To może 10 książek, które miały na mnie wpływ?

Bo nie wiem czy wiecie, ale zostałam wytypowana przez Aeth z „Wiedźmy na Orbicie” do tego właśnie wyzwania. Byłam tym niezmiernie zaskoczona, bo literatura zbyt często nie przewija się w tematach moich (super) notek. Nie to, żebym musiała przeprowadzić ogromną burzę mózgów, ale zaczęłam zastanawiać się nad tym, co wyniosłam z książek. I tak oto wyłoniłam dziesięć tytułów, które miały na mnie jakiś wpływ. Postanowiłam uszeregować je chronologicznie.

1. Maciej Wojtyszko: „Bromba i inni”- jedna z tych lektur, które pozwoliły mi otworzyć oczy na to, że można bawić się językiem. Wymyślać nadnaturalne (albo też nietypowe) postaci, nadawać im ciekawe imiona i pozwalać przeżywać przygody. Onegdaj podejmowałam nawet próby rysowania w zeszycie Glisando, a historia Kajetana Chrumpsa była moją ulubioną. Kajetan był bowiem psem detektywem, który zapoczątkował czytanie „Przygód Sherlocka Holmes’a”. Istnieje też inna, równie mocna teoria, która mówi mi, że powieść Doyle’a czytałam z powodu Bazyla z Baker Street.

2. Maria Krüger: „Karolcia”- moje pierwsze książkowe urban fantasy, o ile nazywam rzeczy po imieniu. Uwielbiałam historię z magicznym koralikiem i to, jak dzięki niemu główna bohaterka stawała się niewidzialna. Pamiętałam też wyraźnie czarownicę Filomenę, co zbiegło się z dość traumatycznym seansem „Wiedźm” z Anjelicą Huston. „Karolcia” pozwoliła mi wejść ze entuzjazmem w światy wyobraźni, a poza tym była bardzo fajną książką.

3. J.K. Rowling: saga o „Harrym Potterze” – dorastałam razem z Harrym. Pamiętam jak za dzieciaka mój tata czytał (mi i mojej siostrze) rozdziały „Kamienia…” do poduszki. Dla mnie to nie tylko fantastycznie sklejona opowieść, ale i historia splatająca wiele lat mojego życia. Masowo zresztą chadzałam ze znajomymi na premiery Pottera do kina, wymienialiśmy się wrażeniami po najnowszym tomie, ba-  ja do tej pory nie umiem być obiektywna względem tej serii. Nawet jeśli enty raz Harry pojawi się na tvn- ie i tak go obejrzę, bo jestem prawdziwą fanką. Poza tym: magia mówi tu sama za siebie.

4. „Mity greckie” Gravesa- nie wiem ile razy czytałam tę książkę, ale wiem jedno: strasznie mi się podobała. W porównaniu do forsowanej w szkole (ciosanej) wersji Parandowskiego, Graves zdawał mi się genialnym poetą, umiejącym konstruować wciągające opowieści. Ten styl mogę spokojnie przybliżyć do narracji rodem z baśni. Był to również czas, w którym siedziałam dość często w bibliotece.

5. Lucy Maud Montgomery: „Ania z Zielonego Wzgórza”- właściwie powinnam wymienić wszystkie (sześć) części serii, razem z „Rillą ze Złotego Brzegu”. Uwielbiałam postać Ani, jej pomysły (kto pamięta sprawę z farbą?), to jak inscenizowała wiersz i jej rozmowy z ludźmi. W pamięć zapadł mi też fragment, w którym Ania odczuwała tremę z powodu występu recytatorskiego. Sama kiedyś próbowałam swoich sił w wyzwaniu, więc wiem jak się czuła

6. Meg Cabot: „Pamiętnik księżniczki”- literatura młodzieżowa, podparta popkulturalnymi momentami (majtki z królową Amidalą!) i losami amerykańskiej nastolatki Mii- która dowiaduje się, że jest następczynią tronu Genowii. Oczywiście nie była najpopularniejsza w szkole, oczywiście miała swoje zdanie. To był okres prawdziwego boomu na cykle Meg Cabot. Wspominałam niegdyś, że nagminnie wymieniałam tomy Cabot z koleżankami i skończyłam chyba na odcinku siódmym. Niestety, mój entuzjazm opadł z biegiem czasu i dało się zauważyć zabiegi, mające pokazać ‚kto zawsze zwycięży’ (niepopularna dziewczyna nagle staje się przewodniczącą szkoły i bierze mikrofon w ręce robiąc kwiecistą przemowę- mimo, że nie miała ku temu zdolności), a oliwy dodały niespójne kontynuacje filmowe. Potem już wracać do serii nie chciałam, choć sentyment pozostaje (jak i inne przeczytane dzieła: np. „Dziewczyna Ameryki”).

7. Dorota Terakowska: „Córka Czarownic”- kolejny tytuł skupiający się na aspektach fantastyki, który, co tu dużo mówić mnie ogromnie wciągnął. Motyw podróży głównej bohaterki nie wiedzącej za wiele o sobie był nader ciekawy, a i czarownice wzbudzały też zainteresowanie. Nie wiedziałam przed kim uciekały, ale z biegiem stron odkrywało się ów frapujący ciąg wydarzeń- który zasługuje na (co najmniej) przyzwoitą ekranizację.

8. Juliusz Verne: „W 80 dni dookoła świata”- książka, która kojarzy mi się z konkursem z polskiego, w którym konieczne było nadrobienie kilku lektur. Już wiem  czemu tak lubię tematy przygodowe, dreszczyki emocji i zwroty zdarzeń spajające grupę bohaterów. Wydaje mi się, że odbieram to dzieło w taki a nie inny sposób, bo miałam okazję oglądać serial ze zwierzętami w roli głównej- gdy byłam jeszcze bardzo mała. O ile wciąż ciepło wspominam oryginalne „W 80 dni..”, o tyle nie mogę dobrze wypowiedzieć się o wersji z Jackiem Chanem.

9. „Królowie Przeklęci”- cykl Maurice’a Druona, który nazywam swoistym prequelem „Gry o tron”. Autor skupiając się na losach francuskiej dynastii Kapetyngów, snuje historię od spalenia templariuszy, do momentu wojny (stuletniej) z Anglią. Dodaje do tego mnóstwo wątków dramatycznych, podstępów, romansów i postaci historycznych, mających swój (oryginalny) charakter i system wartości. Są okrutni, mili, podli, ulegli, seksualnie wyzwoleni, nietykalni. Zresztą, wspominałam kiedyś, że postać Filipa IV Pięknego uważam za prekursora Tywina Lannistera.

10. Trylogia „Millennium” Stiega Larssona- na tę serię zbiegło się moje (ponowne) zainteresowanie tematyką kryminalną. Był „Wallander” z Kennethem Branaghiem, oraz „Luther” z Idrisem Elbą. Potem- rekomendacja mej siostry po (filmowej) szwedzkiej wersji i wejście w lekturę, która odcisnęła na mnie piętno. To było.. fascynujące- usiąść z gorącym kubkiem tej sztampowo- blogerskiej herbaty i w zimny wieczór wchłaniać dochodzenie Blomkvista i los Lisbeth. Jeśli musiałabym wybierać która seria na nowo obudziła we mnie chęć konsumowania popkultury, to wskazałabym „Millennium”. Przykładowo, w tej chwili skończyłam czytać pierwszy tom Jo Nesbø o norweskim detektywie Harrym Hole.

To na tyle. Od siebie nominuję Klaudynę z „Notatnika Kulturalnego”, Salantora z „Bobrowni”, oraz Rouge z „It’s kind of fun to do the movies”.

źródło ostatniego obrazka: https://www.behance.net/gallery/7264089/Millenium-Series-Book-Covers

There once was a prince, as kind as can be, who often went sitting ‚neath a green willow tree.

20140910_012201
Okładka gry

Mrok, ciarki i niepokojący dreszczyk to rzeczy, które kojarzą się z twórczością niejakiej Emily Carroll. Jej przypadkowe odkrycie (jednak jestem dość słaba w researchu), związane z czytelniczym wyzwaniem Rusty, okazało się na tyle absorbujące,  że musiałam poświęcić mu notkę.

W końcu kto z nas nie słyszał o bajkach? Swego czasu czytywałam dzieła Andersena, wielbiąc nad miarę „Królową Śniegu”. Sam motyw zmieniających szkiełek, użyto w grze o tym samym tytule- którą dostałam kilka lat temu. Śledziłam więc losy Kaya i Gerdy za pomocą point and click, zbierając odłamki diabelskiego lustra. Co ciekawe, zabawa nie kończyła się zwyczajnym happy endem, bo gracz pomagał skleić przedmiot temu Złemu.

Równie mile wspominam też „Towarzysza podróży”, czy (innej twórczości) historię o braciach- łabędziach. Nie da się ukryć, że odświeżanie znanych nam motywów w kreatywnych wersjach, uruchamia (przyjemne) pokłady fantazji. Fani „Neverending story” wiedzą o czym mówię.

Poza klasycznym retellingiem baśni- pod postacią książek/filmów, na pierwszy plan wysunął się kuzyn świata grozy, cichy fan braci Grimm, lubiący żonglować poszczególnymi gatunkami. Bo w krótkich, acz depresyjnych historiach-wyjętych rodem z horror story, zobaczyć można bardzo różne elementy. Właściwie powinnam zacząć od tego, że do tematu porwała mnie okładka „Through the Woods” będąca zbiorem opowiadań Emily Carroll. W tempie ekspresowym znalazłam też link do odrębnych dzieł autorki, prezentowanych w formie komiksowej. I choć nie byłam za dobrze nastawiona co do treści, z czasem nie tylko odświeżałam te historie, ale złapałam się na pamiętaniu ich obrazów. Łączenie fabuły i kreacji świata przedstawionego, spowodowało wybuchową (wręcz) mieszankę estetyczną.

Na pierwszy ogień poszło „The Prince & The Sea”– istna wariacja na temat (nie lubianych przeze mnie) ballad Mickiewicza. Wydaje mi się, że było tym dziełem, które zrobiło najbardziej piorunujące wrażenie. Jeśli przyjrzycie się kolorystyce, zauważycie jak często zmienia się pod wpływem narracji. Niby nie jest to ogromna innowacja, ale spełnia dużą rolę w graniu na emocjach.

Mamy więc otoczonego ciepłymi barwami księcia, rumieniącego się na widok Syreny. Trudno nie wyjść od skojarzeń z słynną baśnią Andersena: jest więc zakazana miłość i dwa światy zwieńczone konkretnym przyrzeczeniem. Tym razem czyny stoją tu po stronie księcia, który wydaje się bardziej niewinny od nimfy. Romans przypomina momentami inspirację czarnym romantyzmem, co też sugeruje dalszy ciąg fabuły.

Czy tylko mnie przeraziła pewna scena nad jeziorem? Rymowanka wyraźnie podkreśla psychotyczny stan, który widzimy pod koniec tej tragicznej historii. Zakończenie baśni wersem- tym samym co w pierwszej linijce jest… zaiste mocne.

Skąd więc podobieństwo do polskiego wieszcza? Rzecz jasna chodzi tu o „Świteziankę” i użycie wody jako katalizatora magii. Jest i Szekspir i dziwne uczucie w podbrzuszu.

Im dalej w las, tym więcej drzew, a wedle  „His face all red” więcej szaleństwa. Perspektywa pierwszoosobowa w tej przygodzie jest bowiem przewrotna.

To co od razu przyciąga uwagę to fakt, że poniekąd my jesteśmy młodszym bratem*. Widzimy jego gonitwę myśli, wiedząc, co stanie się po pewnym kadrze. Nagromadzenie negatywnych emocji- wytłuszczonych czarnym drukiem i kontrast po zmaganiach ze zwierzyną, prowadzi do (ciekawego) punktu kulminacyjnego. Otwarte zakończenie powoduje ten stan niepokoju, który przyrównać można do filmów Hitchcocka. Nie bez powodu też kluczowa akcja odbywa się w lesie, uważanym za zalążek siły zła. Od razu skojarzyło mi się to z „Miasteczkiem Twin Peaks” i postacią rzekomego Boba.

Autorka odnosi się zatem do baśni o „Czerwonym Kapturku”,  tylko, że tym razem to wilk jest ofiarą. Albo raczej ludzie są wilkami.

Na sam koniec wisienka na torcie w kategorii palpitacja roku, czyli „Out of skin”. Zlepek najmroczniejszych i najbardziej makabrycznych zakamarków naszej duszy elementów jakie mogą powstać w tzw. baśniowej grozie. Biel i czerń występująca w opowieści łączy się z kościstym chłodem wiejącym zza łączy [internetowych].

W tym świecie natura bierze sprawy w swoje ręce i domaga się sprawiedliwości. Stanowi kontrast do innego organizmu, który jest wyzuty z człowieczeństwa. Bo tym razem nasączony zbrodnią, czerwony kapturek jest przyczynkiem działań, będących u podnóża domu. Uważam ten tytuł za kwintesencję twórczości, wprawiających mnie w stan odrętwienia.

Nie da się ukryć, że oryginalny styl Emily Carroll pamięta się dobitnie. Same dialogi, czy też wprowadzenie w sytuację jest podparte charakterystyczną, cienką kreską. By nie przedłużać- dawno tak nie wciągnęła mnie żadna opowieść. W tym dobrym i (nieco) mniej pozytywnym  słowa znaczeniu.

A tu banner wyzwania

*odnoszę wrażenie, że ów brat był młodszy

Filmowe fragmenty, które ostatnio siedzą mi w głowie (obrazki).

rs_1024x759-130719130320-1024.divergent2.mh.071913

1. Z cyklu ostatnio widziane, czyli Tris i Christina skaczące z pociągu („Niezgodna”).

 

2. Mr President próbujący nawiązać kontakt z kosmitami przy pomocy słynnego utworu „Axel F” („Potwory kontra Obcy”).

 
 
 

3. Lord Farquaad torturujący Ciastka ze „Shreka” („Ty i ta twoja hałastra, która psuje mój idealny świat” + „Nic mu nie mów!”).

 

 

hp7204

4. Voldemort i jego niezręczny śmiech („Harry Potter is dead!”).

 

 

5. Syndrome mówiący: „O ty świnko, zacząłem monolog” („Iniemamocni”).

Who watches the Watchmen?

    Człowiek, który nie zna komiksu-będącego podstawą adaptacji, ma dwa wyjścia. Albo zacznie przeszukiwać Internet i nadrobi rysunkowy pierwowzór, albo zda się na intuicję i podejdzie do filmu w całkowitej niewiedzy. Tę ostatnią grupę reprezentuje oczywiście moja skromna osoba i jej chroniczny znak rozpoznawczy-czyli ogromne lenistwo.  Mimo, że o „Watchmen. Strażnicy”  słyszałam już kilka pozytywów, dopiero niedawno postanowiłam nadrobić ten dość popularny tytuł. I choć z początku mój stosunek do  produkcji był dość obojętny, z biegiem minut coraz mocniej angażowałam się w problemy wykreowanego tam uniwersum.
     Zack Snyder znany z takich produkcji jak „300”, czy „Sucker Punch”, wziął się za kolejną pop kulturalną ramkę, czyli zdezelowanych super bohaterów. Bowiem rzadko kiedy spotyka się gońców sprawiedliwości, którzy albo są przesiąknięci wewnętrznymi ranami, albo mają gdzieś, czy staną po stronie zła, czy dobra. Jest to niezwykle oryginalna sprawa, bo praktycznie w każdym ‘kryształowym’ osobniku znaleźć można poważną skazę- która spowoduje, że Watchmeni będą bardziej rzeczywiści, niż byśmy tego oczekiwali.
    Zanim przejdę do omówienia tak zwanej fabuły, przyłączę się do głosów oczarowanych openingiem. Piąta minuta filmu, to rewelacyjny kalejdoskop z życia pierwszych ‘herosów’, opiewający na lata ich działalności. W rytm „The Times they are a-changin” Boba Dylana, pulsują kolejne daty, na przemian spajające i niszczące ideę „Strażników” od środka. Są więc tematem nagłówków z pierwszych stron gazet, jest i wspólne zdjęcie w 1940 roku (Silk Spectre to kwintesencja inspiracji stylem pin-up girl), a nawet nawiązanie do kultowego zdjęcia żołnierza i pielęgniarki po powrocie z II wojny. Później mamy totalne odwrócenie sytuacji i powolną rozsypkę drużyny- np. samobójstwo i zabójstwo z powodu ujawnienia homoseksualizmu. Na koniec poznajemy tytułowych Watchmenów i ich ewolucję do dnia obecnego [w produkcji]*. W tle przeplatają się również autentyczne wydarzenia, w których ważną rolę odgrywają ludzie związani ze Strażnikami.
   Nasza historia rozpoczyna się w roku 1985. W alternatywnej wizji przeszłości, prezydent Nixon rządzi w Stanach Zjednoczonych kolejną kadencję, a nikt nie ma pojęcia o (słynnej) aferze Watergate. W tym świecie bowiem zamaskowani mściciele nie tylko czynią to, co  powinni, ale też to, co im się bardziej opłaca-dlatego więc podejrzenia względem ‘męża stanu’ nigdy nie wyszły na światło dzienne. Ale jest jedna rzecz, która spędza sen z powiek amerykańskim obywatelom: chodzi o zagrożenie nuklearnej wojny ze strony Związku Radzieckiego. I właśnie w tym momencie, podczas telewizyjnej debaty, w jednym z mieszkań były członek drużyny „Watchmen”- Komediant, zostaje zabity wypchnięciem przez okno.
    Ta niespodziewana informacja jest początkiem ważnej sytuacji. Bo kolejny eks- druh „Watchmenów”, czyli Rorschach (którego maska przypomina owe słynne malowidła), na własną rękę postanowi dowiedzieć się kto doprowadził do ‘sprzątnięcia’ Komedianta. Zatem niczym ten tułacz, odwiedzi starych towarzyszy, informując ich o tragicznym wydarzeniu- starając się przy tym ponownie ich zjednoczyć. Jednak Strażnicy już dawno wrzucili kostiumy na dno szafy i niekoniecznie pragną znów bawić się w bohaterów. Pierwszym, który „łamie się” w tej narastającej rutynie jest Daniel, znany też jako Nocny Puchacz (Nite Owl brzmi lepiej, czy mi się tylko wydaje?). Sam więc odwiedzi kolejnego członka ekipy, czyli Adriana Veidta aka Ozymandiasza [zwanego najmądrzejszym człowiekiem świata], który jako jedyny ujawnił prasie swą prawdziwą tożsamość. Rorschach zaś zmierzać będzie do ostatnich Watchmenów, czyli Jedwabnej Zjawy/ Laurie, mieszkającej razem z doktorem Manhattanem. Tak jak i Adrian, ci dwoje również niezbyt przejmą się zaistniałym faktem, bardziej skupiając się na globalnym niebezpieczeństwie (konflikt z Rosją). Oczywiście do pewnego czasu.

    Dzieło Snydera to efektowna mieszanka kilku gatunków filmowych. Mamy więc deszcz i samotnego bohatera- Rorschacha, który nie tylko posługuje się pierwszoosobową narracją, ale również pisze dziennik. Pachnie wam to stylistyką noir? I prawidłowo, bo tak właśnie skonstruowana jest postać /osobowość Rorschacha: ma swój system wartości, jest cyniczny i wyznaje zasadę „No compromise”. Ale jest też domieszka psychologii i dramatu, zwłaszcza we wspomnieniach Silk Spectre (Jedwabne Widmo)-matki Laurie. W „Watchmen” nie zabraknie również akcji w Wietnamie, nawiązującej do „Czasu Apokalipsy” Coppoli. Sam epizod badania śmierci Komedianta, w pewnej chwili ociera się o kino akcji, czy czysty thriller. „Strażnicy” to też przede wszystkim kino science- fiction-> jeśli weźmiemy pod uwagę zdolności doktora Manhattana i to, że może przemieszczać się w kosmosie, czy teleportować jak Nightcrawler. Można też odnieść wrażenie, że „Watchmeni” wielokrotnie stawiają na autoparodię. Nixon nie bez kozery posiada nos przypominający pewien męski narząd, a najbardziej komediowe elementy leżą w dobranej ścieżce dźwiękowej: w dramatycznej scenie walki przewija się wesoła nutka, scenę seksu okraszono utworem Leonarda Cohena „Hallelujah”, a pogrzeb Komedianta rozpoczyna „The Sound of Silence” Simona & Garfunkela.

       Oczywiście nie zabraknie tu technicznych elementów, idealnie balansujących na krawędzi komiksu i ciętego realizmu. Jest i slow-motion w scenach walki, unikanie pocisków, pięści przebijające ściany (te amerykańskie chyba nigdy nie były dość mocne), czy paradowanie w odpowiednio obcisłych strojach. Jeszcze wracając do elementów stricte komicznych, można zauważyć, że strój Ozymandiasza (z wyjątkiem kolorystyki) wyraźnie bazuje na kostiumie Batmana, prezentowanym w produkcji Schumachera „Batman i Robin”. Tam również obrońca sprawiedliwości posiadał taki element jak opływowa maska i… metalowe sutki. Jest to z pewnością mrugnięcie okiem w stronę widza, a i sama orientacja seksualna Veidta jest zasugerowana w dość aluzyjny sposób.
    „Watchmeni” w dużej mierze rozliczają się z wizerunkiem perfekcyjnych i moralnie doskonałych superherosów. Tu każdy zmaga się ze swoimi problemami, nie może do reszty odnaleźć się w życiu, albo odcina się od szarej egzystencji ze względu na posiadanie umiejętności, wykraczających poza zwykłe człowieczeństwo (doktor Manhattan). Jeśli pamiętacie „Iniemamocnych” Pixara, wiedzcie, że „Strażnicy” stanowili inspirację dla pewnych elementów fabularnych- zwłaszcza jeśli chodzi o podejście Boba i kłopoty jego dzieci. Niezwykłe jest również to, że praktycznie każdy z bohaterów mógłby mieć swój scenariusz na oddzielny film. To, że w ciągu 160 minut jesteśmy w stanie wejść tylko w najważniejszy wycinek ich wspomnień, jedynie zaostrza apetyt na więcej. Osobiście, najchętniej dowiedziałabym się czegoś więcej o Rorschachu i Ozymandiaszu- bo ci dwaj panowie nie tylko wydali się najbardziej interesującymi postaciami, ale wybijali się również aktorsko**.
    Zakończenie filmu jest dość zaskakujące i daje mentalnego kopniaka w kwestii wyborów. Czy możliwe jest więc osiągnięcie pokoju bez żadnych ofiar? A co z tymi, których poświęcono dla idei: czy może być słuszna, skoro i tak ucierpią na niej postronne osoby? Te i mnóstwo innych pytań przewija się w punkcie kulminacyjnym, dając do zrozumienia, że nigdy nie wiadomo co kreuje publiczną świadomość (pełną iluzji). Mechanizm rządzący światem idealnie zaprezentował sam Komediant: przerażająco okrutny wobec ludzi, ale i w pełni świadom jak brudne są jego czyny i wszyscy, którzy posiadają władzę.
   Podsumowując: naprawdę warto obejrzeć ten film. Bo „Watchmen. Strażnicy” to nie tylko gratka dla fanów, ale przede wszystkim interesująca wizja, która jest aktualna i dziś.

*Nite Owl w roli muzy Warhola był całkiem udanym pomysłem.
**Plus jeszcze Carla Gugino, która mogła być dużo częściej.

Excelsior.

  Bardzo dziwny film. Musiałabym mocno się zastanowić, czy mi się podobał, czy nie. Bo nie jest tak, że oto mamy sobie wesołą opowiastkę, powodującą uczucie motyli w brzuchu. Tylko bardzo nietypową hybrydę, oscylującą na granicy dramatu. W końcu oglądanie drących się na siebie rodziców i dzieci jest jedną z tych rzeczy, które należą do towarzyskiej niezręcznej sytuacji. Jakbym wchodziła z buciorami w familijne problemy i była zmuszona przeżywać to samo, co oni. Dlatego też, nie można dzieła Davida O.Russella włożyć do jednej, bezpiecznej szufladki. I tym samym dochodzimy do momentu, gdy mam ogromny problem z wystawieniem jednostronnej opinii. Nie znoszę takich sytuacji, ale cóż-mówi się trudno.

   Jest on-Pat, mężczyzna po przejściach. Właśnie wyszedł z psychiatryka, czyli zakładu dla mentalnie chorych. Chce odbudować relacje z żoną-jednak po po 8 miesiącach terapii [oraz zmiany środowiska], dowiaduje się, że zniknęła z domu. Tak więc nie ma ukochanej, własnej posesji i w dodatku cierpi na przypadłość, powodująca w sąsiadach (jak i również policji) lekki niepokój. Pat jest więc nie tylko skazany na swoisty społeczny ostracyzm, ale też trudno mu wrócić do świata żywych. Bo nie jest łatwo cierpieć na chorobę afektywną dwubiegunową, mieć ojca z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi i częstokroć trafiać na osoby, które nie potrafią cię zrozumieć. Ale znajdzie się wkrótce światełko w tunelu imieniem Tiffany, co to okaże się bardzo nietypową osobistością. Tiffany jakiś czas temu straciła męża i od tej pory stała się seksoholiczką. Stąd pierwsze spotkanie naszych bohaterów będzie dość osobliwe-lecz nie oznacza to, że nigdy więcej się nie zejdą. Bo tak właściwie, to historia dwojga ‚ześwirowanych’ typów, które nawzajem się uzupełniają i stanowią dla siebie oparcie. Kto bowiem lepiej zrozumie przyjmującego leki, jak nie ten, co je również przełykał?

Ale świat nie jest taki prosty. W końcu ludzie z objawami zmuszeni są każdego dnia zmagać się z tym co pociąga ich na dno, a jeśli nie znajdą w nikim pomocy, gorzej im znosić samych siebie. I, chociaż ten niezbyt adekwatny polski tytuł, może wprowadzać w błąd (że oglądamy stu procentową komedię), nie można zaprzeczyć, że Pat i Tiffany wyrobili w sobie pozytywne myślenie. Będąc razem. Wszak [jednak], na horyzoncie znów pojawi się marzenie Pata o powrocie do cudownej Nikki-tyle, że z biegiem czasu, pewne kwestie zaczną się komplikować. Czy zatem nasz bohater, tak po prostu wyrzuci z siebie wspomnienie zdrady i postanowi wpaść z powrotem w to samo? Czy może rzeczywiście zmieni swoje podejście?

   Nie da się ukryć, że początek filmu szału nie robi. Pierwsze minuty spowodowały we mnie dość negatywne odczucia i zaczęłam poważnie podważać opinię ludzi z Akademii. Jednak z biegiem akcji (i wejścia do niej Jennifer Lawrence), coraz mocniej przeżywałam wewnętrzne rozterki Pata i Tiff. Nie umknęła mi również myśl o grupie docelowej, do której skierowano tę produkcję. Bo dla mnie jej odbiór nie był tak lekki, a to z powodu dość realistycznego zacięcia. Nie jest łatwo być ‚psycholem’, czy posiadać szósty zmysł- i to akurat w niczym nie odbiega od codziennych „Trudnych Spraw”.  Dlatego SLP ma u mnie chociażby tego plusa, że jest dość oryginalny. Nie pamiętam, kiedy ostatnio oglądałam scenę kłótni, w której ktoś wywala talerze, czy obezwładnia swoje dziecko. Tak więc moc tego dzieła głównie bierze się z osobistych doświadczeń (nie, nie chodzę do terapeuty, jeśli o tym myślicie).

     Kilka słów o technicznej całej reszcie. Obawiałam się tego Globa dla Jennifer Lawrence, bo jestem naprawdę sceptyczna. Nie lubię tak iść na film i mieć już konkretne oczekiwania. To momentami odbiera mi całą przyjemność z seansu i nie pozwala skupić się na całości. Tak więc nie kwapiłam się z hołubieniem jej roli, bo już na wstępie obdarzyła mnie lekko irytującym zachowaniem. Jednak czas mijał, a ja przyzwyczaiłam się do wcielenia ‚hot laski’ i coraz mocniej wierzyłam w traumę tej ciemnowłosej wdowy. Zatem, jeśli musiałabym wytypować, kto bardziej zasługuje na amerykańską nagrodę, mój złoty palec skierowałby się w stronę kobiet. Bo mało tego. Spodobała mi się również kreacja Jacki Weaver- choć nie potrafię do końca określić czym mnie porwała. Była taka ciepła i wesoła-coś mocno w stylu Rachel Weisz w „Wiernym ogrodniku”, czyli nie wiem co ja w tym widziałam, ale jednak widziałam. A Bradley Cooper? Z bożyszcza milionów, stał się jednym z tych aktorów, którzy potrafią wykrzesać z siebie coś więcej, niż tylko śnieżnobiały uśmiech. Ale nie do końca rozumiem nominacji dla Roberta De Niro-bo dla mnie wciąż trzyma jeden i ten sam dobry poziom. Choć może brak porozumienia z synem pana Pata seniora, tak zachwycił szacowne jury.

   Wszystko fajnie, ale co z tym całym tańcem? No właśnie. Niezbyt podobał mi się ten motyw, bo jak dla mnie zbanalizował on całą kwestię ‚wewnętrznego oczyszczenia’, przywołując skojarzenia z plastikowym „Step upem”. Ale uff-na szczęście nie było tego dużo- mimo, że wydawało się ździebko oklepane (zdaję sobie sprawę, że jest to adaptacja, więc moje umizgi winny być może tyczyć się książki).  Miło jest również widzieć z powrotem Chrisa Tuckera, który ma u mnie fory za „Godziny szczytu”.
Nie jestem pewna, czy pamiętam utwory muzyczne, ale były one całkiem ciekawe, zwłaszcza w chwili, gdy wystąpił punkt kulminacyjny. Zatem, jeślibym znów musiała dywagować, nie przeszkadzałoby mi wyróżnienie zarówno kompozytora, jak i samej reżyserii. Dlaczego? Gdyż, jak już wspomniałam, dawno nie przemknęły mi tak prawdziwie sportretowane relacje. Nie pełne lukru, czy aż nadto patologiczne, tylko zwyczajnie słodko-gorzkie. Jak każda, szaro-bura egzystencja.

  To nie jest z pewnością najlepszy film dekady i nie jestem przekonana, czy oglądałam najmocniejszego kandydata do Oskara. Na chwilę obecną, wciąż myślę co z tym fantem zrobić, że tak o nim prawię, a jednocześnie nie kocham i nie wywyższam.

 

Jedzenie dobre na wszystko.

Posiłek, przekąska, czy też inaczej żarcie jest nieodłącznym elementem naszej codziennej egzystencji. I tak jak w przypadku przeciętnego Mostowiaka (zbieżność nazwiska z pewnym serialem jest zupełnie przypadkowa), tak również i na ekranie te cudowne wspomagacze energii pełnią ważną funkcję dla niektórych produkcji.

1. „Miss Agent”- Gracie Hart to nie tylko bezkompromisowa tajniaczka, ale również fanka mrożonych słodyczy. W scenie gdy lekko zdołowana Sandra Bullock idzie do baru, prosząc o dawkę pewnego specyfiku, jesteśmy przekonani, że zamierza sobie wylać za kołnierz. Tymczasem obsługujący ją pan wyjmuje nic innego, jak obszerny pojemnik na lody. Prócz tego Hart jest zdecydowaną entuzjastką pizzy, co dość humorystycznie przedstawia scena z łakomymi koleżankami z branży. I tak, mimo, że cała postać teoretycznie nieatrakcyjnej (mówię teoretycznie, bo Sandra Bullock nawet w charakteryzacji brzydka nie jest) Gracie być może nie należy do najlepszych kreacji kinowych, to „Miss Agent” świetnie mi się ogląda dla zwyczajnego relaksu.

2. „Dziennik Bridget Jones”- zakręcona angielka lubi zarówno dobre papierosy, jak i wieczorne spotkania ze szklanką wódki. Do tego potrzebuje również nastrojowej muzyki, no i oczywiście trochę jedzenia. Choć w filmie specjalnie nie podkreślono zamiłowania Bridget do posiłków, to jednak na takie zapędy wskazuje chociażby scena z zeskrobywaniem pleśni z sera (będącego bodajże jedyną dostępna przekąską w lodówce). Oczywiście  kompleksy bohaterki zostały zinterpretowane troszeczkę zbyt dosłownie, ale nie zmienia to faktu, że nadal sympatyzuję z tym tytułem.

3. „Legalna Blondynka”- kiedy różowa Elle Woods zostaje rzucona przez snobistycznego Alarica, ee to znaczy Warnera, postanawia urządzić sobie z lekka dobijający maraton filmowy i zajada przy tym czekoladki (w dodatku są one w kształcie serduszka). Czekolada to moim zdaniem jedna z najlepszych recept na zły humor, bo po pierwsze zawiera hormony szczęścia, a po drugie jest świetnym dodatkiem do bez cukrowej kawy.

4. „Dziewczyny”- tu chodzi oczywiście o Hannę, która nie ukrywa, że lubi sobie zwyczajnie podjadać. Postać grana przez Lenę Dunham jest jedną z tych bardziej realistycznych, bo o wiele częściej widuje się kobiety o jej posturze niż np. takiej Anji Rubik. W serialu wielokrotnie wspominanie jest, że Hanna zmaga się z problemem lekkiej nadwagi (a ja osobiście lubię jej ciekawe przemyślenia).

5. „The Big Bang Theory”- kiedy urocza sąsiadka dwóch naukowców imieniem Penny wkręca się wirtualny świat gier, nie tylko chodzi zaniedbana jak zaspany student, ale również myszkuje we włosach kawałki czipsów. Ogólnie rzec biorąc to przepadam za takim portretem nieco zdezelowanej dziewczyny, bo  miewam czasem nastroje pt. wolę se posiedzieć w dresiku.

6. „Dragon Ball”- już wiem na kim wzorował się Robert Burneika. Otóż jak dobrze wiemy, żeby mieć siłę, potrzebna jest również masa. Tak więc bohaterowie Akiry Toriyamy wchłaniają wszystkie dania na potęgę, a największymi łakomczuchami są oczywiście Sayianie. Żeby nie było, iż funkcja takiego jedzenia nie ma tu wartości wznioślejszych- po posiłku Goku i jego paczka czuje się o wiele szczęśliwszy i masuje swój napełniony brzuch niczym niegroźna panda.