Dziwny przypadek Dona Blutha.

Na ten wpis wpadłam jakiś czas temu, ale jak to z pomysłami bywa- lepiej je podsunąć, niż zrealizować. Ma to również związek z faktem, że wszystko zaczęło się od koszmaru. Powiecie- każdemu zdarza się (od czasu do czasu) taki problem, ale hej- mi śniła się gigantyczna orka, rozwalająca lodowce. Jeśli nadal nie wiecie z czym będę się mierzyć, to wyjaśniam: chodzi o dziwny przypadek reżysera produkcji animowanych, który mimo ogromnego wkładu w me szczęśliwe dzieciństwo, spowodował pewne traumy, które tu przytoczę.

Pamiętam jak dziś fragment umieszczony na jednej z kaset wideo: Don Bluth, twórca wielu Disney’ owskich bajek, przedstawia opowieść o Królestwie Trolli. Co ciekawe, ów film jest chyba jedynym, którego nie widziałam w całości. Ten okres kojarzy mi się przede wszystkim z przedszkolem i noszeniem podpisanych kaset do placówki. Dzięki mnie reszta dzieciaków mogła cieszyć się oglądaniem „Calineczki”, czy „Zakochanego Pingwina”. Mimo tych pozytywów są kwestie, które do tej pory spędzają mi sen z powiek, jeśli chodzi o twórczość Dona Blutha. Ów wstęp jest istotny, ponieważ pragnę podkreślić mój względny szacunek do autora- nie mam tu na celu mieszania jego działalności z błotem.

qszoxpurfa_o
A jak znajdę kamyk zaśpiewam 50 piosenek…

Taki musical- nie wiem, czy oglądaliście tę samą wersję „Jak poślubić milionera” z Marilyn Monroe, ale w mojej film otwierał kilkuminutowy wstęp. O ile mogę zrozumieć ideę orkiestrowej wstawki, o tyle uważam, że trwała ona o połowę  za długo. Odliczałam moment, w którym (w końcu) opadnie czerwona kurtyna i będę cieszyła się projekcją. To samo zgrzytało mi odnośnie produkcji Dona Blutha, czego sztandarowym przykładem będzie „Zakochany Pingwin”. To naprawdę nie jest tak absorbujące, kiedy miast historii wciskają ci przeciągniętą w czasie jedną (!) piosenkę, przeplataną  [żywymi] nutami, oraz brakiem ważnych informacji. Owszem- dowiedziałam się, że Marina, czyli najpiękniejsza pingwinka kolonii, chce wziąć ślub z kimś kogo kocha i nie zależy jej na kamieniu, ale naprawdę- są pewne granice, a poza tym, wszystko można przedstawić nieco mniej dosłownie. Co ciekawe, „Calineczka”, oraz „Anastazja” nie spowodowały we mnie podobnej reakcji.

Original_Sharptooth
„Z dinozaurem rock and rolla chętnie bym wykonał…”

Straszni przeciwnicy- to chyba najistotniejszy punkt biorąc pod uwagę przytoczoną orkę. Bałam się jak nigdy, gdy Hubie i Rocko* (jak ja lubiłam tę postać) uciekali przed waleniami, zachowującymi się niczym bohaterowie serii „Szczęki”. Do tego naszych pingwinów czekało również starcie z morskim lampartem, który próbował wbić się w kategorię monstrum roku. Jednak najbardziej przerażającą postacią ze wszystkich będzie dla mnie tyranozaur Ostrozęby z „The Land Before Time”, oraz Książę Sów grający Beethovena [1:00- 2:41] w „Powrocie króla Rock and Rulla” (kocham to tłumaczenie :D). Pierwszy przypadek jest wiadomy- ogromny dinozaur próbujący skonsumować grupkę małych mu podobnych; w drugim mamy do czynienia z władającym magią ptakiem, który jest tak straszny, jak tylko potrafi być całkowity brak słońca.

Downloaded from Ospreygraphix.com

Mania wielkości- odnoszę wrażenie, że autor celowo większość filmów osadzał w zwierzęcym uniwersum. Wystarczy wspomnieć gigantyczne, dziwne i nierealistyczne wzgórza w „Powrocie króla Rock and Rulla”, czy też zagubienie małej myszki Fievela w „Amerykańskiej opowieści”. To co dla nas wydaje się niewielkie, dla będących pod opresją gryzoni stanowiło życiowy tor przeszkód- co zresztą podkreśla scena sztormu w przytoczonej wyżej „Opowieści”. Fievelowi bowiem wydaje się, że ma do czynienia nie z wodą, tylko jakimś iście diabelskim stworem, spychającym toń na statek emigrantów. W tym momencie przypomina mi się również władca piekieł śniący się Charliemu z „Wszystkie psy idą do nieba”: znów ktoś nie ma dokąd uciec, a jak dołożymy do tego ogromnego aligatora, rysuje się pewna spójna wizja. To samo dzieje się w „Calineczce”- jak nie ropucha, to jaskółka (naliczyłam drugą tego typu postać, inną był pomocny ptak z „Amerykańskiej opowieści”).

1215456_1368148836547_full
Jedna z najsmutniejszych scen.

Koszmar minionej kulminacji- kolejna ciekawa kwestia, związana z tendencją do wyciągania bestii z szafy. Nie wiem jak reszta, ale osobiście bardzo przeżywałam moment ślubu Calineczki z Kretem, gdy idąc przez [prowizoryczny] ołtarz, dziewczyna wyobraża sobie chwile z księciem Korneliuszem. Jej zachowanie wydaje się momentami psychotyczne, a cała sytuacja zaiste okrutna. Jak jeszcze weźmiemy pod uwagę, że Calineczka przez ten czas funkcjonowała pod ziemią, ciesząc się tylko opieką nad Jacquimo robią się minimalne ciarki na plecach. Oczywiście pomysł ten został zaczerpnięty od Andersena, ale nie wyobrażam sobie innej wersji tej baśni. Dalej: przypomnijcie sobie zautomatyzowaną Mysz z Mińska, czy Księcia Sów, który rośnie tak wielki, że sięga do samego nieba. Smutno mi się też robiło, gdy Fievel myślał, że zostanie już na zawsze w sierocińcu. Z innej beczki- całkiem niecodzienny był też pojedynek Anastazji z Rasputinem i jego mroczne wołanie w labiryncie.

5282182105_9daa7a056f

Zdrada- w paru dziełach mamy również do czynienia z postaciami, które ukrywają swoje prawdziwe intencje. To dość ciekawa koncepcja, ucząca realiów życia. Mamy więc dajmy na to kota, który przebierając się za mysz „próbuje” pomóc Fievelowi, a tak naprawdę bierze go na tanią siłę roboczą. W „Królu Rock and Rullu” reżyser Lis chce wycisnąć ze sławy koguta Chanteclaira jak najwięcej, wmawiając mu, że zwierzęta z farmy go nie lubią. Podobnie działa też Mysz z Calineczki, chcąca przekonać bohaterkę do ożenku z Kretem (za drobną opłatą). Mimo tych pouczających wątków, często odnosiłam wrażenie, że bohaterowie non stop narażeni są na niebezpieczeństwo i drżałam o ich losy.

 *i nic dziwnego, okazuje się, że dubbingował go niezawodny jak zawsze Jarosław Boberek

Ulubione Shen Gong Wu

Black_Beetle_Scroll

Część z was być może wie, że w dzieciństwie lubowałam się w oglądaniu bajek na Cartoon Network. Najchętniej śledziłam tak wiekopomne tytuły, jak: „Batman Przyszłości”, „X-Men: ewolucja”, czy „Xiaolin-pojedynek mistrzów„. „Xiaolin” opowiadał o losach podopiecznych mistrza Funga, przeżywających przygody z motywem komediowo-fantastycznym. Cała seria opierała się na poszukiwaniu artefaktów zwanych Shen Gong Wu, które nie tylko pomagały rozłożyć przeciwnika, ale też posiadały niecodzienne nazwy. Przeglądając internet, natknęłam się na karty  związane z tym (wywołującym falę nostalgii) tytułem i postanowiłam zrobić krótką listę swoich ulubionych Shen Gong Wu.

1. Oko Mistrza Dashi- pewnie z powodu chwytliwej i szeleszczącej wymowy. Za pomocą tego amuletu można wytoczyć armadę błyskawic, co pozwala oślepić, bądź spuścić (dosłowny) grom z jasnego nieba. Jest to jedne z pierwszych Shen Gong Wu pojawiających się w cyklu, stąd takie a nie inne miejsce w rankingu.

2. Trzecia Ręka- jeśli kiedyś marzyliście o przysłowiowej pomocnej dłoni, Trzecia Ręka jest dla was jak znalazł. Jak widać na załączonym obrazku Jack Spicer (jedna z moich ulubionych postaci) używał jej po to, by napić się kawy, nie stroniąc od odpowiedniego relaksu. Fakt, że takich artefaktów nie powinno się wykorzystywać w bezsensownym celu, ale kto powiedział, że noszenie zakupów się do tego wlicza? Poza tym, wyobraźmy sobie, jakby to wyręczało każdego w pisaniu. Pytanie tylko, czy Trzecia Ręka byłaby z tej kwestii tak zadowolona.

3. Złote Pazury Tygrysa- po pierwsze dlatego, że pozwalają skakać między wymiarami. Po drugie, bo przypominają tak pazury Wolverine’a, jak i te pojawiające się w (słynnym) „Wejściu Smoka”. Jest coś fascynującego w połączeniu złota ze śmiercionośną bronią- co wszak udowadnia popularność tego Shen Gong Wu.

4. Moneta Modliszki- jako ekspert od spraw rozciągania potwierdzam, że Moneta Modliszki pozwala na tak niesamowite wydłużenie ciała, że przejście pięciuset metrów byłoby nie lada pestką. Dodajmy do tego elementy komediowe i mamy pojedynek rodem z filmów z Jackie Chanem.

5. Opończa Cieni- nie raz i nie dwa wolałam być niewidzialna, a ów artefakt z pewnością by to umożliwił. Poza tym, umiejętność właściwego znikania byłaby genialnym, strategicznym punktem, pozwalającym na ataki z zaskoczenia.

6. Pięść Tebigonga- zawsze ciekawiło mnie, jak to jest posiadać dużo siły w rękach. Z tego powodu, nie tylko mogłabym robić ogromne dziury w ziemi- niczym Avalanche z „X-Men(ów)”, ale też czułabym się jak prawdziwy człek z wielkimi pokładami czakry.

7. Ogon Węża- choć przenikanie między (wszelkimi) fizycznymi punktami mogłoby okazać się bolesne, to mimo wszystko czuć w tym jakąś  frajdę. Poza tym, Ogon Węża lubi sobie polatać i to w naprawdę spektakularnym stylu.

8. Kula Tornami- jest niebieska, jest owalna i aktywuje się ją za pomocą siły wody. W ten oto sposób można załatwić sobie małą fontannę na upalny dzień.

Dzień Dziecka dla każdego.

Choć obchodzenie Dnia Dziecka jedni kwitują mniej (lub bardziej) wyraźnym wzruszeniem ramion, dziś wejdę w skórę  niedzielnego spamera i przytoczę kilka rzeczy nadających się do tego święta. Wiek rzecz jasna nie gra roli.

Poniższy wpis ilustruje jedna z mych ulubionych deviantartowych artystek, czyli Uzucake

Co obejrzeć:

1. Mały Nemo w krainie snów– jeśli obce jest wam zaklęcie „Sesama- pidżama” wiedzcie, że musicie nadrobić ten film. Nie tylko dlatego, że pojawia się w nim chodzące łóżko i kilka zapierających dech momentów.

2. Wielki Mysi Detektyw– dla mnie to klasyk z tych dzieł Disney’a, które wydają się nieco zapomniane. Zwierzęca wersja Sherlocka Holmes’ a z domieszką londyńskiego klimatu to jest to, co tygrysy lubią najbardziej.

3. Gwiezdne Wrota– mam wyraźny sentyment do tej produkcji i Jamesa Spadera, którego postać- jak wspomniałam bodaj na Twitterze przypomina mi Milo z  „Atlantydy”. Warto też zwrócić uwagę na  występ Jaye Davidsona  w roli boga Ra.

4. Kosmiczny Mecz*/ Kto wrobił Królika Rogera– choć łączenie animacji z fabularnym kinem nie zawsze dawało dobry efekt (patrz: „Cool World”) oba  te filmy mają w sobie coś przyciągającego.

5. Niekończąca się opowieść– potęga wyobraźni plus zapadające w oczodoły sceny (tak, mam na myśli tę z koniem).

6. Magiczny Miecz– wiem, że produkcja jest ostro krytykowana, ale klimatycznie mam z nią same ciekawe wspomnienia (bałam się jak nikt żelaznych potworów stworzonych przez Rubera- notabene korzystającego z mikstur firmy Acme).

*Kto jeszcze kolekcjonował kolorowanki?

What does the cat say?

W co zagrać:

1. Kapitan Pazur– najlepsza gra platformowa w dziejach, z nieśmiertelnym tekstem pt. „Będziemy robić za flaszkę” i „Cholerne ptaszyska”.

2. Hokus pokus Różowa Pantera/ Na Kłopoty Pantera– humor i dubbing Pazury robią swoje.

3. Hades Challenge– gra osadzona w mitycznym świecie plus design rodem z „Herkulesa”, czy muszę dodawać coś jeszcze?

4. Tajne akta: Tunguska– połączenie tego, co w przygodzie lubię najbardziej.

5. Rayman Legends– chociażby z powodu moich niedawnych peanów odnośnie ścieżki dźwiękowej.

6. Worms Armageddon– do tej pory pamiętam robaczki z bazooką, mówiące coś w stylu: „Oh, shit”.

Ps. Lista jest subiektywna i możecie dodać swoje propozycje.

Nie wszystko da się zrecenzować, czyli linkowisko (1).*

 

1. (ang.)  Thicker Than Blood- Naruto and Sasuke – obszerna i niezwykle trafna analiza wybuchowej relacji z uniwersum świata „Naruto”. Cały tekst oparto na tak zwanej pierwszej części serii.

 

2. Dwa słowa w obronie Wesa Andersona– kreatywny styl Wesa Andersona nie jest mi obcy, ale od jakiegoś czasu zwróciłam uwagę na trend, w którym jego filmy nazywa się per „hipsterskie”. Nie wiem czy dlatego, że trudno je włożyć do jednej szufladki, czy po prostu po to, by kogoś celowo (?) urazić. Inne argumenty przytacza tu Noida.

 

3. Sentymentalnie 2- Fox Kids, Cartoon Network, Minimax i inne– ustalmy fakt: jestem sentymentalna i lubię czytać luźne posty.

Bonusowo dodaję tu wpis o lordzie Zeddzie.

 

4. W kwestii recenzji: Milczący krytyk ujmuje to, co stanowi kwintesencję „Igrzysk Śmierci”, a Fraa umieściła kiedyś fajny tekst o „Muszkieterach” (szukałam czegoś adekwatnego do mojej opinii).

 

5. Czytam o grze, której na oczy nie widziałam. How cool is that?

Plus przyznaję się do oglądania let’s playów (tego  i tego).

 

6. Mysza odpowiada na moje pytanie odnośnie filmów Disney’a i wychodzi, że mam 74 punkty w skali Zwierza.

 


*bo „karnawał blogowy z datą wsteczną” jakoś mi nie pasuje.

Z Chin do Japonii, czyli kluseczki i ramen.

Albo raczej kilka powodów, dla których cykl „Kung-fu Pandy” przypomina mi anime „Naruto” autorstwa Masashiego Kishimoto.

Oczywiście wszystko w punktach.

Możliwe spoilery.

1. Zatarta przeszłość- zarówno Po, jak i Naruto nie znali swoich biologicznych rodziców, co więcej dowiadują się o ich istnieniu (i kilku związanych z tym faktach) z biegiem akcji. Mojej uwadze nie umknęło też to, że byli wychowywani przez samotnych mężczyzn. W przypadku Po mamy do czynienia z przyszywanym tatą Gąsiorem, zaś w kwestii Uzumakiego sprawa wygląda mniej kolorowo. Choć opiekował się nim Iruka, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pominięto tzw. wczesne dorastanie. Nie pamiętam wzmianek z życiorysu trzyletniego Naruto, co jest mą ogromną solą w oku względem fabuły-bo kto zadbał o to, by maluch mógł sam się wyżywić i chodzić?* Trzeci Hokage  mnie jakoś nie przekonuje.

ch_538_don__t_underestimate_me_by_kayts99-d3g4oxn

2. Niedocenianie- kiedy Panda zostaje wybrany na Smoczego Wojownika, reakcja Potężnej Piątki jest mniej niż entuzjastyczna. Po zdaje się  im tylko zawadzać- zwłaszcza Tygrysicy, która miała nadzieję otrzymać ów tytuł. Jednak z biegiem czasu Panda nie tylko odnajduje wiarę w siebie, ale wpływa na skostniałe otoczenie świata kung-fu. Ważna tu wydaje się reakcja pierwszego antagonisty serii: Tai Lunga, z miejsca dyskredytującego Po w roli przeciwnika. To samo można rzec odnośnie Naruto- Sakura z początku go nie trawi, Sasuke uważa za głupka, a nad aktywne zachowanie blondyna wcale nie przysparza mu fanów. Jednak biorąc pod uwagę odrzucenie (i niesprawiedliwość), niezwykle mile ogląda się, gdy ten ignorowany przez wszystkich chłopak nie tylko się nie poddaje, ale przede wszystkim zdobywa szacunek i akceptację. Nie w sposób ekspresowy, tylko stopniowy, co jest ogromnym atutem serii. Podobnie dzieje się z Po. Choć nauczył się korzystać ze swych umiejętności, nie zmienia się diametralnie, tylko wciąż myszkuje zapasy jedzenia przed treningiem.

3. Rasengan to Równowaga– to akurat moje wąskie skojarzenie, ale składa się na nie kilka elementów. Obie techniki są niezwykle trudne do opanowania, korzystała z nich nieliczna grupa osób (Czwarty Hokage, Jiraiya, Kakashi/mistrz Shifu). Poza tym, zarówno Rasengan, jak i Równowaga wyglądają jak kolisty przedmiot o wietrznej poświacie. Ich atak jest niezwykle mocny, ale wymaga ogromnej precyzji i lat doświadczenia. Jak można się domyślić, nasi bohaterowie opanowują te techniki dużo szybciej, niż można się tego spodziewać. No i obie muszą zostać przywołane w sposób słowny.

4. Przyjaźń- jeden z moich ulubionych wątków. W „Kung-fu Pandzie”, Po znajduje wspólny język z Tygrysicą, która choć wydaje się niedostępna i zdystansowana, jest równie uczuciowa co reszta bohaterów. To z nią w drugiej części Panda rozmawia o swych wątpliwościach względem pochodzenia i razem trenuje. Mocno mi to przypomniało relację Sasuke z Naruto, którzy- choć początkowo ze sobą rywalizują, wiedzą doskonale jak wiele ich łączy, począwszy od odosobnienia, na odrębnych traumach kończąc (kluczową sceną jest misja w Kraju Fal, gdzie Uchiha staje w obronie Uzumakiego, narażając się  na pewną śmierć-> bardzo lubię ten moment, jak i parę innych, bo niezmiernie im kibicuję).

5. Muzyka- parę motywów mogę przyrównać do autentycznych wyciskaczy łez. To pewnego rodzaju mistyka, delikatność, ale jednocześnie moc bębnów wydobywająca się gdzieniegdzie w trakcie cykli. Niektóre utwory tak mocno współgrają ze smutnymi wspomnieniami, że chcąc nie chcąc poczułam się poruszona. Nie tyle dramatycznymi deklaracjami bohaterów, tylko animowanymi fragmentami okraszonymi wyważoną melodią. Przykład: scena ratunku Po przed rzezią, czy momenty, gdy Naruto i Sakura mają dylematy [moralne] względem pogoni za Sasuke.

OrochimaruGrass6.  Czarne charaktery- tu odniosę się znów do Tai Lunga, z tego względu, że kojarzy mi się z Orochimaru (będącego wybitnym przykładem internetowych aluzji). Tak Lung, jak i Oro byli [w pewnym stopniu] ulubieńcami swych mentorów. Albo nie tyle ulubieńcami, co może osobami przejawiającymi niezwykłe zdolności. Jednak przekraczanie granic człowieczeństwa i eksperymenty powodują, że Orochimaru nie zostaje wybrany na Czwartego Hokage, a Tai Lung obchodzi się smakiem wizją Smoczego Zwoju. Obaj mają zbliżoną motywację i w podobny sposób odwracają się od swojej wioski/doliny. Warto również wspomnieć postać lorda Shena, chcącego oszukać przeznaczenie. Myślał, że zmieni swój los, przeżywał wypędzenie z domu- reszta była tylko zapalnikiem do dalszych obsesji. Poniekąd przypominał mi działalność Akatsuki i ich zmianę frontu po zabójstwie w Amegakure (śmierć Y. kosztem „polityki” Danzou).

NUP_142409_0011

7. Jedzenie- nie da się ukryć, że Po i Naruto są koneserami posiłków. Zapytany przez Kakashiego o ulubioną rzecz blondyn bez wahania odpowiada „Ramen”- co też udowadnia, będąc wiernym jednej  knajpce. Dodatkowo lodówka Uzumakiego posiada kilka, jak nie kilkanaście rodzajów owego przysmaku. Jeśli chodzi o Po, ma on pełne doświadczenie w prowadzeniu bistro z kluseczkami- a w dodatku nie przeszkadza mu to czasem je podjadać. Jednak restauracja nie jest znowuż byle jaka, bo główne danie zawiera specjalny, tajny składnik o którym wie tylko syn pana Gąsiora.

8.  Style walki- w obu seriach militarne akcje skupiają się na umiejętnościach sztuk walki, nie ma strzałów z pistoletu i króluje broń biała. W przypadku „KFP” zagrożeniem wydają się sztuczne ognie, a sami adepci posługują się wspomnianym już kung-fu o różnych odmianach (styl Małpy, Żurawia, Żmii, Tygrysa, Modliszki->wypisz wymaluj Potężna Piątka). W  „Naruto” mamy do czynienia z  ninjutsu, genjustu i innymi technikami, których w tej chwili nie wymienię. Co ciekawe obie wersje rezygnują z posiadania rozbudowanych technologii, z wyjątkiem telewizorów (i kina) pojawiających się u Kishimoto.


*kwestię Sasuke będącego świadkiem masakry pozostawiam już odrębną kwestią (naprawdę nikt się nim potem nie interesował?!)

7 najciekawszych odcinków "Martina Tajemniczego".

Żeby trochę urozmaicić, przejdę do (odkopanego z lamusa) rankingu serialu, który-jak się okazuje wciąż robi na mnie wrażenie pod względem pomysłowości.

1.”Web of the spider creature” (sezon 3)- i słowo ekscentryczny nauczyciel nabiera nowego znaczenia.

2. „Hairier and scarier” (sezon 3)-nastoletni wilkołak w wersji rysunkowej.

3.”Curse of the Necklace” (sezon 1)- klimat Halloween i ciekawa przestroga przed nadmiernym jedzeniem czekoladek.

4. „Shriek from Beyond” (sezon 1)- mitologiczne stworzenia w nieco mniej popularnej odsłonie.

5.  „The Vampire returns” (sezon 2)- znów ujawnił się mój wyjątkowy brak obiektywizmu względem wampirów (z pewnymi wyjątkami). A poza tym klimat Paryża przypomina mi wycieczkę za czasów liceum.
6. „The house of zombies” (sezon 3)- sposób nadania postaciom ruchów a la zombie wyszedł twórcom lepiej niż nieźle. Poza tym jest to kolejny powód, by nie sugerować się poradnikami.
7. „Revenge of the doppelganger” (sezon 1)- kobiety tracą twarze, a co najlepsze kojarzy mi się to z jedną ze scen w „Matrixie”.

Hades Challenge.

  No jak ja to lubię. Nie, ubóstwiam. „Hades Challenge”, jest jedną z tych gier, która dała mi więcej niż zwykła lekcja angielskiego. To było jak uczęszczałam jeszcze do podstawówki. Moje cioteczne rodzeństwo, które dużo bardziej orientowało się w komputerach, pokazało mi to ciekawe zjawisko, które do tej pory wspominam z ogromnym sentymentem. Dziś będzie wpis około fanowski, więc nie liczcie na licealną rozprawkę.
    Hades (ten sam co u disney’owskiego „Herkulesa”), znów rzuca wyzwanie wojownikom. Tym razem jednak, nasz rudowłosy chłop na schwał nie będzie w stanie pomóc uciśnionym ludziom. I tu do akcji wkraczamy my- pojawiając się w samym centrum zdarzenia, gdzie satyr Filoktet mówi nam o co tak właściwie biega. Na jego wyspie dowiemy się, że jesteśmy jedyną nadzieją na powstrzymanie Hadesa. No i tak. Wpierw wybieramy, jaką jesteśmy postacią: albo herosem, albo heroiną w złotej spódniczce. Ja, jako że w tamtych czasach lubiłam oglądać pewien serial, parokrotnie tytułowałam się Xeną (yeah). Od tej pory nasza egzystencja naznaczona będzie ciężką, niebezpieczną harówą/ podróżą do mitologicznych zakątków świata. Jako, że nasz zębaty bóg podziemi lubi robić psikusy, nie dość, że będziemy musieli rozszyfrować jego podstępne zagadki, to w dodatku po naszych piętach deptać będą najwierniejsi słudzy braciszka Zeusa- czyli Ból i Panik (widziałam tylko polską wersję, więc wybaczcie, że nie znam ich oryginalnych imion).
  W trakcie każdej z prac (nie ma ich 12, ale podobieństwo jest ewidentne), poruszamy się za pomocą mówiącej łodzi [Jazon i Argonauci, czyżby?], która, używając wypukłej mapki, kieruje nas na właściwe miejsce. Pierwsze zadanie wprowadza nas na wyspę króla Minosa. Jednak cała misja tyczy się okiełznania niesfornego Minotaura. Musimy zatem pomóc Dedalowi zebrać elementy, potrzebne do budowy labiryntu. Przy tym konieczne będzie ustawienie każdej ścianki->by człowiek-byk nie był w stanie prowadzić rozboju na Krecie. Oczywiście wszystko należy wykonać najszybciej jak się da.
W innym epizodzie, znajdujemy się w środku wojny Trojańskiej i wyręczamy Odyseusza w  dostarczeniu liściku do Heleny. Przy okazji- śpiewająca Helena, to jedna z najlepszych rzeczy, jaką wymyślili twórcy. Prócz tego, dochodzą też inne zadania poboczne, ale to raczej oczywiste przy tego typu gatunku [gry]. By nie poprzestać na samym koniu, dodam, że zmagamy się również z Gorgoną Meduzą, ustawiamy lusterka w świątyni Ateny i (jak zapewne się domyślacie) bierzemy udział w finalnym starciu, okraszonym dużą dawką humoru.
   Po skończonym zadaniu, zdobywamy mini-trofea, oznaczające różne umiejętności (siłę-którą symbolizuje piorun, podstęp-jako figurkę konia i mądrość-czyli sowę). Ale, żeby za prosto nie było, po takiej wygranej, wyskakuje do nas Hades z quizami do rozwiązania: zła odpowiedź=przypalanie trofea. Moja ulubiona lokacja, to zdecydowanie Medusa Isle- tajemnicze opary i pojawiające się trzy Parki, to jest to, co tygrysy lubią  najbardziej. Podobał mi się również epizod z Charonem-okazuje się, że ustawianie zmarłych na łodzi, to nie lada orzech do zgryzienia.
Największym plusem „Hades Challenge” z pewnością jest klimat. Wszystko bowiem zobrazowano dokładnie tą samą kreską, co w pełnometrażówce. I to jest (w mojej opinii) niezwykle dobre, bo pozwala jeszcze mocniej wkręcić się w uniwersum. Jeśli chodzi o perspektywę grania, można ją przyrównać do filmowego prowadzenia kamery. A sposób wykonywania misji? Będzie to słynne point and click, które osobiście lubię, bo kojarzy mi się ze starymi przygodówkami. Oczywiście z biegiem lat przejście etapów nie pochłaniało tyle czasu, co kiedyś. Ale nie da się ukryć, że starcie z HC zwykle budzi we mnie podobne emocje. Nie wiem jak angielski dubbing w PC ma się do oryginalnej wersji, ale mnie w każdym razie nie mierził (Filoktetem był Danny DeVito, czy mi się tylko wydaje?). No i sense of humor-zdecydowanie w moim stylu. Już u kogoś pisałam, że Hadesa uważam za jednego z lepszych ‚bohaterów kradnących’  („A wy co, park sztywnych?”- to pytanie w odniesieniu do jego pracy zawsze mnie bawi). Tak więc trudno, żebym i tu za nim nie przepadała.

Powinnam coś dodać na zakończenie? No cóż, „Hades Challenge” polecam bez żadnych oporów, bo to graficzna rozrywka w najlepszym wydaniu.