Dziwny przypadek Dona Blutha.

Na ten wpis wpadłam jakiś czas temu, ale jak to z pomysłami bywa- lepiej je podsunąć, niż zrealizować. Ma to również związek z faktem, że wszystko zaczęło się od koszmaru. Powiecie- każdemu zdarza się (od czasu do czasu) taki problem, ale hej- mi śniła się gigantyczna orka, rozwalająca lodowce. Jeśli nadal nie wiecie z czym będę się mierzyć, to wyjaśniam: chodzi o dziwny przypadek reżysera produkcji animowanych, który mimo ogromnego wkładu w me szczęśliwe dzieciństwo, spowodował pewne traumy, które tu przytoczę.

Pamiętam jak dziś fragment umieszczony na jednej z kaset wideo: Don Bluth, twórca wielu Disney’ owskich bajek, przedstawia opowieść o Królestwie Trolli. Co ciekawe, ów film jest chyba jedynym, którego nie widziałam w całości. Ten okres kojarzy mi się przede wszystkim z przedszkolem i noszeniem podpisanych kaset do placówki. Dzięki mnie reszta dzieciaków mogła cieszyć się oglądaniem „Calineczki”, czy „Zakochanego Pingwina”. Mimo tych pozytywów są kwestie, które do tej pory spędzają mi sen z powiek, jeśli chodzi o twórczość Dona Blutha. Ów wstęp jest istotny, ponieważ pragnę podkreślić mój względny szacunek do autora- nie mam tu na celu mieszania jego działalności z błotem.

qszoxpurfa_o
A jak znajdę kamyk zaśpiewam 50 piosenek…

Taki musical- nie wiem, czy oglądaliście tę samą wersję „Jak poślubić milionera” z Marilyn Monroe, ale w mojej film otwierał kilkuminutowy wstęp. O ile mogę zrozumieć ideę orkiestrowej wstawki, o tyle uważam, że trwała ona o połowę  za długo. Odliczałam moment, w którym (w końcu) opadnie czerwona kurtyna i będę cieszyła się projekcją. To samo zgrzytało mi odnośnie produkcji Dona Blutha, czego sztandarowym przykładem będzie „Zakochany Pingwin”. To naprawdę nie jest tak absorbujące, kiedy miast historii wciskają ci przeciągniętą w czasie jedną (!) piosenkę, przeplataną  [żywymi] nutami, oraz brakiem ważnych informacji. Owszem- dowiedziałam się, że Marina, czyli najpiękniejsza pingwinka kolonii, chce wziąć ślub z kimś kogo kocha i nie zależy jej na kamieniu, ale naprawdę- są pewne granice, a poza tym, wszystko można przedstawić nieco mniej dosłownie. Co ciekawe, „Calineczka”, oraz „Anastazja” nie spowodowały we mnie podobnej reakcji.

Original_Sharptooth
„Z dinozaurem rock and rolla chętnie bym wykonał…”

Straszni przeciwnicy- to chyba najistotniejszy punkt biorąc pod uwagę przytoczoną orkę. Bałam się jak nigdy, gdy Hubie i Rocko* (jak ja lubiłam tę postać) uciekali przed waleniami, zachowującymi się niczym bohaterowie serii „Szczęki”. Do tego naszych pingwinów czekało również starcie z morskim lampartem, który próbował wbić się w kategorię monstrum roku. Jednak najbardziej przerażającą postacią ze wszystkich będzie dla mnie tyranozaur Ostrozęby z „The Land Before Time”, oraz Książę Sów grający Beethovena [1:00- 2:41] w „Powrocie króla Rock and Rulla” (kocham to tłumaczenie :D). Pierwszy przypadek jest wiadomy- ogromny dinozaur próbujący skonsumować grupkę małych mu podobnych; w drugim mamy do czynienia z władającym magią ptakiem, który jest tak straszny, jak tylko potrafi być całkowity brak słońca.

Downloaded from Ospreygraphix.com

Mania wielkości- odnoszę wrażenie, że autor celowo większość filmów osadzał w zwierzęcym uniwersum. Wystarczy wspomnieć gigantyczne, dziwne i nierealistyczne wzgórza w „Powrocie króla Rock and Rulla”, czy też zagubienie małej myszki Fievela w „Amerykańskiej opowieści”. To co dla nas wydaje się niewielkie, dla będących pod opresją gryzoni stanowiło życiowy tor przeszkód- co zresztą podkreśla scena sztormu w przytoczonej wyżej „Opowieści”. Fievelowi bowiem wydaje się, że ma do czynienia nie z wodą, tylko jakimś iście diabelskim stworem, spychającym toń na statek emigrantów. W tym momencie przypomina mi się również władca piekieł śniący się Charliemu z „Wszystkie psy idą do nieba”: znów ktoś nie ma dokąd uciec, a jak dołożymy do tego ogromnego aligatora, rysuje się pewna spójna wizja. To samo dzieje się w „Calineczce”- jak nie ropucha, to jaskółka (naliczyłam drugą tego typu postać, inną był pomocny ptak z „Amerykańskiej opowieści”).

1215456_1368148836547_full
Jedna z najsmutniejszych scen.

Koszmar minionej kulminacji- kolejna ciekawa kwestia, związana z tendencją do wyciągania bestii z szafy. Nie wiem jak reszta, ale osobiście bardzo przeżywałam moment ślubu Calineczki z Kretem, gdy idąc przez [prowizoryczny] ołtarz, dziewczyna wyobraża sobie chwile z księciem Korneliuszem. Jej zachowanie wydaje się momentami psychotyczne, a cała sytuacja zaiste okrutna. Jak jeszcze weźmiemy pod uwagę, że Calineczka przez ten czas funkcjonowała pod ziemią, ciesząc się tylko opieką nad Jacquimo robią się minimalne ciarki na plecach. Oczywiście pomysł ten został zaczerpnięty od Andersena, ale nie wyobrażam sobie innej wersji tej baśni. Dalej: przypomnijcie sobie zautomatyzowaną Mysz z Mińska, czy Księcia Sów, który rośnie tak wielki, że sięga do samego nieba. Smutno mi się też robiło, gdy Fievel myślał, że zostanie już na zawsze w sierocińcu. Z innej beczki- całkiem niecodzienny był też pojedynek Anastazji z Rasputinem i jego mroczne wołanie w labiryncie.

5282182105_9daa7a056f

Zdrada- w paru dziełach mamy również do czynienia z postaciami, które ukrywają swoje prawdziwe intencje. To dość ciekawa koncepcja, ucząca realiów życia. Mamy więc dajmy na to kota, który przebierając się za mysz „próbuje” pomóc Fievelowi, a tak naprawdę bierze go na tanią siłę roboczą. W „Królu Rock and Rullu” reżyser Lis chce wycisnąć ze sławy koguta Chanteclaira jak najwięcej, wmawiając mu, że zwierzęta z farmy go nie lubią. Podobnie działa też Mysz z Calineczki, chcąca przekonać bohaterkę do ożenku z Kretem (za drobną opłatą). Mimo tych pouczających wątków, często odnosiłam wrażenie, że bohaterowie non stop narażeni są na niebezpieczeństwo i drżałam o ich losy.

 *i nic dziwnego, okazuje się, że dubbingował go niezawodny jak zawsze Jarosław Boberek

Drugi karnawał blogowy.

http://mabychan.tumblr.com/post/80765234991/disney-villains-genderbend-first-part
http://mabychan.tumblr.com/post/80765234991/disney-villains-genderbend-first-part

1. The ties that bind- Political Subtexts in The Princess and the Frog and Kirikou and the Sorceress– interesujące zestawienie dwóch zupełnie różnych produkcji (czyli „Księżniczki i żaby„, oraz „Kirikou i czarownicy„).

2. D. jak Disney. Wielki Mysi Detektyw– zawsze będę dzielić linki dotyczące  moich ulubionych filmów rysunkowych. A obrazek na końcu jest cudny.

3. Space opera w stylu new weird– agent konik morski i już wiem, co mnie zaciekawiło w tym tekście.

4. „Black Sails”– nie ma to jak odkryć, że w serialu o piratach gra Toby Stephens vel Rochester/książę Orsino.

5. Czy dzieci muszą słuchać słabej muzyki?– czyli temat, który od jakiegoś czasu przewija się w mej głowie.

6. Easter Eggi Broken Sworda 2– nie miałam pojęcia, że już na początku gry można zginąć przez pająka.

7. 22 rady jak być lepszym pisarzem- część I, II i III.

To może 10 książek, które miały na mnie wpływ?

Bo nie wiem czy wiecie, ale zostałam wytypowana przez Aeth z „Wiedźmy na Orbicie” do tego właśnie wyzwania. Byłam tym niezmiernie zaskoczona, bo literatura zbyt często nie przewija się w tematach moich (super) notek. Nie to, żebym musiała przeprowadzić ogromną burzę mózgów, ale zaczęłam zastanawiać się nad tym, co wyniosłam z książek. I tak oto wyłoniłam dziesięć tytułów, które miały na mnie jakiś wpływ. Postanowiłam uszeregować je chronologicznie.

1. Maciej Wojtyszko: „Bromba i inni”- jedna z tych lektur, które pozwoliły mi otworzyć oczy na to, że można bawić się językiem. Wymyślać nadnaturalne (albo też nietypowe) postaci, nadawać im ciekawe imiona i pozwalać przeżywać przygody. Onegdaj podejmowałam nawet próby rysowania w zeszycie Glisando, a historia Kajetana Chrumpsa była moją ulubioną. Kajetan był bowiem psem detektywem, który zapoczątkował czytanie „Przygód Sherlocka Holmes’a”. Istnieje też inna, równie mocna teoria, która mówi mi, że powieść Doyle’a czytałam z powodu Bazyla z Baker Street.

2. Maria Krüger: „Karolcia”- moje pierwsze książkowe urban fantasy, o ile nazywam rzeczy po imieniu. Uwielbiałam historię z magicznym koralikiem i to, jak dzięki niemu główna bohaterka stawała się niewidzialna. Pamiętałam też wyraźnie czarownicę Filomenę, co zbiegło się z dość traumatycznym seansem „Wiedźm” z Anjelicą Huston. „Karolcia” pozwoliła mi wejść ze entuzjazmem w światy wyobraźni, a poza tym była bardzo fajną książką.

3. J.K. Rowling: saga o „Harrym Potterze” – dorastałam razem z Harrym. Pamiętam jak za dzieciaka mój tata czytał (mi i mojej siostrze) rozdziały „Kamienia…” do poduszki. Dla mnie to nie tylko fantastycznie sklejona opowieść, ale i historia splatająca wiele lat mojego życia. Masowo zresztą chadzałam ze znajomymi na premiery Pottera do kina, wymienialiśmy się wrażeniami po najnowszym tomie, ba-  ja do tej pory nie umiem być obiektywna względem tej serii. Nawet jeśli enty raz Harry pojawi się na tvn- ie i tak go obejrzę, bo jestem prawdziwą fanką. Poza tym: magia mówi tu sama za siebie.

4. „Mity greckie” Gravesa- nie wiem ile razy czytałam tę książkę, ale wiem jedno: strasznie mi się podobała. W porównaniu do forsowanej w szkole (ciosanej) wersji Parandowskiego, Graves zdawał mi się genialnym poetą, umiejącym konstruować wciągające opowieści. Ten styl mogę spokojnie przybliżyć do narracji rodem z baśni. Był to również czas, w którym siedziałam dość często w bibliotece.

5. Lucy Maud Montgomery: „Ania z Zielonego Wzgórza”- właściwie powinnam wymienić wszystkie (sześć) części serii, razem z „Rillą ze Złotego Brzegu”. Uwielbiałam postać Ani, jej pomysły (kto pamięta sprawę z farbą?), to jak inscenizowała wiersz i jej rozmowy z ludźmi. W pamięć zapadł mi też fragment, w którym Ania odczuwała tremę z powodu występu recytatorskiego. Sama kiedyś próbowałam swoich sił w wyzwaniu, więc wiem jak się czuła

6. Meg Cabot: „Pamiętnik księżniczki”- literatura młodzieżowa, podparta popkulturalnymi momentami (majtki z królową Amidalą!) i losami amerykańskiej nastolatki Mii- która dowiaduje się, że jest następczynią tronu Genowii. Oczywiście nie była najpopularniejsza w szkole, oczywiście miała swoje zdanie. To był okres prawdziwego boomu na cykle Meg Cabot. Wspominałam niegdyś, że nagminnie wymieniałam tomy Cabot z koleżankami i skończyłam chyba na odcinku siódmym. Niestety, mój entuzjazm opadł z biegiem czasu i dało się zauważyć zabiegi, mające pokazać ‚kto zawsze zwycięży’ (niepopularna dziewczyna nagle staje się przewodniczącą szkoły i bierze mikrofon w ręce robiąc kwiecistą przemowę- mimo, że nie miała ku temu zdolności), a oliwy dodały niespójne kontynuacje filmowe. Potem już wracać do serii nie chciałam, choć sentyment pozostaje (jak i inne przeczytane dzieła: np. „Dziewczyna Ameryki”).

7. Dorota Terakowska: „Córka Czarownic”- kolejny tytuł skupiający się na aspektach fantastyki, który, co tu dużo mówić mnie ogromnie wciągnął. Motyw podróży głównej bohaterki nie wiedzącej za wiele o sobie był nader ciekawy, a i czarownice wzbudzały też zainteresowanie. Nie wiedziałam przed kim uciekały, ale z biegiem stron odkrywało się ów frapujący ciąg wydarzeń- który zasługuje na (co najmniej) przyzwoitą ekranizację.

8. Juliusz Verne: „W 80 dni dookoła świata”- książka, która kojarzy mi się z konkursem z polskiego, w którym konieczne było nadrobienie kilku lektur. Już wiem  czemu tak lubię tematy przygodowe, dreszczyki emocji i zwroty zdarzeń spajające grupę bohaterów. Wydaje mi się, że odbieram to dzieło w taki a nie inny sposób, bo miałam okazję oglądać serial ze zwierzętami w roli głównej- gdy byłam jeszcze bardzo mała. O ile wciąż ciepło wspominam oryginalne „W 80 dni..”, o tyle nie mogę dobrze wypowiedzieć się o wersji z Jackiem Chanem.

9. „Królowie Przeklęci”- cykl Maurice’a Druona, który nazywam swoistym prequelem „Gry o tron”. Autor skupiając się na losach francuskiej dynastii Kapetyngów, snuje historię od spalenia templariuszy, do momentu wojny (stuletniej) z Anglią. Dodaje do tego mnóstwo wątków dramatycznych, podstępów, romansów i postaci historycznych, mających swój (oryginalny) charakter i system wartości. Są okrutni, mili, podli, ulegli, seksualnie wyzwoleni, nietykalni. Zresztą, wspominałam kiedyś, że postać Filipa IV Pięknego uważam za prekursora Tywina Lannistera.

10. Trylogia „Millennium” Stiega Larssona- na tę serię zbiegło się moje (ponowne) zainteresowanie tematyką kryminalną. Był „Wallander” z Kennethem Branaghiem, oraz „Luther” z Idrisem Elbą. Potem- rekomendacja mej siostry po (filmowej) szwedzkiej wersji i wejście w lekturę, która odcisnęła na mnie piętno. To było.. fascynujące- usiąść z gorącym kubkiem tej sztampowo- blogerskiej herbaty i w zimny wieczór wchłaniać dochodzenie Blomkvista i los Lisbeth. Jeśli musiałabym wybierać która seria na nowo obudziła we mnie chęć konsumowania popkultury, to wskazałabym „Millennium”. Przykładowo, w tej chwili skończyłam czytać pierwszy tom Jo Nesbø o norweskim detektywie Harrym Hole.

To na tyle. Od siebie nominuję Klaudynę z „Notatnika Kulturalnego”, Salantora z „Bobrowni”, oraz Rouge z „It’s kind of fun to do the movies”.

źródło ostatniego obrazka: https://www.behance.net/gallery/7264089/Millenium-Series-Book-Covers

Ulubione Shen Gong Wu

Black_Beetle_Scroll

Część z was być może wie, że w dzieciństwie lubowałam się w oglądaniu bajek na Cartoon Network. Najchętniej śledziłam tak wiekopomne tytuły, jak: „Batman Przyszłości”, „X-Men: ewolucja”, czy „Xiaolin-pojedynek mistrzów„. „Xiaolin” opowiadał o losach podopiecznych mistrza Funga, przeżywających przygody z motywem komediowo-fantastycznym. Cała seria opierała się na poszukiwaniu artefaktów zwanych Shen Gong Wu, które nie tylko pomagały rozłożyć przeciwnika, ale też posiadały niecodzienne nazwy. Przeglądając internet, natknęłam się na karty  związane z tym (wywołującym falę nostalgii) tytułem i postanowiłam zrobić krótką listę swoich ulubionych Shen Gong Wu.

1. Oko Mistrza Dashi- pewnie z powodu chwytliwej i szeleszczącej wymowy. Za pomocą tego amuletu można wytoczyć armadę błyskawic, co pozwala oślepić, bądź spuścić (dosłowny) grom z jasnego nieba. Jest to jedne z pierwszych Shen Gong Wu pojawiających się w cyklu, stąd takie a nie inne miejsce w rankingu.

2. Trzecia Ręka- jeśli kiedyś marzyliście o przysłowiowej pomocnej dłoni, Trzecia Ręka jest dla was jak znalazł. Jak widać na załączonym obrazku Jack Spicer (jedna z moich ulubionych postaci) używał jej po to, by napić się kawy, nie stroniąc od odpowiedniego relaksu. Fakt, że takich artefaktów nie powinno się wykorzystywać w bezsensownym celu, ale kto powiedział, że noszenie zakupów się do tego wlicza? Poza tym, wyobraźmy sobie, jakby to wyręczało każdego w pisaniu. Pytanie tylko, czy Trzecia Ręka byłaby z tej kwestii tak zadowolona.

3. Złote Pazury Tygrysa- po pierwsze dlatego, że pozwalają skakać między wymiarami. Po drugie, bo przypominają tak pazury Wolverine’a, jak i te pojawiające się w (słynnym) „Wejściu Smoka”. Jest coś fascynującego w połączeniu złota ze śmiercionośną bronią- co wszak udowadnia popularność tego Shen Gong Wu.

4. Moneta Modliszki- jako ekspert od spraw rozciągania potwierdzam, że Moneta Modliszki pozwala na tak niesamowite wydłużenie ciała, że przejście pięciuset metrów byłoby nie lada pestką. Dodajmy do tego elementy komediowe i mamy pojedynek rodem z filmów z Jackie Chanem.

5. Opończa Cieni- nie raz i nie dwa wolałam być niewidzialna, a ów artefakt z pewnością by to umożliwił. Poza tym, umiejętność właściwego znikania byłaby genialnym, strategicznym punktem, pozwalającym na ataki z zaskoczenia.

6. Pięść Tebigonga- zawsze ciekawiło mnie, jak to jest posiadać dużo siły w rękach. Z tego powodu, nie tylko mogłabym robić ogromne dziury w ziemi- niczym Avalanche z „X-Men(ów)”, ale też czułabym się jak prawdziwy człek z wielkimi pokładami czakry.

7. Ogon Węża- choć przenikanie między (wszelkimi) fizycznymi punktami mogłoby okazać się bolesne, to mimo wszystko czuć w tym jakąś  frajdę. Poza tym, Ogon Węża lubi sobie polatać i to w naprawdę spektakularnym stylu.

8. Kula Tornami- jest niebieska, jest owalna i aktywuje się ją za pomocą siły wody. W ten oto sposób można załatwić sobie małą fontannę na upalny dzień.

Dzień Dziecka dla każdego.

Choć obchodzenie Dnia Dziecka jedni kwitują mniej (lub bardziej) wyraźnym wzruszeniem ramion, dziś wejdę w skórę  niedzielnego spamera i przytoczę kilka rzeczy nadających się do tego święta. Wiek rzecz jasna nie gra roli.

Poniższy wpis ilustruje jedna z mych ulubionych deviantartowych artystek, czyli Uzucake

Co obejrzeć:

1. Mały Nemo w krainie snów– jeśli obce jest wam zaklęcie „Sesama- pidżama” wiedzcie, że musicie nadrobić ten film. Nie tylko dlatego, że pojawia się w nim chodzące łóżko i kilka zapierających dech momentów.

2. Wielki Mysi Detektyw– dla mnie to klasyk z tych dzieł Disney’a, które wydają się nieco zapomniane. Zwierzęca wersja Sherlocka Holmes’ a z domieszką londyńskiego klimatu to jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

3. Gwiezdne Wrota– mam wyraźny sentyment do tej produkcji i Jamesa Spadera, którego postać- jak wspomniałam bodaj na Twitterze przypomina mi Milo z  „Atlantydy”. Warto też zwrócić uwagę na  występ Jaye Davidsona  w roli boga Ra.

4. Kosmiczny Mecz*/ Kto wrobił Królika Rogera– choć łączenie animacji z fabularnym kinem nie zawsze dawało dobry efekt (patrz: „Cool World”) oba  te filmy mają w sobie coś przyciągającego.

5. Niekończąca się opowieść– potęga wyobraźni plus zapadające w oczodoły sceny (tak, mam na myśli tę z koniem).

6. Magiczny Miecz– wiem, że produkcja jest ostro krytykowana, ale klimatycznie mam z nią same ciekawe wspomnienia (bałam się jak nikt żelaznych potworów stworzonych przez Rubera- notabene korzystającego z mikstur firmy Acme).

*Kto jeszcze kolekcjonował kolorowanki?

What does the cat say?

W co zagrać:

1. Kapitan Pazur– najlepsza gra platformowa w dziejach, z nieśmiertelnym tekstem pt. „Będziemy robić za flaszkę” i „Cholerne ptaszyska”.

2. Hokus pokus Różowa Pantera/ Na Kłopoty Pantera– humor i dubbing Pazury robią swoje.

3. Hades Challenge– gra osadzona w mitycznym świecie plus design rodem z „Herkulesa”, czy muszę dodawać coś jeszcze?

4. Tajne akta: Tunguska– połączenie tego, co w przygodzie lubię najbardziej.

5. Rayman Legends– chociażby z powodu moich niedawnych peanów odnośnie ścieżki dźwiękowej.

6. Worms Armageddon– do tej pory pamiętam robaczki z bazooką, mówiące coś w stylu: „Oh, shit”.

Ps. Lista jest subiektywna i możecie dodać swoje propozycje.

Nie wszystko da się zrecenzować, czyli linkowisko (1).*

 

1. (ang.)  Thicker Than Blood- Naruto and Sasuke – obszerna i niezwykle trafna analiza wybuchowej relacji z uniwersum świata „Naruto”. Cały tekst oparto na tak zwanej pierwszej części serii.

 

2. Dwa słowa w obronie Wesa Andersona– kreatywny styl Wesa Andersona nie jest mi obcy, ale od jakiegoś czasu zwróciłam uwagę na trend, w którym jego filmy nazywa się per „hipsterskie”. Nie wiem czy dlatego, że trudno je włożyć do jednej szufladki, czy po prostu po to, by kogoś celowo (?) urazić. Inne argumenty przytacza tu Noida.

 

3. Sentymentalnie 2- Fox Kids, Cartoon Network, Minimax i inne– ustalmy fakt: jestem sentymentalna i lubię czytać luźne posty.

Bonusowo dodaję tu wpis o lordzie Zeddzie.

 

4. W kwestii recenzji: Milczący krytyk ujmuje to, co stanowi kwintesencję „Igrzysk Śmierci”, a Fraa umieściła kiedyś fajny tekst o „Muszkieterach” (szukałam czegoś adekwatnego do mojej opinii).

 

5. Czytam o grze, której na oczy nie widziałam. How cool is that?

Plus przyznaję się do oglądania let’s playów (tego  i tego).

 

6. Mysza odpowiada na moje pytanie odnośnie filmów Disney’a i wychodzi, że mam 74 punkty w skali Zwierza.

 


*bo „karnawał blogowy z datą wsteczną” jakoś mi nie pasuje.

Z Chin do Japonii, czyli kluseczki i ramen.

Albo raczej kilka powodów, dla których cykl „Kung-fu Pandy” przypomina mi anime „Naruto” autorstwa Masashiego Kishimoto.

Oczywiście wszystko w punktach.

Możliwe spoilery.

1. Zatarta przeszłość- zarówno Po, jak i Naruto nie znali swoich biologicznych rodziców, co więcej dowiadują się o ich istnieniu (i kilku związanych z tym faktach) z biegiem akcji. Mojej uwadze nie umknęło też to, że byli wychowywani przez samotnych mężczyzn. W przypadku Po mamy do czynienia z przyszywanym tatą Gąsiorem, zaś w kwestii Uzumakiego sprawa wygląda mniej kolorowo. Choć opiekował się nim Iruka, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pominięto tzw. wczesne dorastanie. Nie pamiętam wzmianek z życiorysu trzyletniego Naruto, co jest mą ogromną solą w oku względem fabuły-bo kto zadbał o to, by maluch mógł sam się wyżywić i chodzić?* Trzeci Hokage  mnie jakoś nie przekonuje.

ch_538_don__t_underestimate_me_by_kayts99-d3g4oxn

2. Niedocenianie- kiedy Panda zostaje wybrany na Smoczego Wojownika, reakcja Potężnej Piątki jest mniej niż entuzjastyczna. Po zdaje się  im tylko zawadzać- zwłaszcza Tygrysicy, która miała nadzieję otrzymać ów tytuł. Jednak z biegiem czasu Panda nie tylko odnajduje wiarę w siebie, ale wpływa na skostniałe otoczenie świata kung-fu. Ważna tu wydaje się reakcja pierwszego antagonisty serii: Tai Lunga, z miejsca dyskredytującego Po w roli przeciwnika. To samo można rzec odnośnie Naruto- Sakura z początku go nie trawi, Sasuke uważa za głupka, a nad aktywne zachowanie blondyna wcale nie przysparza mu fanów. Jednak biorąc pod uwagę odrzucenie (i niesprawiedliwość), niezwykle mile ogląda się, gdy ten ignorowany przez wszystkich chłopak nie tylko się nie poddaje, ale przede wszystkim zdobywa szacunek i akceptację. Nie w sposób ekspresowy, tylko stopniowy, co jest ogromnym atutem serii. Podobnie dzieje się z Po. Choć nauczył się korzystać ze swych umiejętności, nie zmienia się diametralnie, tylko wciąż myszkuje zapasy jedzenia przed treningiem.

3. Rasengan to Równowaga– to akurat moje wąskie skojarzenie, ale składa się na nie kilka elementów. Obie techniki są niezwykle trudne do opanowania, korzystała z nich nieliczna grupa osób (Czwarty Hokage, Jiraiya, Kakashi/mistrz Shifu). Poza tym, zarówno Rasengan, jak i Równowaga wyglądają jak kolisty przedmiot o wietrznej poświacie. Ich atak jest niezwykle mocny, ale wymaga ogromnej precyzji i lat doświadczenia. Jak można się domyślić, nasi bohaterowie opanowują te techniki dużo szybciej, niż można się tego spodziewać. No i obie muszą zostać przywołane w sposób słowny.

4. Przyjaźń- jeden z moich ulubionych wątków. W „Kung-fu Pandzie”, Po znajduje wspólny język z Tygrysicą, która choć wydaje się niedostępna i zdystansowana, jest równie uczuciowa co reszta bohaterów. To z nią w drugiej części Panda rozmawia o swych wątpliwościach względem pochodzenia i razem trenuje. Mocno mi to przypomniało relację Sasuke z Naruto, którzy- choć początkowo ze sobą rywalizują, wiedzą doskonale jak wiele ich łączy, począwszy od odosobnienia, na odrębnych traumach kończąc (kluczową sceną jest misja w Kraju Fal, gdzie Uchiha staje w obronie Uzumakiego, narażając się  na pewną śmierć-> bardzo lubię ten moment, jak i parę innych, bo niezmiernie im kibicuję).

5. Muzyka- parę motywów mogę przyrównać do autentycznych wyciskaczy łez. To pewnego rodzaju mistyka, delikatność, ale jednocześnie moc bębnów wydobywająca się gdzieniegdzie w trakcie cykli. Niektóre utwory tak mocno współgrają ze smutnymi wspomnieniami, że chcąc nie chcąc poczułam się poruszona. Nie tyle dramatycznymi deklaracjami bohaterów, tylko animowanymi fragmentami okraszonymi wyważoną melodią. Przykład: scena ratunku Po przed rzezią, czy momenty, gdy Naruto i Sakura mają dylematy [moralne] względem pogoni za Sasuke.

OrochimaruGrass6.  Czarne charaktery- tu odniosę się znów do Tai Lunga, z tego względu, że kojarzy mi się z Orochimaru (będącego wybitnym przykładem internetowych aluzji). Tak Lung, jak i Oro byli [w pewnym stopniu] ulubieńcami swych mentorów. Albo nie tyle ulubieńcami, co może osobami przejawiającymi niezwykłe zdolności. Jednak przekraczanie granic człowieczeństwa i eksperymenty powodują, że Orochimaru nie zostaje wybrany na Czwartego Hokage, a Tai Lung obchodzi się smakiem wizją Smoczego Zwoju. Obaj mają zbliżoną motywację i w podobny sposób odwracają się od swojej wioski/doliny. Warto również wspomnieć postać lorda Shena, chcącego oszukać przeznaczenie. Myślał, że zmieni swój los, przeżywał wypędzenie z domu- reszta była tylko zapalnikiem do dalszych obsesji. Poniekąd przypominał mi działalność Akatsuki i ich zmianę frontu po zabójstwie w Amegakure (śmierć Y. kosztem „polityki” Danzou).

NUP_142409_0011

7. Jedzenie- nie da się ukryć, że Po i Naruto są koneserami posiłków. Zapytany przez Kakashiego o ulubioną rzecz blondyn bez wahania odpowiada „Ramen”- co też udowadnia, będąc wiernym jednej  knajpce. Dodatkowo lodówka Uzumakiego posiada kilka, jak nie kilkanaście rodzajów owego przysmaku. Jeśli chodzi o Po, ma on pełne doświadczenie w prowadzeniu bistro z kluseczkami- a w dodatku nie przeszkadza mu to czasem je podjadać. Jednak restauracja nie jest znowuż byle jaka, bo główne danie zawiera specjalny, tajny składnik o którym wie tylko syn pana Gąsiora.

8.  Style walki- w obu seriach militarne akcje skupiają się na umiejętnościach sztuk walki, nie ma strzałów z pistoletu i króluje broń biała. W przypadku „KFP” zagrożeniem wydają się sztuczne ognie, a sami adepci posługują się wspomnianym już kung-fu o różnych odmianach (styl Małpy, Żurawia, Żmii, Tygrysa, Modliszki->wypisz wymaluj Potężna Piątka). W  „Naruto” mamy do czynienia z  ninjutsu, genjustu i innymi technikami, których w tej chwili nie wymienię. Co ciekawe obie wersje rezygnują z posiadania rozbudowanych technologii, z wyjątkiem telewizorów (i kina) pojawiających się u Kishimoto.


*kwestię Sasuke będącego świadkiem masakry pozostawiam już odrębną kwestią (naprawdę nikt się nim potem nie interesował?!)

Filmowe fragmenty, które ostatnio siedzą mi w głowie (obrazki).

rs_1024x759-130719130320-1024.divergent2.mh.071913

1. Z cyklu ostatnio widziane, czyli Tris i Christina skaczące z pociągu („Niezgodna”).

 

2. Mr President próbujący nawiązać kontakt z kosmitami przy pomocy słynnego utworu „Axel F” („Potwory kontra Obcy”).

 
 
 

3. Lord Farquaad torturujący Ciastka ze „Shreka” („Ty i ta twoja hałastra, która psuje mój idealny świat” + „Nic mu nie mów!”).

 

 

hp7204

4. Voldemort i jego niezręczny śmiech („Harry Potter is dead!”).

 

 

5. Syndrome mówiący: „O ty świnko, zacząłem monolog” („Iniemamocni”).