Opowiem wam jedną z szarawych historii…

… o dwóch panach, którzy poznali się przy zbrodni. Jeden zwał się Rust Cohle i widział świat w ciemnych barwach, drugi z nich-Marty Hart miał po dziurki pesymizmu swojego partnera. W końcu, gdy po trzech miesiącach znajomości wiesz tylko, że twój współpracownik ma mieszkanie składające się jedynie z łóżka, spróbujesz do niego dotrzeć, żeby jakoś przetrwać dochodzenie. W tej bowiem chwili znajdujemy się w połowie lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Stan Luizjana. Ogromne przestrzenie, samotne domostwa i wezwanie z powodu znalezienia ofiary. To jednak nie jest typowe morderstwo, zabito prostytutkę, której nałożono rogi- do tego ciało jej w niektórych miejscach związano i ozdobiono satanistycznymi symbolami. Zaczyna się więc robić niebezpiecznie nie tylko z powodu niecodziennej zbrodni. To mogło się kiedyś powtórzyć, mogło być (też) przede wszystkim solidnie zaplanowane, a sam Rust będący asem w swej dziedzinie okaże się większym nihilistą, niż ma to w zwyczaju.

Tak właśnie rozpoczyna się oś fabularna „True Detective”- produkcji określanej mianem kultowej, przez większość być może już obejrzanej. Ja jednak (nie pierwszy raz zresztą) zabrałam się za serial, o którym nic nowego nie napiszę. Mimo to, otwierający ciąg zdarzeń fragment nie przypadł mi do gustu, wydawał się przekombinowany, a para-monologi Rusta nieco męczyły, choć nie były totalnym bełkotem. Co mnie jednak przekonało do powtórnego seansu, to wybijająca się (już wtedy) gra aktorska Woody’ego Harrelsona i końcówka pierwszego odcinka: w końcu Rust pokazał pazury na jakie czekałam.

Bardzo podoba mi się wprowadzenie tak zwanego odwróconego postrzegania. Nasze stereotypowe myśli odnośnie dwójki bohaterów, wraz z rozwojem epizodów zmieniają się w zależności od wydarzeń. Poznajemy więc nie tylko sposób prowadzenia śledztwa przez Rusta i Marty’ego. Widzimy ich życie prywatne po złożeniu broni, a to powoduje, że nasz osąd względem ich podejścia może się po pewnym czasie zmienić. Co innego bowiem prawić morały odnośnie właściwego obcowania z ludźmi, gdy jest się człowiekiem raniącym najbliższych. Może i Rust momentami sprawia wrażenie co najmniej przerysowanego i jest irytujący w swej (fatalistycznej) manierze, ale nie da się ukryć, że przejawia bardziej empatyczne zachowania, niż jego znajomi z pracy.

Narracja jest równie niespieszna, co ciągnąca się rutyna Luizjany. Tam nie ma wielkomiejskiej dynamiki, a jak mawiał Rust, wygląda na obszar głęboko oddalony od Ziemi. Wpływa to zresztą na całokształt serii- nie bez powodu pewnie scenarzysta Nic Pizzolatto postanowił osadzić przebieg zdarzeń w tej aglomeracji. Wraz z Hartem i Cohlem zanurzamy się w bagniste odmęty tajemnicy, zaginionych dziewczyn i bezsensu istnienia. To być może nie brzmi zbyt zachęcająco, ale daje wyraz prawdziwych doświadczeń. Śledztwa w „True Detective” nie okażą się wcale spektakularne, często nasi policjanci będą dreptać w miejscu, próbując dokopać się do prawdy, martwiąc się przejęciem dochodzenia przez mniej kompetentny zespół. Tak naprawdę bowiem cała historia rozgrywa się w dwóch okresach: roku 1995 i 2012. W bardziej współczesnym wieku widzimy więc Rusta i Cohle’a kamerowanych przez młodszych kolegów, chcących dopytać się o szczegóły wspomnianej już sprawy. Jest to niezwykle ciekawy zabieg, ponieważ poznajemy (subiektywną) perspektywę obu panów, którzy w dodatku ze sobą już nie rozmawiają.

Samo wykonanie przywodzi mi na myśl jedno z dzieł Paula Thomasa Andersona. Jeżeli oglądaliście „Mistrza” być może zetknęliście się z plakatem prezentującym nie w pełni wypełnioną szklankę. Co to za substancja znajdująca się w obiekcie- trudno stwierdzić, lecz wygląda jakby była tym czym karmili się sam Rust i Marty (piwo i inne używki). Dodatkowo serialowa taśma sprawia wrażenie celowo zamglonej, dopełniają ją też wizje osamotnionego Rusta. Moja początkowa krytyka odnośnie serialu wiązała się ze skojarzeniem z „Hannibalem”. Mamy bowiem przytoczone wcześniej rogi (a raczej poroża) oraz bohatera żyjącego na granicy jawy oraz snu- w dodatku obdarzonego ponadprzeciętnymi umiejętnościami. Na całe szczęście „True Detective” nie okazał się cieniem produkcji Fullera, tutaj postawiono nie tyle na grozę, ale raczej na mistyczny smutek. Smutek spowodowany nieuchronnością pewnych wydarzeń, niesprawiedliwością i faktem, że naszych protagonistów można by spokojnie nazwać antybohaterami. Rust i Marty nie są w żadnym stopniu kryształowi, czasem będą odpychali swoimi czynami, bo są z krwi i kości. To z pewnością pozwoli nie tyle ich mocniej zrozumieć, co w jakimś stopniu się zżyć- bo też będą popełniali błędy w całym tym tragicznym syfie.

Soundtrack to kolejny ciekawy element serialu. Wraz z nutami country, typowymi dla kowbojskich potańcówek, zetkniemy się z utworami współczesnymi podpartymi ambientowym niepokojem. Jest to kolejny dowód na to, że muzyka łącząca elektronikę i indie świetnie nadaje się do serii detektywistycznych. Wystarczy spojrzeć na czołówkę, która poza dźwiękiem prezentuje nam nałożone obrazy oraz wizerunki z pogranicza psychodelii. Same rysunki Rusta i motywy satanistyczne powodują, iż doświadczamy czegoś więcej niż (około godzinnego) dochodzenia.

Bardzo popularne jest stwierdzenie, że „True Detective” przypomina „Twin Peaks”. Zapewne chodzi tutaj o przypadłości Rusta, fakt, że wcześniej widywał on zjawy, a jeden z przestępców mówił nawet o widzeniu jego duszy. Choć nie da się ukryć, że metafizyczne rozważania są bardzo istotne w tym serialu, byłabym ostrożna z takim przyklejaniem etykietek. „Twin Peaks” pomimo czającego się zła wokół był zaplanowaną komedio- groteską, TD celuje zaś w mocno depresyjny nastrój ukazujący destrukcję życia i nieuchronność porażki. Inaczej też prezentują się postaci kobiece: o ile w TP były one indywidualistkami z charakterem, o tyle w „True Detective” funkcjonują bardziej jako dopełnienie męskiego protagonisty. Najwięcej czasu antenowego posiada żona Marty’ego Maggie, oraz [spoiler] jego kochanka Lisa [koniec spoilera]. Jedna stara się dotrzeć do męża i ma dość bycia okłamywaną, druga zdawać się może przeciwieństwem tej wcześniejszej, co podkreśla miotanie się Marty’ego między obowiązkiem, a traumami. Takie konfiguracje nie są w żadnym stopniu oryginalne, dlatego „Detektyw” nie jest serialem, który wybija się na tle konstrukcji żeńskich bohaterek. Na obecną chwilę jestem ciekawa w którą stronę pójdą twórcy drugiego sezonu i jak poradzi sobie Rachel McAdams w roli szeryfa.

Nie da się ukryć, że siła tytułu tkwi w dialogach. Są one głównym rozgrywającym całego serialu, pozwalają zgłębić bohaterów oraz ich poglądy. Matthew McConaughey i Woody Harrleson stworzyli fantastyczne, bipolarne duo: czasem się kłócą, czasem nienawidzą, czasem będą mieli dość swojego zawodu. Ale jest coś co spaja ich jestestwo, przez co tak świetnie ogląda się ich życiowe zmagania. Naturalność, zwyczajne problemy, czy trudności z zachowaniem dystansu do sprawy. Ta niewymuszona przyjaźń dwójki mówiąc kolokwialnie robi całe dzieło i powoduje, że wrócicie do niego po pierwszym- być może nieciekawym wrażeniu.

„True Detective” nie będzie „moim” serialem, nie spowodował we mnie aż tak szerokich doznań co inne dobra kultury, ale z pewnością jest produkcją godną zainteresowania. Nawet w krainie pełnej żółci.

2 uwagi do wpisu “Opowiem wam jedną z szarawych historii…

  1. W kontekście subiektywizacji prezentowanych wydarzeń bardzo podobał mi się zabieg prowadzenie opowieści poprzez przesłuchania i zestawienie tego co postacie mówią z tym co się naprawdę wydarzyło. Świetnie to wypadło zarówno jako pogłębienie portretu bohaterów i ich motywacji, ale także jako swoista zabawa strukturą opowieści.

    No i dla mnie szalenie interesującym było oparcie tej historii na odniesieniach do klasyków literatury grozy i weird fiction. Dzięki temu niemal każdy odcinek można było poddawać dyskusji pod kątem tego co w zasadzie zobaczyliśmy i jakie to ma znaczenie. Z tego też punktu widzenia nie zgadzam się ze skojarzeniami z „Hannibalem”, bo jednak symbolika w „Detektywie” idzie bez porównania dalej. Zapraszam z resztą do siebie bo nie dawno o tym nawet pisałem 🙂

    Cieszę się, że zwróciłaś uwagę na soundtrack. Mistrzowski, a jakże często pomijany w kontekście całości.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s