No more action.

Właśnie dlatego lubię kino. Mogę wejść do przyciemnionej sali i choć na moment uwierzyć, że to co widzę mogło zdarzyć się naprawdę. Jestem bohaterem, bohaterką i każdym pojedynczym aspektem opowieści, która pozwoli egoistycznie odciąć się od codzienności. Cieszę się, że jest tylu ludzi, którzy podzielają moją pasję i mogą/lubią o niej dyskutować bez zadęcia.

Dziś będzie trochę chaotycznie, a to dlatego, że obejrzałam nietypowy film. Taki, który polubisz, albo wręcz przeciwnie. Od dawna miałam chrapkę na „Holy Motors” Leosa Caraxa- kiedyś Monika wspomniała o jego twórczości w kontekście dzieł Lyncha, czym mnie zainteresowała. Brakuje takich tytułów. Jest ich za mało. Nie chodzi o to, że w każdej ‘ryjącej czaszkę’ produkcji wszystko chwytam, bo to nie prawda- czasem sztuka dla sztuki też jest istotna. Warto więc zebrać wiatr w żagle i polecieć z nurtem w wizję [reżyserskich] fantazji.

Z domu podobnego do statku wychodzi pewien człowiek. Wsiada do limuzyny- prowadzonej przez niejaką Celine, by rozpocząć pracę. Jednak nie jest to żadna ordynarna posada, bo nasz jegomość- co zwie się Oscar, przemierzając paryskie ulice wcieli się w ludzi, będących jego zleceniem. Nie wiemy czemu to robi, ani kim jest pracodawca Oscara, choć może się zdawać, że nasz bohater czuje się dość zagrożony (rozmawiając ze współpracownikiem podkreśla, że muszą zaopatrzyć się w pistolety). Podróż Oscara to przejażdżka przez liczne aspekty życia, nasze bolączki, marzenia i motory. Motory napędzające rzeczywistość.

Film podzielono na dziewięć historii. Każdy segment to odrębna fabuła i zadanie. Pierwszym z nich jest praca żebrzącej staruszki. Oscar zakłada więc starannie przeczesaną perukę i chustkę- a będąc nie do poznania, wychodzi przygarbiony czekając na datek. Jednak mało kto interesuje się starszą panią, śpiesząc się w swoją stronę. Oscar-staruszka drepcząc bezwiednie w tym samym miejscu, mówi o samotności, co wydaje się kwintesencją naszych obaw. Nikt nie chce być opuszczony i ignorowany, a to właśnie się dzieje.

Drugie zlecenie to praca w stroju nurka, choć tak naprawdę dotyczy kaskaderskich popisów [w stylu] motion capture. Oscar spowity w czerń, wchodzi więc do strzeżonego pomieszczenia i rozpoczyna taniec figur wraz z obcą kobietą. Oboje wyginają się niczym postaci z innego wymiaru- co robi wrażenie, dzięki licznej grze świateł. „Tancerze” mają bowiem przyczepione do kostiumów żarówki (bądź inne gadżety), a na tle zamkniętego, zmechanizowanego sześcianu słychać tylko ich. Wolność, spójność i klaustrofobia to jedne z tych rzeczy, które przyszły mi do głowy.

Trzeci temat dotyczy spotkania skrzata z krainą piękna. Tym skrzatem jest rzecz jasna Oscar- z genialną charakteryzacją, będącą miksem baśniowego Leprechauna. Idzie kanałem jak bezdomny, porusza się wręcz pokracznie, nerwowo pali papierosa, a jego tiki podkreślają odrealnienie. Ludzie na widok tego dziwaka w zielonym garniturze są (co najmniej) zszokowani, choć wbrew pozorom nie chodzi tylko o to. Bo zaraz fotograf, robiący zdjęcia modelce na cmentarzu (Eva Mendes), gdy zauważy Oscara zechce uczynić go swoją muzą. Ja osobiście widziałam w tym satyrę na pewien trend i sprzeczność kanonów mody. Jest powtarzanie ‘beautiful, beautiful’, jest bieganie w kółko i pewnie wiele innych. Na tym historia się nie kończy, ale nie będę psuć oglądania.

Co mamy dalej? Rodzinne rozterki, niewolnika akordeonu (cóż za przerywnik), potęgę maskarady i starcie z przeszłością. Interesujące jest również to, że każdy kolejny zamiennik/klient Oscara wygląda do niego łudząco podobnie. Do tego cała produkcja przeplatana jest czarno-białymi fragmentami. Choć kamera idzie non stop za bohaterem- i nie stosuje żadnych ekstrawaganckich technik, wciąż czuje się, jakby wszystko było snem.

Surrealizm. Jedzenie banknotów, pogrywanie z konwencją. Nie trzeba dużo mówić, tu bardziej chodzi o obraz, a co ty widzu z niego wyniesiesz to już twoja sprawa. W filmie znajdują się też niespodziewane zwroty akcji rodem z produkcji Tarantino, więc nie będziemy się nudzić. Dodajmy do tego elementy czarnego humoru i musicalu, a zacznę się zastawiać, czy opisuję tylko jeden film. To tak właściwie produkcja składająca się z wielu różnych dzieł, okraszona dawką artystycznej pochwały… artyzmu. Strasznie dużo tych powtórzeń, ale jakimś cudem pasują.

Czasem zastanawiałam się jakby to było, gdyby każdy z nas mógł choć na chwilę wcielić się w inną osobę. Poznać odmienny punkt widzenia, czy perspektywę życia. Pewnie dlatego tak lubię Rogue z „X-men(ów)”, mającą umiejętność ‘zabierania’ mocy. Z drugiej strony powodowało to, że zatracała swoją tożsamość (co wyraźnie pokazywał jeden z sezonów ‘ewolucji’). Czemu o tym mówię? No bo wydaje mi się, że ludzie tacy jak Oscar to mniej odrealnieni mutanci, przeżywający podobne problemy.

Widać to już w momencie zakończenia kolejnego zadania. Oscar siedzi za stertą ubrań (co momentalnie przypomina cyrk), kaszle, a jego szoferka się niepokoi. Jest jednak coś przygnębiającego w tym szaleńczym tempie życia, pełnym popisów aktorskich bez widowni. Na to narzekać będzie i sam Oscar, a scena rozmowy z pewną postacią [dobitnie] to podkreśla. Teatr życia zdaje się równie męczący po jednej, jak i drugiej stronie ekranu.

Wisienką na torcie jest pochwała kreacji aktorskich. Pisanie, że Denis Lavant jako Oscar okazał się istnym kameleonem nie będzie odkrywcze. Był jak energiczny stwór, pożerający osobowości, za każdym razem tworząc innego siebie od podstaw. Fantastyczna charakteryzacja również ma tu znaczenie. Niby nie winno mnie dziwić, że Lavant ominął się smakiem nagrodą (dostał nominację), ale mimo wszystko szkoda. Ogromnie zaskoczył mnie też występ Kylie Minogue, której z początku nie poznałam. Wygląda na to, że podobna stylistyka jej służy.

Słowem końcowym: jeśli nie przeszkadza wam brak realizmu i niekonwencjonalność obejrzyjcie „Holy Motors”. Czasami warto zaryzykować.

6 uwag do wpisu “No more action.

  1. Ja zwykle trzymam się z dala od takich filmów. Zwłaszcza, że nie lubię twórczości Lyncha. Ale może faktycznie kiedyś zaryzykuję 🙂

    1. Z Lynchem ten film ma chyba tyle wspólnego, że podąża swoim torem i swoim rodzajem realizmu (magicznego?). Nawet jeśli będziesz zawiedziona to przynajmniej powinna ci się spodobać scena z akordeonem 😉

  2. Do „Holly Motors” zabieram się jak pies do jeża i jak dziewica z kawałów. I chciałabym i boję się. Z jednej strony lubię „sztukę dla sztuki” z drugiej boję się, że to wszystko będzie dla mnie zbyt zamknięte i hermetyczne, by dobrze się bawić. Chyba zaryzykuję 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s