Got ekspresjonizm

1266521797147_f
Obrazy autorstwa Daniela Perron

Od kilku dni chodzi za mną przestrach połączony z dreszczykiem emocji. Uwielbiam trafiać na tytuły odpowiadające moim zainteresowaniom, a jak dodamy do tego fantasmagoryczne wrażenia i uczucie pustki, dostaniemy to co jest najlepsze w grach przygodowych. Otóż ostatnim razem udało mi się raz jeszcze powtórzyć „Art of Murder”, produkt stworzony przez nasze rodzime studio. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż dzięki tej grze zabrałam się za znane  ze słyszenia „Still Life”. SL w połączeniu z AoM wytworzyło we mnie swoiste doznania, chciałam obie gry porównać za pomocą kilku kategorii. Nie wiem jednak czy mi się to uda, bo tak po szczerości starałam się cokolwiek napisać o swoich wrażeniach.

Prota/anta– co możemy powiedzieć o wiodących bohaterkach wspomnianych tytułów? W moim odczuciu zarówno Victoria McPherson, jak i Nicole Bonnet są do siebie podobne. Obie mają czarne włosy, noszą się w dość ciemnych barwach i są w pewnym stopniu tajemnicze. Kiedy pierwszy raz spotkałam się z osobą Victorii mocno skojarzyła mi się z Angeliną Jolie za czasów „Hakerów” [czekam, aż ktoś powie „Kolekcjoner kości”]. Nie wiem czy to kwestia przykrótkiej fryzury, czy raczej pewnego wyobrażenia. Victoria bowiem nie tylko jest lekką kalką o podobnych rysach twarzy, ale jej historia (tudzież zachowanie) w jakimś stopniu kojarzy się z bohaterkami, które grała Jolie. Przykładem może być tu „Złodziej życia”, który jak to u produkcji detektywistycznych bywa, jest swoistym cieniem oniryzmu. W jednej ze scen bowiem postać Scott (w tej roli Jolie), rozmawia w opuszczonej restauracji, a ulice oraz miasto są poniekąd pozbawione życia. Może ma to związek z tym, że policjanci i agenci często są zmuszeni działać w miejscach oraz porach, które rzadko kto odwiedza. Inną kwestią jest chociażby fakt, że w jednej z lokacji Victoria będzie podrywana przez kobietę, co poniekąd pasowało mi do prywatnego życia Angeliny. Ciekawie ogląda się zresztą zmagania w pokoju rodzinnym Victorii, bo nie da się ukryć, że wygląda jakby McPherson nie miała za sobą okresu dojrzewania [raczej sobie żartuję]. Przy McPherson Nicole Bonnet z „Art of Murder” wypadnie niestety blado, o czym za chwilę*.

mature content warning– lubię kiedy dane dzieło jest dla mnie realistyczne i porusza zagadnienia nie obce współczesności. W „Still Life” jest krew, pot i mocne sceny, co na szczęście nie zostało zbytnio okrojone. Dzięki temu możemy zarówno poczuć na własnej skórze czemu partner Vick nie jest w stanie przetrzymać obiadu, ale również znienawidzić osobę mordercy i chcieć jak najszybciej rozwiązać zagadkę. AoM moim zdaniem niestety kuleje w tej kwestii: owszem-mamy krwawe rzezie, które nawiązują (tym razem) do prekolumbijskich rytuałów**, lecz bez kompletnego wglądu w same akta sprawy. Wiem, że jest to być może zabieg celowy, ale nie daje wrażenia nieuchronnej bezradności.

Innym zagadnieniem jest skupianie się na doroślejszej treści. Victoria jak się zirytuje to nie raz będzie przeklinać, a najbardziej widać to przy jej konflikcie z Browningiem. W „Art of Murder” Nicole Bonnet [później] również ma na pieńku z przełożonym, acz nie będzie to tak mocno ukazane. Mogłam sobie całkiem sprawnie wyobrazić Jolie/Victorię mówiącą „Zazwyczaj najpierw się całuję, zanim mnie ktoś wypieprzy”. Co innego zdać sobie poniekąd sprawę, jak bardzo XXI wiek zmienił się pod względem językowym- czego przykładem będzie sam dziadek Victorii, Gustav. To jak się wyraża i z jakim szacunkiem traktuje każdego człowieka- bez względu na jego pochodzenie, bądź profesję stawia go praktycznie w roli dżentelmena-herosa.

                                     MOŻLIWE SPOILERY

zbrodnia i zbrodniarz– nie wiem czy tylko ja miałam wrażenie, jakby twórcy „Art of Murder” czerpali pomysły od ludzi z Microids. Jeśli kojarzycie fabułę „Still Life” prawdopodobnie zrozumiecie to od razu. W SL mamy bowiem kilku podejrzanych, a jednym z nich jest szef Vick, czyli Tod Browning. Głównym powodem jest swoisty brak sympatii tudzież materialny dystans („Tego się właśnie po tobie spodziewałem. Bogatej dziewczynce coś idzie nie po myśli i odchodzi jak rozpieszczony gówniarz”). W „Art of Murder” Raches miał za sobą traumatyczne sytuacje, zmienił swą tożsamość, no i przede wszystkim w brutalny sposób rozprawiał się z ofiarami. W obu przypadkach można zauważyć, że chodzi o zachowanie ciągłości na głęboko osadzoną skalę- tak jakby morderstwa nigdy nie miały się skończyć, a przeciętny(a) Smith z ulicy miał(a) czuć się maksymalnie zagrożony(a). Oczywiście SL I nigdy nie powie nam kto nosił maskę killera, choć ja od początku stawiałam na osobę z okolic galerii.

technika i lokacje– mój ulubiony element, biorąc pod uwagę genialność niektórych sekwencji. Znów twórcy „Syberii” uraczyli mnie cudownym światem przedstawionym, który koncentruje się nie tylko na czasach obecnych, ale również opisuje kraniec lat 20. XX wieku. Mogłam w jakimś stopniu poczuć praski industrializm, oddech minionej epoki, czy niesamowity nastrój. Kwintesencją owej kwestii będzie sztuka, czyli drugi aktor całego „Still Life’a”. Już bowiem sam tytuł sugeruje nam, z czym będziemy obcowali. Wszak zbrodniarz z Chicago wielokrotnie ustawiał ofiary niczym modele z obrazu.

Nie chodzi wyłącznie o samiutką inspirację dziełami Ackermana: widzimy martwą naturę w dosłownym słowa znaczeniu. Mamy więc nieżywych ludzi na tle reszty statycznych przedmiotów, czy ozdoby charakterystyczne dla przytoczonego nurtu. Do tego obrazy Ackermana są nie tylko inspiracją Kubą Rozpruwaczem, ale jakimś chorym podejściem do idei sztuki. Wspominając te malunki, znaleźć można cechy charakterystyczne dla martwej natury: ulotność życia, rzekomą marność przedstawioną jako krytykę wobec złego „prowadzenia się” prostytutek. Trudno jednak widzieć w tym wyłącznie jeden aspekt, bo obrazy Ackermana mają w sobie różne cechy- zaburzona perspektywa, czy kolorystyka bardziej kojarzą  się z ekspresjonizmem. Dla mnie jednak ich reprezentantem jest sam Gustav McPherson, czego wyrazem będą dzieła znajdujące się w domu ojca Victorii. Dodatkowo McPherson reprezentuje takie postulaty, jak: niechęć wobec samotności/ zamknięcia człowieka przez wzmożone tempo egzystencji, a przede wszystkim sympatia i współczucie wobec stylu życia przyjaciółek Idy. Być może dlatego wycinek z historii Gustava odbywa się w zmechanizowanej Pradze.

W „Art of Murder” najlepiej prezentują się momenty, gdy Nicole Bonnet wyrusza w podróż do okolic Peru. Dobrze sprawdza się też przytoczone nawiązanie do prekolumbijskich rytuałów, czy sekrety pewnych absolwentów. Dzięki temu odwiedzamy muzeum sztuki, przydrożną melinę, czy też niebezpieczne wzgórza.

Oczywiście porównując „Art of Murder” ze „Still Life” to pierwsze nie robi na mnie takiego wrażenia jak sequel „Post Mortem”. Jednak nie chodzi tutaj o pastwienie się nad AoM, czy wydobywanie niedoróbek. Chciałam przede wszystkim dać do zrozumienia, jak bardzo podoba mi się klimat gier, zajmujących się tematem stricte kryminalnym. Uważam to wręcz za powrót, albo (raczej) inspirację gotycką grozą i pewną ekspresję- ekspresję nieudolności człowieka, który nie jest w stanie powstrzymać całego zła mimo, że próbuje.

* Poza tym Claire tak bardzo przywodzi mi na myśl Ruth, że zastanawiam się, czy nie wrzucam do jednego worka wszelakich postaci „matkujących”.

**i tym sposobem przeszliśmy do kolejnego skojarzenia z „Broken Swordem”

8 uwag do wpisu “Got ekspresjonizm

  1. NIE GRAJ W DRUGĄ CZĘŚĆ! NIE GRAJ W DRUGĄ CZĘŚĆ… mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno:D. Bo sequel psuje wszystko co jest dobre w jedynce – niektóre postacie znikają, nie ma świetnego dubbingu (choć przyznaję bez bicia: chyba pierwszy raz głos Boberka mi absolutnie nie pasował do całości, ale reszta klasa w sobie), zagadki są męczące, w ogóle nie wciąga i grafika jest koszmarna. Nie graj, nie warto. No chyba, że jesteś taką masochistką jak ja:).
    A co do samego Still Life to ach, jaki ta gra ma klimacik! Pamiętam jak zaczęłam rozgrywkę i miejsce zbrodni z miejsca uderzyło mnie swoim mrokiem i brudem. A potem to zbliżenie na ciało, brr;| I muszę dodać, że uwielbiam Victorię, cudownie poprowadzona z niej bohaterka. Ponoć ma się pojawić w 3 części Syberii, więc może być ciekawie, niech utrze nosa mdłej Kate;).
    Nie grałam AoM ale chętnie rzucę okiem, ale dopiero jak skończę Broken Sworda (obecnie 2 część), bo czyjeś teksty mnie zachęciły, haha:D.

    1. No właśnie pamiętam, że pisałaś jak Cię dwójka rozczarowała więc jej nie tykałam;). Tzn. widziałam Let’s Play’a i wytrzymałam bodaj na jednym tylko odcinku, bo grafika/fabuła/bohaterowie byli jacyś papierowi, a mówi to osoba, która się tego specjalnie nie czepia.
      Chyba że po to, aby dowiedzieć się kto jest mordercą, acz zasięgnęłam internetowych opinii i [SPOILER….] wychodziło z nich, że zbrodniarzy było kilku, dobrze prawię?[….KONIEC SPOILERA]

      Ja szczerze mówiąc jestem zaskoczona jak ta gra jest ostro oceniania [gdzieś natknęłam się na 5 na 10 srsly???], tzn. w moim wypadku ciąg zdarzeń i całą historię śledziło się wyśmienicie. Sama dynamika gry/możliwość zadawania pytań tak osobistych jak i prywatnych bardzo mi odpowiadała, może z wyjątkiem kilku zagadek, ale to normalne;)
      Faktycznie Victoria na tle Kate wypada dużo bardziej ekspresyjnie, to mi się w niej podobało, że mimo wyższego statusu materialnego nie zachowywała się jak osoba z hiper ego i nie dała sobie w kaszę dmuchać Browningowi;)

      Jeśli chodzi o AoM to ponoć lepsze są jego kontynuacje (słyszałam kilka pozytywnych opinii odnośnie „Klątwy Lalkarza”).

      Koniecznie napisz co sądzisz o BS! (Przy czym zastrzegam, że IV część jest kiepska na tle reszty, a w V-tą jeszcze nie grałam).

      1. Mi się zdaje, że to ostre ocenianie bierze się głównie dlatego, że nie ujawniono tożsamości mordercy. Tak samo było z serialem The Killing, który stracił połowę widowni z 1 sezonu na drugi bo nie ujawniono kto zabił Rosie. A wściekły tłum jest wściekły:).
        Hym, z tego co pamiętam to we współczesności był jeden zbrodniarz, a w przeszłości było faktycznie więcej niż jedna osoba. Jakoś tak. Natomiast w głównym śledztwie (wątek z jedynki w sequelu był tylko dodatkiem) było faktycznie kilku i każdy kolejny wyskakiwał jak diabeł z pudełka, jakie to było durne! I jeszcze ten dom! Początkowo pomysł zwiedzania kryjówki mordercy wydawał mi się świetny, ale im dłużej w nim siedziałam, tym bardziej miałam go dosyć, boru, prawie cała gra się działa w tej paskudnej ruderze! Do tego ta koszmarna grafika. Najdłuższa Podróż w ogóle nie straciła na przejściu w trójwymiar, tutaj natomiast nowsza odsłona wyglądała na parę lat starszą od swojej poprzedniczki, jeszcze raz powtórzę – koszmar!
        A w BS gra mi się doskonale! Wczoraj skończyłam dwójkę. Zagadki co prawda mogłyby być nieco trudniejsze, ale z drugiej strony człowiek nie musi się głowić i po dniu pracy może sobie odsapnąć:). No i George jest świetny! Uwielbiam jego głos!

        1. Może i racja, pamiętam, że wielokrotnie w internecie pojawiała się kwestia braku funduszy na dokończenie tej gry.

          George to mój idol z czasów dzieciństwa, pierwszy przygodowy protagonista, który pozostaje ulubionym po dziś dzień;). Plus z perspektywy czasu jestem pod wrażeniem dialogów w tej grze.

        2. Dialogi są świetne, kocham cięte teksty George’a, zawsze słucham ich z uśmiechem. Przezabawna była też opcja pokazywania przedmiotów osobom, z którymi rozmawiamy. Niektóre komentarze były na wagę złota.
          I taka ciekawostka – kanał WatchMojo zaliczył zagadkę z kozą z jedynki do zestawienia najtrudniejszych zagadek z gier. E… serio? Nie wiem czy ze mnie taki przygodówkowy wyjadacz, ale nie miałam z tym żadnych problemów!

        3. Jednym z moich ulubionych jest komentarz po rozmowie z Andre Lobineau w domu Oubiera („Nagle poczułem dziką ochotę przetarcia sobie uszu” xD).
          Ja się może trochę męczyłam, ale nie nazwałabym tej zagadki najtrudniejszą. Przoduje w tym chyba TLJ- epizod z obudzeniem bodaj Olbrzyma; irytowało mnie to z tego powodu, że April musiała latać z miejsca do miejsca ;3.

        4. Taaak, obudzenie olbrzyma było straszne! Choć i tak najbardziej absurdalną zagadką jaką się spotkałam w przygodówce było ułożenie totemu a Ace Venturze. Klocków do ułożenia było chyba 8, totem miał się składać z 5 części i kombinuj człowieku, nie było żadnego klucza do ułożenia, a opcji z multum… jak teraz myślę nad tym, to już chyba nawet nie zasługuje na miano „zagadki” a raczej „tortury”! Dodajmy do tego, że to były odległe czasy bez netu pod strzechą i człowiek nie miał szansy na skorzystanie z odpowiedzi w sieci, na szczęście CD Action umieściło obrazek na płycie, a ja potem swoim znajomym z klasy to przerysowywałam na kartce haha:D

        5. Też miałam grafikę na płycie;). Faktycznie wtedy trudno było znaleźć solucję, pamiętam, że dzwoniłam nawet do swojego ciotecznego rodzeństwa jak nie mogłam przejść jakiegoś etapu „Broken Sworda” (miałam wtedy jakieś 10 lat i zerowe pojęcie o mechanizmie działania tego typu gier).
          Może zróbmy zestawienie najbardziej irytujących zagadek w przygodówkach? xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s