Wiesz, Nana…

nana

Zastanawiam się, czy jest sens pisać o czymś, co nie tyle wyleciało z głowy, a raczej nie mogło z niej wyjść. Brzmi bez sensu? Być może, ale chodzi mi o sytuację, gdy pomimo przestoju w konsumowaniu dóbr popkultury wciąż trudno nam zapomnieć o tytule, który widzieliśmy jakiś czas temu. W moim przypadku chodzi tu o „Nanę”- anime stworzone na podstawie mangi Ai Yazyawy, twórczyni cudownego (wizualnie) „Paradise Kiss”. Problem z tym dziełem jest o tyle trudny, że nie potrafię o nim opowiadać w czysto recenzencki sposób. Kolejny raz ujawnia się mój brak obiektywizmu. To nie jest coś z czego jestem dumna, ale zawsze było kartą przetargową w zestawieniu z lepszymi tekstami.

Zacznę od tego, że kreska, jaką posługuje się autorka jest dość specyficzna. Niektórzy nadają jej miano „anorektycznej”, co być może uogólnia, acz nie da się ukryć, że większość postaci w „Nanie” właśnie tak wygląda. Wyszłabym nawet z założenia, że im chudsza jest osoba, tym będzie atrakcyjniejsza dla tamtego uniwersum. Z drugiej strony, gdy weźmiemy pod uwagę lansowany obecnie kult ciała, nie powinno dziwić, że Ai Yazawa w taki sposób prezentuje swoją wizję piękna.

Ale wróćmy do początku. Historia rozpoczyna się kiedy dwie, z pozoru różne dziewczyny wpadają na siebie w pociągu do Tokio. Pierwsza z nich- Nana Komatsu, to wesoła dwudziestolatka, non stop mówiąca o swoim chłopaku Shojim. Druga z nich- Nana Osaki to stonowana, nieco onieśmielająca punkówa, mająca słabość do papierosów. W trakcie długiego postoju bohaterki bliżej się poznają, a zrządzeniem losu spotkają jeszcze nie raz w nowym mieście.

Ciekawym aspektem opowieści będzie przede wszystkim życiowa niepewność. W żadnym wypadku obie Nany nie będą od razu odnosić sukcesów. Komatsu, zwana pieszczotliwie Hachi (z powodu swojego „psiego” usposobienia), pomimo rzucenia się w ramiona ukochanego od razu zderzy się z rzeczywistością. Shoji będzie przychodził zmęczony, ona mu coś ugotuje, ale szybko zda sobie sprawę, że nie tak winno wyglądać bytowanie kochanków. Postanowi zatem znaleźć sobie lokum oraz pracę i tak, jej współlokatorką będzie nie kto inny, tylko właśnie druga Nana. Cudowne w tym wszystkim jest to, że przyjaźń kobiet będzie momentami też egoistyczna, bo tak (moim zdaniem) wygląda nasza egzystencja. Hachi- Nana będzie zatem zafascynowana faktem, że Nana Osaki pragnie robić muzyczną karierę, będzie nawet zazdrościła, że Osaki ma też inne fanki, ale wszystko to sprowadza się do jednego punktu. To, że ktoś pragnie spełnić swoje najskrytsze marzenia nie oznacza, że przyjdą one z łatwością.

3da840a84312c0_full

Bo oto do naszych dwóch Nan, dojdą też inni protagoniści w mniejszym bądź większym stopniu wpływający na przebieg fabuły. Mamy więc kolegę z dzieciństwa Osaki- perkusistę Yasu, który trzyma w ryzach stabilną (na pokaz) dziewczynę, jej szkolnego znajomego Nobu, który mimo bogatych rodziców wybiera trudniejszą drogę, oraz młodego acz doświadczonego życiowo Shina, wplątanego w zawiłe relacje ze starszymi kobietami. Wraz z Naną Osaki są członkami bandu Black Stones, a  ich prasowym rywalem jest Trapnest- popularna grupa  z eteryczną wokalistką Reirą na czele. Jednak nie ona jest tutaj istotną osobą dla świata dwóch kobiet, ale to już musicie zobaczyć sami.

Przebieg serii rozpoczyna się retrospekcjami. W formie listu do Nany Osaki, Hachi stara się opisać swe refleksje z czasów, gdy razem mieszkały. Co ciekawe, nasze pojęcie o paniach zmienia się wraz z zastąpieniem narratora. Z obiektywnego punktu widzenia Hachi wydaje się więc naiwną, niestałą w uczuciach trzpiotką, nie mogącą przystosować się do życia. Tak naprawdę to od razu polubiłam jej osobę, właśnie z powodu wspomnianej oceny. Nie byłam też entuzjastką jej rzekomej przyjaciółki Junci, która nic tylko beształa Nanę i nie potrafiła dać oparcia. Gdybym była sama, w wielkim mieście, nie czułabym się przyjemnie, zwłaszcza w chwili, gdy spotyka mnie związkowy kryzys. Prócz tego uważam, że kwestia [spoiler] zdrady Shojiego została przez Juncię potraktowana po macoszemu [/koniec]. Czułabym się co najmniej okropnie, gdyby znajoma sprowadzała wszystko do stwierdzenia „co też ona odwaliła”. Pewnie przesadzam, ale tak właśnie to widzę.

Zupełnie inaczej prezentują się uczuciowe losy Nany Osaki. Choć zdawać się może sztampowym przykładem twardej laski, tak naprawdę skrywa mnóstwo traum. Odrzucona przez matkę była dłuższy czas zdana jedynie na siebie i dlatego zawsze się izolowała. Widać to zwłaszcza w jej (konfundującym) związku z Renem, który wpływał na Osaki w skrajny sposób. Ta dwustronnie nasycona namiętność napędzała każdą ważniejszą decyzję Nany. Poza tym, gdy Nana poczuła, że Hachi się od niej oddala, potrafiła zrobić wszystko, żeby ją zatrzymać. Jak widać nie tylko Komatsu jest pełna konkretnych oczekiwań. Podoba mi się takie miksowanie perspektywy, bo odkrywa, że bardzo lubimy przywdziewać maski.

Jak pewnie się domyślacie, lwia część serii skupia się na muzycznym środowisku. Widzimy więc od podszewki jak wygląda życie bandu, co trzeba poświęcić aby dojść na szczyt, choć rzecz jasna nie nadejdzie to tak szybko. Początkowo są rozterki i frustracje, obawa przed poważniejszym występami, czy konieczność podporządkowania się schematom. Widać to chociażby wtedy, gdy menadżerowie Black Stones i Trap Nest nie pozwalają parze z przeciwnych zespołów spotykać się, w obawie przed reakcją mediów. Wszystko jest też pełne wyrzeczeń- przykładowo przystojny i zimny Takumi skupia cały wolny czas na promocji Trap Nest, a Yasu z Black Stones będzie zmuszony porzucić prawo, aby zająć się sprawami grupy.

Bardzo dobrze sprawdza się rockowy motyw w pierwszym openingu. Tekst „I need your love, I’m a broken rose” wielokrotnie szumiał mi w smutniejszych chwilach, nie ukrywam też, że parę razy uroniłam łezkę. Moim faworytem jest również głos Nany Osaki, zdubbingowanej przez Romi Pak. Warto dodać, że każdy z członków Trap Nest i Blast zasługiwałby na swój oddzielny serial: są to bardzo autentyczne gamy osobowości, z którym można się utożsamić.

Niestety, tych którzy być może mają ochotę zabrać się za czytanie mangi, muszę uprzedzić, iż nie została ona dokończona przez autorkę z powodów zdrowotnych. Marzy mi się, by Ai Yazawie udało się kiedyś zwieńczyć „Nanę”, bo jest to historia godna najzacniejszej noty.

Kruk przyniesie ci szczęście.

038„Hellsing” na środkach uspokajających połączony z „Vampire Princess Miyu”. Czy istnieje tytuł, który może się wpasować w ten opis? Dla mnie będzie nim „Witch Hunter Robin”- anime, o którym słyszałam już dość dawno temu. Jak zatem się stało, że zaczęłam je oglądać? Po prostu przeważył impuls. To był dzień, w którym przeglądałam rzeczy vel produkcje w moim guście i portal polecił mi wspomnianą Łowczynię. Potem przypomniałam sobie artykuł w „Kawaii” ze stycznia 2003 roku, gdzie okładkę zdobi główna bohaterka. Pozytywny wydźwięk tamtejszej recenzji też był tu istotny (choć pamiętam, że dość mile ci autorzy wspominali serial ze zwrotką „Ach, swędzi mnie tyłek, bo jestem dziewczyną”). No i poszło. Jeden, drugi, trzeci, ósmy odcinek w ciągu jednego dnia. I było mi mało.

Powiem szczerze: dawno nie spotkałam się z tak elektryzującym openingiem. Gitarowe akordy przemieszczają się w niepewną mgłę i przed nami jawi się dziewczyna siedząca w pokoju. Ona się właściwie snuje. To dopasowanie smętnego nastroju do nut i oświetlenia (a raczej jego braku) jakoś na mnie podziałało, a może nie jestem obiektywna względem podobnych konwencji. Nie dajcie się jednak zwieść, nie mamy tu do czynienia z bajkową historią miłosną.

Wszystko śledzimy z perspektywy piętnastoletniej Robin Seny, byłej mieszkanki Włoch wychowywanej w środowisku klasztornym. Przybywa ona do tajnej, japońskiej organizacji STN-J, zajmującej się zwalczaniem Witchów. Witchowie to ludzie o nadnaturalnych zdolnościach, którzy używają swych umiejętności (głównie) do złych celów. Tak więc STN wpierw zamieszcza zasadzkę na tych delikwentów, a następnie ich do siebie zbiera. Warto dodać, że takie działania są bardziej humanitarne, niż te pochodzące z kraju Robin- która jest zdziwiona, że „nie zabijają”.

Sena nie jest jednak zwyczajną osóbką, ale nastolatką obdarzoną nietuzinkowymi zdolnościami. Włada bowiem mocą ognia nazywaną Craftem, co budzi niepokój jej nowej ekipy. Właśnie, skoro o ekipie mowa, nie jest tak, iż przyjmą naszą bohaterkę z otwartymi ramionami. Najpierw zignorują jej obecność i będą strofować, mimo, iż nie miała do czynienia z tutejszymi zasadami. Kwintesencją tych zachowań będzie nowy partner Robin- Amon, który chodzi chmurny i naburmuszony niczym Sasuke Uchiha. Mimo tych niesnasek Robin stopniowo aklimatyzuje się w nowych warunkach i znajduje wspólny język z grupą.

Czego w tym anime nie ma? Są ci-którzy-zawsze-stali-nad-policją, zjawy, pistolety, pościgi, mistyczne klimaty. Sam strój Hunter Robin przypomina skrzyżowanie XIX wiecznej mody z gotykiem współczesnym. Dominuje pogląd, iż stworzono jej kreację na lolitę, acz ja takiego wrażenia nie odniosłam. Wszyscy członkowie sekcji specjalnej noszą również płaszcze, by być bardziej tajemniczym (patrz: Blade), a do tego seria składa się z paru sztampowych zabiegów. Mamy więc standardowe dochodzenie tygodnia, narwanego młodziaka, komputerowca i postać dodającą więcej luzu- jaką jest Doujima. Ale mimo, iż odcinki zdają się zupełnie odrębnymi historiami, nie jest tak, że nie spajają się w konkretną całość.

 Na sam przód wysuwa się relacja między Robin a Amonem, co na szczęście nie zostało sztucznie zdynamizowane. Dystans zmienia się we wzajemne zaufanie- chociażby przy okiełznaniu mocy, a bohaterowie z czasem ukazują swą wrażliwszą stronę. Warto dodać, że niekiedy i działania Witchów są podyktowane właściwymi pobudkami (np. epizod z doktorem), bądź zemstą na okrutnym traktowaniu. Wątki moralne są zatem odpowiednio nakreślone. Co do Robin Seny- od razu polubiłam tę postać, dlatego, że odbiega od schematu energicznej nastolatki. Jest introwertyczką, trochę zagubioną zważywszy na to, iż był to jej pierwszy (samotny) wyjazd do innego kraju. Do tego posiada ogromne zdolności empatyczne, co podkreśla odcinek z bezdomnymi, czy chłopcem zamykanym przez wujka alkoholika. Jednak w niektórych momentach Robin zachowuje się jak na wiek przystało, będzie spontaniczna i dowodzić swoich racji za pomocą intuicji.

Animacja WHR stoi na wysokim poziomie. W serii dominuje tabela szarości, większość scen jest ciemnych, tudzież przygaszonych. Dodatkowo podobało mi się wprowadzenie leciutkich grymasów u postaci. Na przykład u Robin od czasu do czasu pojawia się maleńki uśmiech, bądź zadarcie nosa, co sprawia wrażenie naturalnej reakcji. Co do odcinków: jest ich 26 i stanowią kość niezgody wśród niektórych widzów. W sieci przejawiają się krytyczne komentarze odnośnie zbyt dużej ilości epizodów, czy też powolnego zawiązania akcji. Wiece co? Ja tę serię kupiłam i to w pełnym pakiecie. Właśnie to moim zdaniem wyróżnia „Witch Hunter Robin” od innych tytułów, że ma momentami dość niespieszny punkt ciężkości. Jak to zresztą z podobnymi produkcjami bywa, pod koniec uświadczymy obiadu z plot twistów, które nawiasem mówiąc stanowią ciekawe zwieńczenie historii.

Czy zatem polecam „Witch Hunter Robin”? Na pewno nie wszystkim. Jeżeli lubicie serie przypominające klimat skandynawskich kryminałów i rzeczy nie z tego świata, możecie dać mu szansę.

Ten niezręczny palec.

Pokazanie środkowego palca to całkiem ciekawe zjawisko. Kojarzy się nie tylko z symbolem totalnej frustracji, ale też krucjatą przeciw konwenansom. Nie bez powodu w końcu wiele gwiazd muzyki/filmu często wyraża w ten sposób swój stosunek do (chociażby) paparazzi. W dzisiejszym odcinku zrobię krótki przegląd moich ulubionych środkowych palców ukazanych w popkulturze.

1. Molly Ringwald w „The Breakfast Club”– kiedy uważana za reprezentantkę wyższej klasy społecznej Claire, kieruje ów manewr do niegrzecznego Bendera, w mej głowie pojawia się zawsze cień uśmiechu. Połączenie elegancji, sushi z obscenicznym gestem, jest genialnym kontrastem do pozy, którą przyjmuje bohaterka  filmu.

2. Jennifer Lawrence w „Silver Linings Playbook”– można się spierać co do trafności nagród Akademii, ale to co Lawrence prezentuje bodaj w połowie fabuły jest genialne. Kiedy Tiffany wybucha przy spotkaniu z Patem, jej środkowe palce wędrują w tanecznych podskokach, a napięcie wzrasta z każdą minutą.

3. Keanu Reeves w „Matrixie”– na pytanie o współpracę z szemranymi personami w garniturach, Mr Anderson wyraża swym gestem więcej niż tysiąc słów. Co w jakimś stopniu ukazuje jego rebeliancką postawę. Ten fragment bawi mnie również z tego powodu, że na starej płycie DVD ów moment przetłumaczono na: „To może pokażę wam palec”. Jako dziesięciolatka nie bardzo to rozumiałam.

4. Hugh Jackman w „X-Men(ach)”– jeśli nie jesteś Doktorem Coxem, to raczej na pewno lubisz Hugh Jackmana. Pointa do obrazka: nigdy nie próbuj mówić Wolverine’owi co ma robić. Zwłaszcza jak jesteś Cyklopem. Rany, jak ja nie przepadam za Scottem Summersem…

5. Dragon Ball Z– tak, zrobiłam to specjalne, umieściłam fragment z amerykańskim dubbingiem. W pierwszej odsłonie, środkowy palec występuje jako element grozy: Kuririn z niepokojem patrzy na wściekłego Vegetę, bo zdaje sobie sprawę, że nie ma z nim szans. Druga część, to próba ukazania Goku, że wcale nie taki super jego power level [uwaga, odsyłam do dziwnej przeróbki]. Chyba nie muszę dodawać jak to się zakończy.

6. Sarah Jessica Parker w „Sex and the City”– Carrie i jej miłosne zawirowania z Bigiem to z pewnością jedna z najbardziej rozpoznawalnych rzeczy w tym serialu. Nie raz i nie dwa współczułam tej bohaterce, gdy się gimnastykowała ze swoimi związkami.

7. Chris Pratt w „Guardians of the Galaxy”– tu właśnie Peter Quill w swój (jakże) charakterystyczny sposób udowadnia, że ma specyficzne poczucie humoru. No i w poważaniu cały ten kosmiczny system. Całkiem umiejętne wykorzystanie wyświechtanej kwestii.

8. Rowan Atkinson w „Bean”– tu akurat mamy do czynienia z brakiem zrozumienia pewnego zwyczaju. Jaś Fasola nieświadomie bowiem składa tak swe palce, bo myślał, iż otrzyma pozytywny wydźwięk. Rzecz jasna reakcje przechodniów będą dość konkretne.

A na koniec bonus w postaci filmiku. Między 30 a 40 sekundą pojawia się fragment z mangi „One Piece”, który ocenzurowano w anime. Dotyczy postaci będącej głównym bohaterem linku, czyli Trafalgara Law. Pierwszej osoby, ukazującej ów niezręczny palec w serii (polecam nie oglądać całości, bo może zawierać spoilery).

W obronie Sakury

Czyli tekst, który już dawno winien pojawić się na łamach tego bloga.

sak
http://steampunkskulls.deviantart.com/art/Sakura-Haruno-375922970

Nie ma to jak półroczny przestój z paroma tematami, które gdzieś ci tam świdrują w głowie, a ty nie masz pojęcia jak się za nie zabrać. To jest jeden z najgorszych elementów mojego pisania, bo o ile wiem mniej więcej co chciałabym przekazać, dużo trudniej jest mi przelać (przeklikać?) swoje myśli w odpowiednią ilość wyrazów. Winę za to ponosi pewnie ma mini-depresja, albo raczej marazm, który pojawił się bodaj na początku stycznia tego roku. Zamiast robić coś nie robiłam nic i wpadłam w kółko wzajemnego roztkliwiania. Porównałabym to do fragmentu z książki „Mały książę”, w której nasz bohater trafia na planetę pijaka. Pijak pił, żeby zapomnieć, że pije. Mam nadzieję, że wiadomo o co chodzi*.

Jednak nie tylko kwestia własnej ułomności jest problemem w utworzeniu tejże notki. Bo powodem mej niechęci do pisania czegokolwiek o „Naruto” jest koszmarnie słaby koniec, który nijak ma się do przedostatniego rozdziału. Według Kishimoto wystarczy, że zamienisz z kimś po parę zdań i już możesz z nim/nią brać ślub. Pomijam też suchy jak pięta wątek współczesności ([spoiler] Naruto i laptop, to może jeszcze zróbmy z tego park rozrywki?[koniec spoilera]) i posklejane taśmą, bezpłciowe pairingi. To już George R.R. Martin lepiej radził sobie z odstrzeleniem niektórych postaci.

Ale wróćmy do Sakury, Sakury Haruno, sztandarowego chłopca do bicia serii. W sieci znajdziecie multum memów pod tytułem „w przeciwieństwie do Sakury, X będzie użyteczny”, albo komentarze w stylu „Sakura just die, bitch”. Przyznaję- jest pewna część cech, która wzbudza we mnie negatywne odczucia odnośnie tej pani, ale problem nie leży w postaci tylko w tym,  jak ją poprowadzono. Post obfitować będzie również w częściowe spoilery, więc jeśli nie chcecie wiedzieć nic o anime- i o tej osobie, odpuście sobie czytanie.

Bardzo ważnym elementem wpływającym na charakter owej kunoichi, będzie fakt, że była wyśmiewana. Nie z powodu zachowania tylko tego, że urodziła się z dużym czołem. Nie ma nic okrutniejszego, niż robienie żartów z wad fizycznych, na które nie ma się wpływu. Po tym, jak Haruno nabiera pewności siebie dzięki Ino, widać wyraźnie jaką obrała taktykę. Sakura często bowiem wpada w stany konkretnej wściekłości, zwłaszcza przy jej interakcji z Naruto, gdy na przemian wali go po głowie, albo kopie. W tych momentach miałam ochotę zrobić coś samej Sakurze, bo nie znoszę, kiedy ktoś wyżywa się na dziecku o statusie prawie, że sieroty. Czy jednak Haruno nie czyniła dokładnie tego samego, co jej prześladowcy (tylko w nieco inny sposób)? Wyszłabym z innym stwierdzeniem- ona rani tych, którym najbardziej na niej zależy.

Spójrzmy teraz na rodziców Sakury: nie wiemy o nich nic, poza tym, że w anime po parę razy słychać ułamek rozmowy. Nie rozmowy, tylko raczej podniesione głosy: mama Haruno ma głównie do niej o coś pretensje, generalnie częściej czuć ten negatywny wydźwięk, niż pozytyw. To prawdopodobnie zostało przez Sakurę wyniesione do tzw. życia codziennego, zwłaszcza jeśli chodzi o jej przyjaźń z Uzumakim. Przy czym zaczęłam się też zastanawiać nad jedną kwestią, czy ja też nie miałabym dosyć chłopaka, który robi głupie żarty i najczęściej tylko irytuje. Postrzeganie przez stereotypy to normalna część naszej egzystencji. Sakura nie różni się tym od przeciętnego człowieka z krwi i kości, może dlatego nie zawsze spotyka się z aprobatą? Ja też cierpię na częściowe (z angielskiego brzmi to dość wymownie) anger  issues, robiąc pewne rzeczy odruchowo, nie celowo.

Dalej: kwestia Sasuke Uchihy. Temat pchający Sakurę na tsunami internetowego hejtu, jakoby była osobą płytką i tak powierzchowną. Gdybym ja była 12-latką i miała w swej klasie chłopaka najlepszego w szkole- a w dodatku przystojnego, też pewnie bym się w nim zadurzyła. Sasuke zachowywał się bardzo dorośle jak na swój wiek, był inteligentny- czy to tak naprawdę straszne myśleć, że mógł powodować w innych cień zachwytu? Tutaj warto dodać, że im bliżej Naruto i Sakura poznawali historię Uchihy, chcieli przekazać mu odrobinę metaforycznego ciepła. W przypadku Sakury ważny wydaje się moment, gdy siedzi w szpitalu nad łóżkiem Sasuke i kroi mu jabłko. Haruno wie doskonale, że Uchiha skupia się tylko na jednej rzeczy i nie myśli o niej w kategoriach uczuciowo- cielesnych, ale wciąż uparcie nad nim stoi, żeby być dla niego matką. Ta chęć przelania rodzinnych zachowań jest poniekąd groteskowa, bo Sakura w obsesyjny sposób stara się dać ten rodzaj miłości, który wydaje jej się najwłaściwszy. To jest bardzo dołująca część tejże relacji, bo mam wrażenie, że autor nie miał ikry, by nie doprowadzić do jej totalnego rozerwania.

Zgadzam się również z opinią, że gdyby Sakura znalazła się w innej drużynie, byłaby w niej gwiazdą. Już w misji w Krainie Fal, Haruno najlepiej kontrolowała swoją czakrę, była również bardzo bystra i zarazem zdolna. Pech chciał, że miała u siebie dwie główne postaci (serii), geniuszy w dziedzinach, rosnących w swych umiejętnościach w sposób tytaniczny. Dlatego właśnie Sakura mówi o swej bezużyteczności, bo czuła, że nie umiała zrobić nic, aby ochronić swych przyjaciół.

W Shippuudenie nasza bohaterka z odcinka na odcinek spada coraz bardziej w odmęty fabularnej ignorancji. Owszem- szkoliła się u Tsunade, jest naprawdę silna, rozwala ciosami skały i stała się medycznym ninja. Ale czy znalazła taki czas antenowy, by zaskarbić sobie widza? Nie sądzę. Mając w swym umyśle zaburzony obraz Sasuke, popadała w coraz większą paranoję, co jest zrozumiałe przy jej wieku i miłosnym doświadczeniu. Szkoda było widzieć brak pomysłu na jej eksplorację, co dotyczy zresztą lwiej części postaci pobocznych (np. Neji Hyuuga). W końcowej bitwie, Sakura dołącza do naszej męsko-męskiej dwójki, będąc niczym legendarny Sannin z dawnych opowieści.

Wszystko jednak psuje (napiszę to znowu) doczepiony, dziwny wątek, czyli rozdział siedemsetny. Jeżeli ktoś myślał, że spełniło się marzenie Sakury, chyba nie miał do czynienia z dobrym zakończeniem serii. Naruto został wręcz wyprany z osobowości, nie poświęca czasu swoim dzieciom i rodzinie- co jest kuriozalną wręcz refleksją, biorąc pod uwagę jego trudne dzieciństwo. Sasuke zamienił się w swojego ojca, włóczy się po lesie**, wypiął się na swe potomstwo, zostawiając Sakurę samopas. Zarówno bowiem Hinata, jak i Sakura sprawiają wrażenie smutnych, dryfujących gdzieś poza sferą realną. Mam wrażenie, że takie zwieńczenie mangi po prostu znęca się nad osobą Sakury, dziewczyny, której główną wadą było to, że miała wady. Ciężkie to jest dla każdego, kto choć w minimalnym stopniu się z nią zżył i ją rozumiał, bo nie zasługuje na tak byle jaki ending.

Chyba wyszła chaotyczna notka, ale hej- musiałam to z siebie wyrzucić.


*tu nie chodzi o to, że jestem alkoholiczką; mam nadzieję, że tak nie zabrzmiało

** Tajemnica Konoha Mountain, czujecie to?

O złu i innych pojęciach względnych.

death_note_ryuk_yagami_light_apples_desktop_2229x1_by_gelatin95-d5sjwrsChoć generalnie tytuł powinien brzmieć „bardzo lubię jabłka„, ponieważ bohater serii- o której będę tu pisać był wyjątkowym koneserem jabłek. A jak dodamy, iż pełnił on funkcję niejakiego Shinigami (aka boga śmierci) rysuje się co mam na myśli. Plus jak wspomnimy, że nie chodziło mi o postaci powiązane z anime „Bleach”*, większość domyśli się, że notka będzie dziś o „Death Note”. Mainstreamowym tytule, o którym wszystko zostało już powiedziane.

 Historia rozpoczyna się jak mityczna, tfu baśniowa Królowa Śniegu: śmiertelnik podnosi coś, co należało do istot nadnaturalnych. Tyle, że tym razem Notatnik Śmierci, który znajdzie się w posiadaniu Raito Yagamiego będzie odbiciem serca tego bohatera. Bo jeśli masz do wyboru niezwykły przedmiot, z pomocą którego odbierasz czyjeś życie, może to (w jakimś stopniu) odzwierciedlać jakim jesteś człowiekiem.

Ale zacznijmy od początku. Ów Raito Yagami reprezentuje podejście większości ludzi inteligentnych: jest w pewnym stopniu przekonany o swej wyższości nad innymi. Ten egocentryzm polega właściwie na tym, że wie, iż świat jest zgnilizną i już on mógłby na tym globie wszystko poukładać. Jest prymusem, ukochanym synem nie sprawiającym problemów, więc kto jak nie on winien  decydować o porządku świata? Raito też z początku będzie sceptyczny, bo nie uwierzy w to, że ten notes (z dziwnie napisanymi instrukcjami) faktycznie zadziała. Zamierza go wypróbować, wpisując imię przestępcy/rodzaj zgonu,  przy czym wie też dokładnie jak ów kryminalista wygląda. Ten gest będzie też zalążkiem istnej wojny przeciwko policji, pojęciu sprawiedliwości, a może i moralności.

ryuk_light
Raito i Ryuk

Bo oto oprócz notesu (ciekawie zaakcentowano tu konieczność ukrycia tej rzeczy przed postronnymi), za Raito podążać będzie niewidzialny obserwator, czyli Ryuk- Shinigami, który woli śledzić poczynania człowieczka, niż grać w karty ze znudzonymi kompanami z zaświatów. Ryuk będzie zatem komentować (udawane) interakcje Raito, śmiać się z jego częściowych porażek, a przede wszystkim stanie się motorem siedzącym z boku wydarzeń. Z jednej strony nie przeszkadza mu, kto właśnie zawłaszczył sobie jego przedmiot (czyli ów notes), z drugiej za kilka jabłek jest w stanie pójść na pewien kompromis. Bunny ma Lunę, Ash Ketchum Pikachu, a Raito Yagami Ryuka.

Po kilku incydentach związanych z oczyszczaniem kraju z mętów, Raito  w mediach (oraz świecie wirtualnym) zostaje ochrzczony Kirą Tyle, że do tanga trzeba dwojga- więc poza wieściami rozchodzącymi się w internecie, Kira szybko spotyka swojego antagonistę. Najlepszego detektywa od spraw beznadziejnych, noszącego chwytliwy pseudonim L. L. zacznie też szybko komplikować zamiary Yagamiego, początkowo próbując go rozpracować, aż w końcu posunie się do najbardziej ekstremalnych środków. Kto bowiem lepiej zrozumie świeżego następcę boga, jak nie ten, co również nie lubi przegrywać?

Gdy Raito i L. testują siebie nawzajem, akcja zaczyna nabierać rumieńców. Widać to w momencie ich prawdziwej konfrontacji, podpartej gonitwą myśli- gdy próbują ocenić swoje ruchy na podstawie rozmowy. Jest to z pewnością jeden z najmocniejszych punktów całego „Death Note”, bo mamy do czynienia z ponad przeciętnymi osobowościami, charakteryzującymi się gamą przeciwieństw. Raito jest przystojnym dla ogółu, interesującym mężczyzną o grzywce Justina Biebera, L. to przygarbiony kuzyn emo o (jak rzekł sam Yagami) „przyćpanych oczach” **,  konsumujący cukier w nadmiernej ilości.

L-Lawliet-death-note-35773761-704-396
L., czyli true detective

Wątki w początkowych epizodach powiązane są na tyle skrzętnie, że w każdym odcinku dowiemy się czegoś nowego. Zatem prócz relacji na linii L.- Raito, dochodzi m.in. motyw agentki badającej śmierć narzeczonego, czy problem policji bojącej się o swoje życie. Jakiś czas później, do dwójki głównych bohaterów dochodzi dziewczyna o imieniu Misa, wiążąca swe losy z naszym oziębłym killerem. Misa też posiada pewną tajemnicę, którą- na skutek niezwykłych wydarzeń, podzieli się z Raito.

Nie wiem czemu, twórcy serii obdarzyli Misę tak bardzo dziecinnym głosikiem, ale mnie to chwilami mierziło. Sam charakter bohaterki da się rozpisać na jeden paragraf. Blond piękność jest bowiem popularną celebrytką, właściwie modelką, która na pierwszy rzut oka wydaje się infantylna. Z tym, że kiedy chodzi o jej terytorium vel chłopaka Raito, jest wstanie zapłonąć gniewem i pozbyć się wszystkich, stojących na drodze miłości. Tę frazę należy (jednak) objąć w głęboki cudzysłów, bo widać od razu, że młodemu Yagamiemu chodziło tylko o własne profity. Wykorzysta Misę wedle swoich upodobań, przy czym dziewczę przyjmie to z radością, bo uważa go za rycerzyka w lśniącej zbroi. Zachowanie Raito momentami ogląda się z właściwym niesmakiem i naprawdę szkoda, że twórcy nie rozbudowali charakteru samej Misy. Brakowało mi tej dwuznaczności z początku jej interakcji z Raito, gdy dowiodła swej inteligencji. Później Misa plasuje się już w kategorii wdzięcznej zakochanej, służącej głównie do rozładowania napięcia między L. a Raito.

To, co podobało mi się od samego początku, to fakt, iż bohaterowie działają wedle swych egoistycznych pobudek. L.- choć pełni  funkcję niejakiego stróża prawa, często wykracza poza moralne zasady, co wzbudzało oburzenie jego pobratymców. Raito grał nawet ze swoją rodziną, używał każdego, kto choć trochę mógł przyczynić się do jego zwycięstwa. [możliwy spoiler] Taka Rem- choć jest Shinigami, złamie pozaziemskie prawo, żeby tylko uratować śmiertelną istotę[koniec]. Kwestia rozeznania zła i dobra, zaczyna się w pewnym momencie komplikować-stawiając pytanie jak daleko posuniemy się, by dojść do celu.

Misa, czyli kocham psychopatę

Wraz z zwrotem wydarzeń, sprawa Kiry rozprzestrzenia się na kolejne zakątki globu, tyle, że nie powoduje to wzrostu napięcia. Jestem jedną z osób, którym fabularne twisty (na dziesięć epizodów pod koniec serii) wcale się nie podobały. To, że mamy do czynienia z poszerzeniem ilości postaci, nie oznacza, że mocniej wciągniemy się w serię. Gdzieś po drodze zapodział się chyba wydźwięk całego „Death Note’ a”, a może czekałam na inne zwieńczenie fabuły.

Seria z 2006 roku charakteryzuje się nowoczesnym rozwiązaniami technicznymi. Sam krajobraz miasta- choć realistyczny, przynosi ze sobą chłód powiązany z charakterem Raito. Również design postaci jest bardziej prawdziwy, stąd brak wielkich oczu, no może z wyjątkiem niektórych przedstawicielek płci pięknej. W pamięć zapada również ścieżka dźwiękowa, która przypomina (dark?) ambientowe kawałki spółki Trent Reznor/ Atticus Ross. To konsolowe plumkanie, czy częste wibracje przywodzą na myśl soundtrack do „Dziewczyny z tatuażem”. W tle rozbrzmiewa również muzyka rockowa, a każdy odcinek przeplata się z przerywnikami, stylizowanymi na Notatnik Śmierci.

W sieci odnajdziecie porównanie serii do „Zbrodni i kary”. O ile mogę się zgodzić odnośnie kwestii Raskolnikow kontra reszta świata, o tyle nie pasuje mi utożsamianie go z Yagamim. Raito nigdy nie wzbudzał mojej sympatii, był wyzutym z człowieczeństwa robotem, który nawet dla swoich (rzekomych) przyjaciół nie był wstanie wykrzesać nic ponad formalizm.

Czy zatem warto nadrabiać „Death Note”? Nie bez powodu owo anime króluje na szczycie najlepiej ocenianych. Mi jednak brakowało oryginalnych postaci (poza L., czy Mello), choć sam pomysł na fabułę i odcinek końcowy śledziło się wyśmienicie. Seria nie jest również długa, posiada 37 epizodów, co antyfani tasiemców przyjmą pewnie z otwartymi ramionami.

DEATH NOTE - 05 - Large 18

*kiedyś chciałam napisać notkę pod tytułem „Bleach, please”, ale z drugiej strony powtarzałabym tylko to, co rzucano w kierunku niedogodności tej serii; nie biorę tu pod uwagę samej schematyczności shounenów, ale fakt, że (sam) główny bohater (rzecz jasna) musiał posiadać umiejętności z dwóch różnych światów/tudzież ras i bez problemu rozkładał trudniejszych od siebie przeciwników; infantylny Monkey D. Luffy i jego Gumowy Pistolet, czy zboczony Naruto mający obsesję na punkcie jednego faceta są już bardziej wiarygodni od Ichigo K.; idealnego prawie, że jak kryształ, męskiego przedstawiciela marysuizmu- albowiem takie odnoszę wrażenie

** chyba nie muszę dodawać, iż jest on najpopularniejszą postacią w tej serii; i wcale nie chodzi mi o żaden ship

Dlaczego Den Den Mushi może być gadżetem przyszłości.

Spiesząc z wyjaśnieniami: ów termin oznacza przenośny sprzęt, występujący w anime o nazwie „One Piece”. Nie będę wdrażać się za bardzo w fabułę serii, bo jest na tyle rozbudowana (przynajmniej jej świat przedstawiony), że trudno mi w tej chwili cokolwiek  napisać. Za to wypunktuję dlaczego uważam ów gadżet za dość interesujący.

złowieszczy Den Den Mushi

1. Oryginalnie- zamiast „dzwoni telefon” powiemy „dzwoni mój Den Den Mushi”, albo „muszę odebrać swojego ślimaka”. Nie cegłę (ok, raczej nikt tak nie mówi), smartfona, czy zwyczajną słuchawkę, tylko elektroniczne cudeńko- idealnie chociażby dla miłośników przyrody.

2. Wygląd- co może być ciekawego w rzeczy przypominającej (powolnego) mięczaka? Chociażby to, że jest przyjemne wizualnie i przywodzi na myśl animację. W mym wypadku ta kwestia jest niezwykle istotna, bo słowo ślimak niezbyt dobrze kojarzy mi się na co dzień. Pewnie ma to jakiś związek z ich czarnymi przedstawicielami z okolic Bałtyku i kiepskimi żartami w stylu „włożę ci ślimaka za koszulę” (mnie to w ogóle nie bawi).

reggae Den Den Mushi

3. Dla każdego- Den Den Mushi może być większe, mniejsze, młodsze, starsze, w plamki, w paski, może posiadać doklejane rzęsy, lub kropka w kropkę przypominać swojego właściciela. Dodatkową atrakcją jest fakt, że ów sprzęt porusza ustami tak, iż ma się wrażenie, że nasz ślimak żyje własnym życiem (w serii są to głównie prawdziwe stworzenia, którym nie przeszkadza taka rola). Mimika mięśni twarzowych naszego Den Den Mushi przebija niejednego komediowego aktora, co jest wisienką na torcie tej umiejętności.

4. Dzwonek- to akurat kwestia sporna. Gadżet może mieć tonację niższą, wyższą, wolną, bądź bardziej zabawną. Z tym, że to, co ja uważam za element komediowy może nie być zrozumiałe dla postronnych. Co ciekawe, istnieje specjalna forma takiego Den Den Mushi o nazwie Buster Call, która pozwala wezwać wodną marynarkę na dany teren. Problemem w takim wypadku jest to, że choć Buster Call może wyeliminować (rzekomego) wroga, taki czyn prowadzi do całkowitej destrukcji obszaru, na którym się znajdziemy. Przykładem będzie tu wyspa o nazwie Ohara, która po owym incydencie zniknęła z mapy świata (czemu, nie będę rzecz jasna zdradzać).

5. Nie tylko telefon- taki sprzęt posiada równie mocny monopol, co poniektóre współczesne firmy. W „One Piece” Den Den Mushi funkcjonują zatem nie tylko jako krótkofalówka, ale też jako kamera, aparat, faks, czy nagrywarka. Jak podaje wiki, istnieje również trudno dostępna wersja takiego sprzętu (czyli White Den Den Mushi), który pozwala wytworzyć zakłócenia- dzięki którym będziemy pewni, że nikt nas nie podsłucha. W dobie obecnej globalizacji taka rzecz byłaby autentycznym rarytasem, biorąc pod uwagę jak wiele można wyciągnąć od przeciętnego człowieka- za pomocą monitorowania sieci komórkowych.

oceniający Den Den Mushi

 6. Po prostu ciekawa rzecz- nie ma co się oszukiwać, jeżeli masz skłonność do gromadzenia drobiazgów związanych z seria(la)mi Den Den Mushi jest dla Ciebie jak znalazł. A może o to chodziło, żeby powstawiać grafiki z telefonicznymi ślimakami- już sama nie wiem.

Mroczne podsumowanie #1

Odnoszę wrażenie, że ilość cykli, które próbuję odtworzyć na swoim blogu kończy się na jednej, góra dwóch odsłonach. Owszem, są jeszcze top recenzje (notabene trudno, żeby nie cieszyły się popularnością, skoro zamieszczam dobre linki), ale drażni mnie ten brak regularności. Powyższy tytuł będzie rzecz jasna luźnym podsumowaniem popkulturalnych przeżyć, bo po cóż internet, jak nie po to właśnie, by móc dzielić się swoimi wrażeniami. A ponieważ nawet dla mnie Twitter okazał się zbyt ciasnym miejscem do takich wynurzeń, (pokrótce) będę się tu uzewnętrzniać.

Zatem po pierwsze, jak większość kinomanów pozytywnie odebrałam „Strażnikow Galaktyki”. Nie obyło się jednak bez wstępnych uprzedzeń, dotyczących głównego bohatera. Bo Peter Quill w trailerze wydawał się jedną z tych (pseudo) wyluzowanych postaci, wywołujących szczękościsk pokroju Melmana z „Madagaskaru”. Między innymi dlatego nie trawię niektórych komików (vel aktorów komediowych) takich jak Steve Martin, albo Eddie Murphy. Na ich widok żołądek ściska mi się w nieprzyjemny supełek i mam nerwowy odruch pod tytułem „przerzućcie ten kanał”. Ale wracając do filmu, nie zgadzam się z opiniami, iż był najmniej poważnym Marvela. Biorąc pod uwagę całe uniwersum (i stworzony fabularny środek ciężkości) GoTG nie odstają specjalnie pod względem komediowym. Porównując „Strażników” do takiego „Thora 2”, zauważam nieznaczne podobieństwo. Przykładowo w jednym z kulminacyjnych momentów, gdy Thor z Lokim pędzą do tzw. ukrytego miejsca, syn Laufey’a mówi coś w stylu „Tadam!” i całe napięcie zostaje humorystycznie wyważone. W skrócie: klasyfikacja produkcji pod jednym szyldem jest dla mnie bez sensu.

W trakcie dyskusji nad filmem wywiązały się interesujące wpisy, jak obrona głównego villaina przez Salantora, oraz mniej entuzjastyczne zdanie Puśka i Rusty. Dla tych, co być może jeszcze nie czytali, a zapoznali się z produkcją, polecam zerknąć na powyższe teksty.

 

Przeczytałam „Naruto 690” i jestem rozczarowana tym, co autor zrobił ze sceną walki. Pierwszy raz tak uderzyła mnie niekonsekwencja akcji- jakby ktoś wziął historię opisaną na 100 stron i po chamsku wyciął logiczny ciąg sytuacyjny. Owszem większość się czepia, że całą serię (a głównie temat przewodni) rozciągnięto do przesadnych elementów, ale są pewne granice. Za to przyjemnie ogląda mi się „One Piece”, pomimo obaw udźwignięcia takiej ilości odcinków. Widocznie cierpię na niedosyt awanturniczego klimatu i łączenia wątków przygodowych, nie rozgrywających się wyłącznie na przestrzeni ninja- spirytualnej. Design postaci, choć może nieco zadziwiać jest w OP naprawdę pomysłowy. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy bohaterowie trafiają do innych miast, albo spotykają poszczególnych wrogów. Jak na razie zamierzam śledzić tę serię.

 

Cytując klasyka: „shit just got real.”

Z tych bardziej pozytywnych kwestii, byłam też mile zaskoczona sequelem „Kapitana Ameryki”. Zimowy Żołnierz ma dla mnie nie tylko atuty w postaci interesującego plot twistu, ale przede wszystkim stawia na postaci, istotne dla dalszych losów Rogersa. Już pomijając samego L. Jacksona najlepiej wypadły akcje Czarnej Wdowy, co tylko dowodzi jak często miewam love-hate relationship względem aktorów. W tym filmie tylko czekało się na ponowne wejście Natashy do gry, bo wtedy działo się znacznie więcej. Rozmowy Black Widow z panem-tarczą korespondują nie tylko z ich różnymi charakterami, ale poniekąd ukazują system wartości współczesnego szpiegostwa. Momentami ma się wrażenie, że tak właściwie nikt nikomu nie ufa, a jak już zaufa, to zrobią go w przysłowiową trąbę.

No i scena po napisach [SPOILER] mnie mocno uradowała, bo jestem fanką rodzeństwa Maximoff  (cóż z tego, że głównie bazuję na dwóch tytułach) [koniec SPOILERA].

 

What does the wolf say?

Na koniec muszę się wreszcie pochwalić, że nadrobiłam 2 sezony „Teen Wolfa” i co tu dużo mówić, jestem po prostu wciągnięta w fandom*. Podoba mi się, że twórcy nie bawią się w robienie kilo dramy, jak ma to miejsce w niektórych paranormalnych serialach. Kiedy trzeba jest poważnie, ale z drugiej strony mamy odpowiednią dawkę luzu rodem z filmów Disney’a (nie wiem skąd to porównanie). Poza tym w każdym z bohaterów odnajduję cząstkę siebie. Czasem jestem jak Allison- rozdarta między rodzinnymi obowiązkami a własnym podejściem do życia, jako Scott nie zawsze dostaję to co bym chciała, czasem czuję się na uboczu i walę sarkastyczne teksty jak Stiles, a ukryty kompleks perfekcjonistki kojarzy mi się z Lydią. No i podejmuję decyzje w sposób nerwowy, mając zbyt duży dystans do ludzi jak Derek.

*Jak zgadniecie czyja to wina, wygrywacie wirtualnego kucyka

Recap (Naruto Shippuuden 367- 371).

Zazdroszczę Rusty i Myszy tego, jak ładnie wychodzi im pisanie wrażeń odnośnie seriali. I choć nie zapoznałam się w całości z drugim sezonem „Hannibala”  (ani żadnym z sezonów „Teen Wolfa”), poczułam ducha inspiracji do swojej niemałej blokady. Dziś będzie zatem co nieco odnośnie popularnej serii, którą nadrabiam na bieżąco. Żadna tam oryginalność, prawda? No ale nie w tym rzecz chyba. Żeby było jasne, będę w mniejszym bądź większym stopniu spoilerować.

Fanart autorstwa: http://ahrise.tumblr.com/

I znów przed nami pijany opening, albo ja po prostu się przyczepiłam.

Celowo czekałam kilka tygodni, bo nie mam zamiaru stać w (tak zwanym) fabularnym rozkroku. Z drugiej strony, ostatnie militarne wydarzenia ciągną się jak mityczna  „Moda na Sukces”. Gdyby mnie ktoś zapytał od jak dawna czwarta wojna odbywa się w anime, miałabym duży problem z sięgnięciem do pamięci. I nie to, że mam jakąś głębszą znajomość scenerii „Bold and Beautiful”, bo zatrzymałam się na momencie, gdy Brooke i Ridge znów do siebie wrócili, ale to dzieje się chyba nagminnie…

Wracając do meritum: kilka odcinków zostało poświęconych opowieści jak doszło do powstania Konohagakure, co też ma (w jakiś sposób) pomóc Sasuke podjąć decyzję, o tym co zrobi z wioską. Co prawda bardziej, niż samą historią przejmowałabym się tym, że rozmawiam z ożywionymi martwymi, no ale każdy ma swoje schizy.

Już u zarania dziejów shinobi chlastali się więc niemożebnie, ba nie tylko poświęcali dzieci do okrutnej bitwy, ale kompletnie nie zwracali uwagi na argumenty mądrzejszych. Widać to już w momencie, gdy młody Hashirama próbuje wyperswadować swojemu ojcu pokojowe rozwiązanie. Nie tylko zostaje tym ukarany, ale- prócz tego po prostu zlekceważony. Uderzająca jest zatem totalna ignorancja, którą można podciągnąć pod każde rzeczywiste wydarzenie. My wiemy lepiej, więc siedź ta cicho.

I oto pewnego dnia, nad uspokajającym strumieniem/rzeką, Hasirama spotyka pewnego chłopaka- imieniem Madara, który szuka podobnej odskoczni. Dość dziwnie ogląda się nie tyle uśmiechniętego Madarę, co osobę z prywatnymi fazami (nerwica, nerwica everywhere). I tak podczas wspólnych treningów, powtarzających się cykliczne, Madara i Hashirama nie tylko pogłębiają swą przyjaźń, lecz przede wszystkim wypracowują wspólną strategię. Pragną założyć mieszkanie dla każdego ninja/kunoichi, gdzie nie będzie bitew, a młodzi ludzie nie tylko zaczną uczyć się fachu, ale po prostu osiągną spokój.

Niestety nie jest to takie proste, co zresztą obrazują kolejne zlepki scen. Najbardziej dobijający był chyba fragment, w którym najstarsi postanowili zaatakować najmłodszych. Późniejsza motywacja naszego main hero, pozwala jednak na odwrócenie całej sytuacji, ale wcześniejsze zdarzenia na zawsze odbiją się czkawką w każdym z ocalałych. I pomimo kompromisu pod tytułem mamy własne miasteczko, widać jak na dłoni brak zaufania do klanu Uchiha. W takim momencie trudno nie współczuć Madarze, który nie tylko stracił czwórkę rodzeństwa, lecz pomimo bycia drugim założycielem Konohy, jest (wielokrotnie) dyskredytowany z powodu niechęci/uprzedzeń podsycanych przez Tobiramę.

I ten impuls bronienia wioski za każdą cenę, staje się przyczynkiem łańcuchowej reakcji. Nie trzeba być psychologiem by stwierdzić, że trudno od tak być wciąż pozytywnie nastawionym, skoro nie ma się dla kogo żyć. Pewnie dlatego niektórzy fani widzą podobieństwo między Sasuke a Madarą. Ta chłodna kalkulacja przypomina niekiedy totalne wyzucie z uczuć, ale to raczej mętna blokada/wyparcie z powodu traumatycznych wydarzeń.

Jak dla mnie było do przewidzenia, jaką drogę obejmie Sasuke, po pierwsze dlatego, że zamysł autora skupia się na wyborach sercowych (jak to brzmi). Tym samym mamy więc wgląd w główne miejsce walki, które rysuje się mniej więcej tak: bach, pył, wariactwo Dziesięcioogoniastego, nie dam już rady, Sakura power up, pole siłowe. Z drugiej strony trudno by oczekiwać jakichś nowości, skoro za chwilę one nadejdą. To znaczy nie tak znowu za chwilę, bo jak wiadomo częstotliwość nadawania odcinków odbywa się raz na tydzień, więc pewnie znów zrobię sobie odwyk.

Jakby ktoś się pytał: tak właśnie Madara reaguje na swojego największego rywala.

 

Nie wszystko da się zrecenzować, czyli linkowisko (1).*

 

1. (ang.)  Thicker Than Blood- Naruto and Sasuke – obszerna i niezwykle trafna analiza wybuchowej relacji z uniwersum świata „Naruto”. Cały tekst oparto na tak zwanej pierwszej części serii.

 

2. Dwa słowa w obronie Wesa Andersona– kreatywny styl Wesa Andersona nie jest mi obcy, ale od jakiegoś czasu zwróciłam uwagę na trend, w którym jego filmy nazywa się per „hipsterskie”. Nie wiem czy dlatego, że trudno je włożyć do jednej szufladki, czy po prostu po to, by kogoś celowo (?) urazić. Inne argumenty przytacza tu Noida.

 

3. Sentymentalnie 2- Fox Kids, Cartoon Network, Minimax i inne– ustalmy fakt: jestem sentymentalna i lubię czytać luźne posty.

Bonusowo dodaję tu wpis o lordzie Zeddzie.

 

4. W kwestii recenzji: Milczący krytyk ujmuje to, co stanowi kwintesencję „Igrzysk Śmierci”, a Fraa umieściła kiedyś fajny tekst o „Muszkieterach” (szukałam czegoś adekwatnego do mojej opinii).

 

5. Czytam o grze, której na oczy nie widziałam. How cool is that?

Plus przyznaję się do oglądania let’s playów (tego  i tego).

 

6. Mysza odpowiada na moje pytanie odnośnie filmów Disney’a i wychodzi, że mam 74 punkty w skali Zwierza.

 


*bo „karnawał blogowy z datą wsteczną” jakoś mi nie pasuje.