You made me who I am

Myślałam, że ten film mi nie podejdzie. Wszędobylskie rozdmuchiwanie „Her” miast mnie interesować, powodowało reakcję alergicznie- odwrotną. Ilekroć bowiem widziałam temat, czy to przed, czy po oscarowy, z marszu bombardowały mnie nasycone czerwienią, przybite oczy Phoenixa. Musiało więc minąć trochę czasu, bym na spokojnie podeszła do dzieła Spike’a Jonze’a. Co prawda najpierw czekałam na opinię pewnego blogera, ale ciekawość tu przeważyła. Czasami ciężko zmienić niektóre drażniące nawyki.

My wrażliwcy mamy swoje wady. Przeżywanie wszystkiego naraz, powoduje niemożność wykrycia co  istotniejszych problemów. Gdy całość jest równie przykra (bądź dobra), nie wiem która z tych rzeczy faktycznie przyczyniła się do mojej porażki, czy może problem tkwi raczej we mnie. Tę kwestię idealnie nakreśla tytuł, o którym pragnę pokrótce dziś opowiedzieć.

Theodore przesyła ludziom miłość. Pisuje kartki okolicznościowe, będące wyrazem szczerej życzliwości. Zatem, jeśli ktoś nie miał pomysłu jak podziękować  swej drugiej połówce (za szczęśliwy związek), zgłaszał się do właściwej firmy, która pomogła przelać uczucia na papier. Przekazywanie ich to bowiem umiejętność Theodore’a Twombly’ego- pracownika owej instytucji, oraz bohatera historii uniwersalnej.

Dlaczego właśnie takiej? Bo relacje międzyludzkie dotyczą każdego z nas, nawet jeśli część z nich wolelibyśmy wymazać. Życie jest w końcu szeregiem interakcji, radości, pasji i wyborów. W przypadku Theodore’a jest on na takim etapie egzystencji, że chyba wolałby zamknąć się w domu i być przysłowiowym burito smutku. Pewnego dnia, snując się między korytarzami, Theodore trafia na reklamę czegoś nowego. Chodzi tu bowiem o cud techniki, operacyjny system OS, który ma myśleć i czuć jak każdy człowiek. Ponieważ Theodore i tak nie jest zajęty, postanawia zakupić ów przedmiot i zainstalować go u siebie w domu. Jakież okaże się jego zdziwienie, gdy produkt, zwany Samanthą nie tylko sam nada sobie to imię, ale będzie też autonomiczną kreacją, opartą na ludzkiej intuicji.

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak wraz z rozwojem technologii możemy zgubić siebie. Wszelkie choroby typu depresja, a przede wszystkim borderline, są dość powszechne w tym (rzekomo) mobilnym świecie. Tak często w końcu wymaga się dostosowania do większych/mniejszych oczekiwań, a jeśli nie potrafisz ich spełnić, czeka cię kilka przykrości. W przypadku Tehodore’a jest nim nieudany związek z żoną Catherine i praktyczne poddanie się obecnemu stanowi. Choć nie do końca. Bo oto Samantha- twór  mocno realny wpłynie na Theodore’a, dając możliwość wejścia w namiastkę miłości. Czy można jednak kochać kogoś bez fizycznej powłoki, z kim nie będziemy wstanie poleżeć w łóżku? A co jeśli sami nie wiemy czego (właściwie) chcemy, mając wrażenie, że zbyt wiele nas zraniło?

Wszystko podkreśla moment spotkania Theodore’a i Catherine. On nie widzi nic złego w darzeniu głębszym uczuciem sztucznej inteligencji. Ona jest sfrustrowana, mówi wprost, że nie sądziła, iż trzeba komputera, by radzić sobie ze smutkiem. Ponieważ Theodore ma problemy z zapanowaniem nad emocjami, nie umie się zdeklarować i stąd pewna randka kończy się zwykłym fiaskiem. Nikt tu rzecz jasna nie jest kryształowy, co tylko powoduje  konflikty, jak ten w przypadku przyjaciółki Theodore’a- Amy. Ona też w pewnym momencie będzie wolała wybrać technologię. Ale czy ta relacja-choć obustronnie przyjęta będzie mieć szansę na przetrwanie?

Dystans w „Her” jawi się nawet w świecie przedstawionym. W wielu momentach widzimy ludzi, żywo rozmawiających przez swoje pluskwy. Idą ulicą, w której to tłoki są rzeczą rzadką. Niesamowite, że nawet w tak prosty sposób widać przesłanie filmu. Znowu  jesteśmy architektami własnych dekonstrukcji, ranimy i oszukujemy. Izolacja to tylko punkt zapalny do negatywnych rezultatów. Mogę to zresztą potwierdzić na własnym przykładzie.

Wpleciona muzyka Arcade Fire, przypomina ten rodzaj (pulsujących) dźwięków, kojarzących się z pracą jakiegoś mechanizmu. Nachodzi jak połączenie migreny z ogłuszeniem i fiksacją, która czasem bawi, a czasem dobija. To jest wręcz kwintesencją życia Theodore’a i osób, które spotyka na swej drodze. Gdy postać Phoenixa jedzie windą, kręci się w koło, albo uśmiecha dzięki Samancie, ma się wrażenie, że coś takiego mogło(by) dziać się tuż obok. Szczęście w produkcji łączy się z przygnębieniem i refleksją nad więziami.

Ostatnie minuty były dla mnie zaskoczeniem. Podoba mi się też to, że mimo przewidywalności, fabuła nie powoduje wrażenia nudy, czy czystej wtórności. Reżyser nie używa (pseudo)filozoficznych chwytów, konstruuje historię, jakże możliwą i zarazem smutną. Nie dziwi mnie, że ów przymiotnik tak często pojawia się w opisie dzieła. Nie ukrywam też, że mam słabość do filmowej obsady. Joaquin Phoenix, niepokorne dziecko Hollywood- żujące gumę na gali jest tak świetny, jak można się było spodziewać. Momentami naiwny, zawieszony i egocentryczny, Phoenix kreuje osobę samotną, odizolowaną na własne życzenie. Świetnie sprawdza się głos Scarlett Johansson wykorzystany do postaci Samanthy. Jej interakcja z Theodorem jest niesamowicie naturalna, zabawna, kokieteryjna i kiedy trzeba pełna niepewności. Po raz kolejny widzimy też Amy Adams, która z Phoenixem spotkała się już na planie „Mistrza”. Chyba aktorzy dobrze ze sobą współgrają. Epizodycznie pojawia się też Olivia Wilde, oraz Rooney Mara- która jak dla mnie była jednym z mocniejszych punktów tej produkcji.

Za sprawą ciepłych kolorów i spójnego montażu, rysuje się jeden z najciekawszych filmów ostatnich lat. Jeśli to was nie przekonuje, wiedzcie tylko, żem zadowolona, że mogłam w końcu „Her” obejrzeć.

11 uwag do wpisu “You made me who I am

  1. obejrze sobie jak trafi do tv co pewnie niedługo się stanie 😉 a oglądałaś „Simone” z Al Pacino zabawna historia o reżyserze którego kariera się sypie i któremu pewien wynalazca daje specjalny program dzięki któremu tworzy tytułową simone 😉 która staje się wielką gwiazdą kina 🙂 to tylko lekki spoiler ale więcej nie mówię 🙂

  2. Dobrze, że przekonałaś się do tego filmu 🙂 Dla mnie to historia wyjątkowa, w bardzo prosty sposób mówiąca o różnych odcieniach uczuć oraz o tym, do czego doprowadził człowiek rozwojem technologii.

    1. Jak opadł pył podniecenia mogłam w końcu „Her” obejrzeć. U mnie zawsze jest taki problem, że nie piszę o aktualnych produkcjach, tylko nadrabiam je po jakimś czasie- co z perspektywy ilości blogów może wydawać się wtórne. Ale tak już mam 😛

      1. Ja też większości filmów nie oglądam „na bieżąco” 🙂 Oczywiście są wyjątki, ale to musi być film, który naprawdę chcę obejrzeć w kinie czy DVD. W przypadku „Her” – byłam w kinie w towarzystwie.

        1. No właśnie, ja np. nastawiałam się mocno na obejrzenie „Nebraski”, ale film bardzo szybko wyleciał z repertuaru, bądź go nawet nie puścili. I powiem Ci, że szczerze mówiąc bycie mocno na czasie mnie po prostu nudzi, bo ile można czytać tych samych recenzji w wysypie 2-3 dni.

      2. Dokładnie. Mnie zawsze irytuje to, że przy tak dużej liczbie recenzji niektórzy piszący udają wielkich znawców, zamiast w zwykły sposób napisać czy się film podobał czy nie.

        1. Nie da się ukryć, że czasem to widać. Może napiszesz notkę, co Cię drażni w takim internetowym pisaniu? A co do najświeższych nabytków to ostatnio podobało mi się „Na skraju jutra”.

      3. Dobry pomysł z tą notką. Pomyślę nad tym 🙂
        „Na skraju jutra” – jeszcze nie widziałam, ale zamierzam nadrobić.

  3. Mnie „Her” zawiodło. Przyznam, że nastawiłam się na ciekawy komentarz społeczny odwołujący się do rozpadu więzi międzyludzkich, a dostałam film, który ten problem traktuje trochę po macoszemu. Jak dla mnie „Het” strasznie ślizga się po tematach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s