka, czy chociażby klapsem.  Motyw z koniem, to taka metafora, którą chyba każdy odczyta- jakoby nasza młoda dorosła przejawiała wyjątkowo skrywaną wrażliwość za skorupą twardej laski. Surowość całej fabuły również jest godna zapamiętania- weźmy chociażby początek filmu, gdzie słychać urywane oddechy Mii. Muzyczna sekwencja „California dreamin”- jakże ironicznie odnosząca się do całej historii, gdzieś jeszcze przemyka się w moim umyśle. No i scena pożegnania Mii z matką- kilka bluzgów i wspólny taniec pożegnalny, który tak wiele mówi o ich przeszłości.

„Fish tank” nie jest dziełem lekkim, fascynująco-oryginalnym, czy dobrym na jesienną depresję, ale z pewnością daje bardzo do myślenia.

7 uwag do wpisu “California dreamin’.

  1. No kurczę, to mnie zachęciłaś. Znam film tylko z tytułu, ale nigdy nie wgłębiałem się w jego fabułę. Mocne i bezkompromisowe kino, które wali po oczach. To lubię. A na dodatek Fassbender. Muszę sobie to zobaczyć.
    Pozdrawiam

  2. Pamiętam, że bardzo mnie poruszył i od tamtego czasu zostałam fanką nieznanego jeszcze wtedy aż tak dobrze Fassbender'a. Przejmująco prawdziwy, główna bohaterka bardzo przypominała mi moją koleżankę z wyglądu oraz z zachowania, jeszcze z podstawówki – może też dlatego do dziś ten film pamiętam.

  3. Ja nawet kiedyś… hm patrzyłem na ten film, bo trudno mówić o oglądaniu – o Michaelu F. wtedy niewiele wiedziałem i przyznaję, że film leciał w tle kiedy miałem inne zajęcia (bodajże jakieś pakowanie), więc patrzyłem na ekran może raz na 20 minut, albo i rzadziej… ale jak przeczytałem recenzję wierzę, że to dobre kino, jednak na razie seans przekładam na dalszą przyszłość – na początek zimy przydałoby się coś, co nie strzeli po twarzy (skoro robi to już temperatura), ale od myślenia nie ma co robić sobie zbyt długiej przerwy więc film po Twojej recenzji zawędruje na listę do obejrzenia. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s