Secret files of secret files.

Nasi protagoniści (od lewej), czyli Max i Nina

Ten miesiąc stoi pod znakiem powrotu do korzeni. Najpierw odświeżyłam sobie dwie części „The Longest Journey” (przy pomocy przyjemnych let’s play’ów), a potem miałam ochotę obejrzeć  „Herkulesa”. Wiem, że ostatnio nie ma mnie w blogosferze, ale od dawna cierpię na tak zwany brak chęci. W dzisiejszym odcinku wezmę  zaś na tapetę „Secret Files: Tunguska”, czyli grę przygodową, mającą w dorobku kilka kontynuacji. Osobiście miałam przyjemność z dwoma pozycjami i postaram się mniej więcej przybliżyć swoje- związane z pierwszą częścią odczucia.

W naszej historii wcielamy się w postać Niny Kalenkowej- rudowłosej fanki motorów, mieszkającej na terenie Berlina. Gdy jak co wieczór postanowi złożyć wizytę ojcu, okaże się, że nie tylko zniknął on z terenów muzeum, ale też pozostawił stertę rozrzuconych papierów. Coś tu więc zdecydowanie brzydko pachnie, skoro zacznie za nami kręcić się detektyw Kanski, a niejaki woźny dostanie z tego powodu palpitacji. Na szczęście szybko przychodzi nam pomocna dłoń pod postacią Maxa Grubera- młodego pracownika muzeum, będącego w pobliżu tego felernego dnia. Max również przejmie się losem pana Kalenkowa i postanowi wraz z Niną dokopać się do tak zwanej prawdy.

Punktem zaczepienia okażą się wydarzenia, związane z eksplozją na terenie syberyjskiej Tunguski w 1908 roku. Dlaczego? Bo to właśnie ojciec Niny- Władimir był jednym z naukowców, zajmujących się badaniem tego zjawiska na skraju lat sześćdziesiątych. Okaże się, że Kalenkow prawdopodobnie natknął się na coś, co koniecznie chciano później zatuszować. Naszym zadaniem będzie więc dotarcie do reszty członków ekspedycji, oraz dojście do tego, co stało się z ojcem Niny. Oczywiście bardzo szybko deptać będą nam po piętach szemrane persony, chcące wybić te poszukiwania z głowy. A ponieważ to gra przygodowa, nie straszne nam ekstremalne sytuacje, typu wyławianie kluczy zapodzianych w klozecie.

„Secret Files” to gra z kategorii tych przyjemnych. Szybko da się polubić zarówno Ninę, jak i to, co czeka ją po każdym epizodzie (z paroma wyjątkami). Zabiegiem, który urozmaica przejście przez etapy, jest możliwość wymiany gadżetów miedzy Niną, a Maxem- na jednym z bardziej tajemniczych miejsc, czyli szpitalu [psychiatrycznym]. Tu nie jesteśmy biernymi, zamkniętymi na spust więźniami, ale możemy konstruować pułapki nawet przy pomocy materaca.

Deszczowa Irlandia, czyli to co tygrysy lubią najbardziej.

„Tajne akta” wyróżniają się tak z powodu poręcznego sterowania, jak również dzięki fantastycznej grafice. Choć jest serią z 2006 roku, nie przeszkadza to sycić oczu widokiem zielonej Tunguski, czy chociażby kubańskich rewirów. Świetnie sprawdzają się też elementy stricte historyczne, jak te w posiadłości Kena Morangie. Uważam to właściwie za najlepszy moment gry, głownie  z powodu takich rarytasów jak: grobowce, sale tortur i miarowy deszcz. Część pierwsza jest (również) w pełni spolszczona, co umożliwia wybranie tak samych konwersacji, jak dodanie napisów u dołu ekranu. Dubbing „Tunguski” stoi na przyzwoitym poziomie, a osobiście najbardziej przypadł mi do gustu aksamitny głos Maxa.

Gdy udaje nam się dojść do przełomowych momentów fabuły, bądź rozwiążemy co trudniejszą łamigłówkę, w grze towarzyszy nam przyjemny dźwięk pisania na maszynie. Rzecz jasna wspomnieć muszę bardzo dobrą muzykę, pozwalającą na wzmocnienie napięcia. Kiedy jest źle czujemy miarowe bębny, a szybką akcję poprzedza odpowiednio głośna perkusja. Poza tym, jeśli zgubimy się przy rozgrywce, w prawym dolnym rogu klikamy na lupę, odsłaniającą co ważniejsze elementy interakcji. Dodatkowo gra wyposażona jest w tak zwany dziennik Niny, służący nie tylko za podsumowanie (wszystkich) sytuacji, ale też stanowi dobry punkt do uzyskania wskazówek.

Kiedy ostatnio skończyłam tę grę, nasunęło mi się skojarzenie z innymi tytułami. Zakapturzone postaci, przypominały Mroczny Lud z kultowej „The Longest Journey”, a epizod w Irlandii przywodził na myśl pierwszą część „Broken Sworda”. Tam również mieliśmy do czynienia ze średnio przyjaznym barmanem (ok, ten w Tungusce jest jednak dużo gorszy) i pewną akcją na zakręcie. Poza tym, filmik pod tytułem „zły ktoś na czele wielkiej korporacji”, to kropka w kropkę zakusy Jacoba McAllena (0:40-3:10) -którego postać, w jakiś nie do końca zrozumiały (dla mnie) sposób, wywołuje ciarki na plecach. Co prawda bohaterowie nie mają tak uszczypliwych komentarzy, jak Nicole Collard, czy April Ryan, ale łatwo wkręcić się w podany ciąg sytuacyjny, okraszony (odpowiednią) dawką dynamiki i komizmu. Za to końcowa rozgrywka przyprawi was o refleksję, że jednak dobrze, że nie mamy jeszcze zimy.

Podsumowując, polecam z całym sercem „Tajne akta”, bo to seria rozrywkowa i po prostu fajna. Ot takie osiem na dziesięć z chęcią ponownego powrotu.

9 uwag do wpisu “Secret files of secret files.

  1. Ha! Właśnie gram w pierwszą część (po raz pierwszy), bo wydali na iOS, to sobie sprawiłem :] Całkiem przyjemna gierka. Rzeczywiście grafika nie straszy, polonizacja trzyma poziom, da się grać.
    PS. Dziś skończyłem – wspomniany przez Ciebie – etap szpitalny 😀

    1. Bardzo się cieszę, że masz podobne zdanie co do tej gry. Właśnie zamierzam odświeżyć sobie drugą część, czyli „Puritas Cordis”, ale niestety ta wersja (nie wiedzieć czemu) jest po angielsku z polskimi napisami. Jakby wydawcy mieli lekkie rozdwojenie jaźni.
      Mam nadzieję, że przypadł Ci do gustu zamek Kena Morangie:P

  2. Dziękuję ślicznie za recenzję, bo zachęciła mnie do tej gry i gdy wreszcie znalazłam chwilę czasu, odpaliłam ją z radością. Nie jest to co prawda wielka epicka przygoda jak ta Najdłuższej Podróży, co nie znaczy, że jest z miejsca zła. To dobrze zrobiona gra z cudownymi lokacjami. Mnie osobiście zachwyciła chatka pośrodku zielonego lasu, ach, mogłabym sobie ten obrazek powiesić na ścianie! Niesamowicie spodobała mi się opcja wskazywania graczowi przedmiotów do zabrania lub obejrzenia, dzięki czemu unikało się sytuacji niezauważenia jakiegoś super-ważnego przedmiotu skrytego w cieniu.
    A mi się Zakapturzone postaci kojarzyły z Dementorami… ale mi się z nimi kojarzy wszystko, co kapturze, haha:D.
    Czy warto grać w drugą część? Pytam, bo nie tak dawno po przyjemnej przygodzie ze Still Life z miejsca zabrałam się za ciąg dalszy i… ojć, to bolało! Nie dość, ze historia była gorsza, to i grafika jakimś cudem zamiast się polepszyć była o wiele, wiele gorsza, grrr. Dlatego wolę się upewnić, żeby nie tracić czasu na byle co;).
    A z przygodówek w tym klimacie gorąco polecam Gray Matter, przepiękna wizualnie, historia też niczego sobie, choć zakończenie mogłoby być ciut lepsze.

    1. Naprawdę miło to słyszeć! Zawsze wydawało mi się, że w niektórych tematach piszę tak bardziej dla siebie, a tu proszę, takie zaskoczenie;).
      W „Tajne Akta” grałam już niejeden raz, bo są po prostu cudne wizualnie. Masz rację- trudno żeby jakakolwiek przygodówka przebiła The Longest Journey, choć w moim osobistym rankingu króluje rzecz jasna Broken Sword 😀
      Tak- chatka w lesie faktycznie jest ucztą dla oka. A co do Dementorów, to się w sumie nie dziwię:P
      Druga część moim zdaniem jest nieco mniej interesująca,trochę przeszkadzało mi, że większość epizodów z Niną dzieje się w jednym miejscu/obszarze. No i seria pozbawiona jest polskiego dubbingu, przez co z początku nie mogłam się przyzwyczaić (wolę nasz rodzimy głos Maxa). A Gray Matter dopisuję do swojej listy :).

      1. I jestem już po trzeciej części:) I z trylogii chyba właśnie dwójka najbardziej mi się podobała, mniej wątków nie z tej Ziemi, więcej konspiracyjnych teorii (btw czy to ja, czy te gry są bardzo w stylu Dana Browna?:D) i ten świetny etap w Paryżu! Jednakże cała seria w moim odczuciu trzyma niemalże równy poziom i choć twórcy nie boją się wprowadzać nowości, to jednocześnie wciąż ta sama seria, bez zmian trudnych do przyswojenia dla fana wcześniejszych części. Bardzo miła odmiana po dyptyku Still Life, gdzie pierwsza część była naprawdę dobra, a druga to męczący koszmarek o paskudnej grafice, brr, chcę zapomnieć!
        A, od razu dodaję, że wkrótce zabiorę się za spin-off o Sam, tak na otarcie łez po zakończonej przygodzie z Niną i Maxem;).

        1. Mi to się kojarzy z „Indianą Jones’ em” (aczkolwiek Pusiek z Recenzji Malkontentki uważa, że Tunguska to nieudana podróba Broken Sworda :P).

          Dla mnie za długo Nina wałęsała się po tym statku, to było momentami nudne. Plus irytował mnie głos nawiedzonego przywódcy Puritas Cordis ;3.

          Trójka miała coś wspólnego ze ślubem? Bo pamiętam, że gdzieś o tym czytałam.

      2. Mi etap statku nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie, uważam, że to byłby dobry pomysł na grę – jedno miejsce, stopniowe odkrywanie kolejnych lokacji i śledztwo w stylu Agathy Christie! Ooo, zagrałabym! Ale jednocześnie w pełni rozumiem, że ten etap mógł Ci się nie podobać, po raz kolejny powołam się na drugą część Still Life gdzie praktycznie cała historia miała miejsce w domu seryjnego mordercy i to było tak koszmarnie męczące, że gdy skończyłam grę westchnęłam z ulgą, że to już koniec.
        I tak, w trzeciej części pojawia się wątek ślubu – bohaterowie przygotowują się do niego, ale czy do niego dojdzie to już zależy od decyzji podjętych przez gracza.
        (Nie ogarniam sposobu piania odpowiedzi na WordPressie, mam nadzieję, że komentarz pojawi się na odpowiednim miejscu:D).

        1. Hah, ja też muszę czasami sprawdzać tę edycję odpowiedzi :D. No właśnie wygląda jednak na to, że stagnacja w grze mi nie służy. Jeśli trzecia część nie odstaje od reszty, to muszę ją w końcu nadrobić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s