No more action.

Właśnie dlatego lubię kino. Mogę wejść do przyciemnionej sali i choć na moment uwierzyć, że to co widzę mogło zdarzyć się naprawdę. Jestem bohaterem, bohaterką i każdym pojedynczym aspektem opowieści, która pozwoli egoistycznie odciąć się od codzienności. Cieszę się, że jest tylu ludzi, którzy podzielają moją pasję i mogą/lubią o niej dyskutować bez zadęcia.

Dziś będzie trochę chaotycznie, a to dlatego, że obejrzałam nietypowy film. Taki, który polubisz, albo wręcz przeciwnie. Od dawna miałam chrapkę na „Holy Motors” Leosa Caraxa- kiedyś Monika wspomniała o jego twórczości w kontekście dzieł Lyncha, czym mnie zainteresowała. Brakuje takich tytułów. Jest ich za mało. Nie chodzi o to, że w każdej ‘ryjącej czaszkę’ produkcji wszystko chwytam, bo to nie prawda- czasem sztuka dla sztuki też jest istotna. Warto więc zebrać wiatr w żagle i polecieć z nurtem w wizję [reżyserskich] fantazji.

Z domu podobnego do statku wychodzi pewien człowiek. Wsiada do limuzyny- prowadzonej przez niejaką Celine, by rozpocząć pracę. Jednak nie jest to żadna ordynarna posada, bo nasz jegomość- co zwie się Oscar, przemierzając paryskie ulice wcieli się w ludzi, będących jego zleceniem. Nie wiemy czemu to robi, ani kim jest pracodawca Oscara, choć może się zdawać, że nasz bohater czuje się dość zagrożony (rozmawiając ze współpracownikiem podkreśla, że muszą zaopatrzyć się w pistolety). Podróż Oscara to przejażdżka przez liczne aspekty życia, nasze bolączki, marzenia i motory. Motory napędzające rzeczywistość.

Film podzielono na dziewięć historii. Każdy segment to odrębna fabuła i zadanie. Pierwszym z nich jest praca żebrzącej staruszki. Oscar zakłada więc starannie przeczesaną perukę i chustkę- a będąc nie do poznania, wychodzi przygarbiony czekając na datek. Jednak mało kto interesuje się starszą panią, śpiesząc się w swoją stronę. Oscar-staruszka drepcząc bezwiednie w tym samym miejscu, mówi o samotności, co wydaje się kwintesencją naszych obaw. Nikt nie chce być opuszczony i ignorowany, a to właśnie się dzieje.

Drugie zlecenie to praca w stroju nurka, choć tak naprawdę dotyczy kaskaderskich popisów [w stylu] motion capture. Oscar spowity w czerń, wchodzi więc do strzeżonego pomieszczenia i rozpoczyna taniec figur wraz z obcą kobietą. Oboje wyginają się niczym postaci z innego wymiaru- co robi wrażenie, dzięki licznej grze świateł. „Tancerze” mają bowiem przyczepione do kostiumów żarówki (bądź inne gadżety), a na tle zamkniętego, zmechanizowanego sześcianu słychać tylko ich. Wolność, spójność i klaustrofobia to jedne z tych rzeczy, które przyszły mi do głowy.

Trzeci temat dotyczy spotkania skrzata z krainą piękna. Tym skrzatem jest rzecz jasna Oscar- z genialną charakteryzacją, będącą miksem baśniowego Leprechauna. Idzie kanałem jak bezdomny, porusza się wręcz pokracznie, nerwowo pali papierosa, a jego tiki podkreślają odrealnienie. Ludzie na widok tego dziwaka w zielonym garniturze są (co najmniej) zszokowani, choć wbrew pozorom nie chodzi tylko o to. Bo zaraz fotograf, robiący zdjęcia modelce na cmentarzu (Eva Mendes), gdy zauważy Oscara zechce uczynić go swoją muzą. Ja osobiście widziałam w tym satyrę na pewien trend i sprzeczność kanonów mody. Jest powtarzanie ‘beautiful, beautiful’, jest bieganie w kółko i pewnie wiele innych. Na tym historia się nie kończy, ale nie będę psuć oglądania.

Co mamy dalej? Rodzinne rozterki, niewolnika akordeonu (cóż za przerywnik), potęgę maskarady i starcie z przeszłością. Interesujące jest również to, że każdy kolejny zamiennik/klient Oscara wygląda do niego łudząco podobnie. Do tego cała produkcja przeplatana jest czarno-białymi fragmentami. Choć kamera idzie non stop za bohaterem- i nie stosuje żadnych ekstrawaganckich technik, wciąż czuje się, jakby wszystko było snem.

Surrealizm. Jedzenie banknotów, pogrywanie z konwencją. Nie trzeba dużo mówić, tu bardziej chodzi o obraz, a co ty widzu z niego wyniesiesz to już twoja sprawa. W filmie znajdują się też niespodziewane zwroty akcji rodem z produkcji Tarantino, więc nie będziemy się nudzić. Dodajmy do tego elementy czarnego humoru i musicalu, a zacznę się zastawiać, czy opisuję tylko jeden film. To tak właściwie produkcja składająca się z wielu różnych dzieł, okraszona dawką artystycznej pochwały… artyzmu. Strasznie dużo tych powtórzeń, ale jakimś cudem pasują.

Czasem zastanawiałam się jakby to było, gdyby każdy z nas mógł choć na chwilę wcielić się w inną osobę. Poznać odmienny punkt widzenia, czy perspektywę życia. Pewnie dlatego tak lubię Rogue z „X-men(ów)”, mającą umiejętność ‘zabierania’ mocy. Z drugiej strony powodowało to, że zatracała swoją tożsamość (co wyraźnie pokazywał jeden z sezonów ‘ewolucji’). Czemu o tym mówię? No bo wydaje mi się, że ludzie tacy jak Oscar to mniej odrealnieni mutanci, przeżywający podobne problemy.

Widać to już w momencie zakończenia kolejnego zadania. Oscar siedzi za stertą ubrań (co momentalnie przypomina cyrk), kaszle, a jego szoferka się niepokoi. Jest jednak coś przygnębiającego w tym szaleńczym tempie życia, pełnym popisów aktorskich bez widowni. Na to narzekać będzie i sam Oscar, a scena rozmowy z pewną postacią [dobitnie] to podkreśla. Teatr życia zdaje się równie męczący po jednej, jak i drugiej stronie ekranu.

Wisienką na torcie jest pochwała kreacji aktorskich. Pisanie, że Denis Lavant jako Oscar okazał się istnym kameleonem nie będzie odkrywcze. Był jak energiczny stwór, pożerający osobowości, za każdym razem tworząc innego siebie od podstaw. Fantastyczna charakteryzacja również ma tu znaczenie. Niby nie winno mnie dziwić, że Lavant ominął się smakiem nagrodą (dostał nominację), ale mimo wszystko szkoda. Ogromnie zaskoczył mnie też występ Kylie Minogue, której z początku nie poznałam. Wygląda na to, że podobna stylistyka jej służy.

Słowem końcowym: jeśli nie przeszkadza wam brak realizmu i niekonwencjonalność obejrzyjcie „Holy Motors”. Czasami warto zaryzykować.

Bliźniacze szczyty. Bliźniacze światy.

     Jeden z tych seriali, który spowodował we mnie szybsze bicie serca, stany maniakalno-depresyjne, paranoiczne obawy i nerwowe tupanie nóżką. Nie, nogą-toć czterdziestka nie należy chyba do filigranowych rozmiarów buta. Ale naprawdę. Miałam przyspieszone tętno i straciłam chyba połowę mojego życia. No może bez przesady, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „Twin Peaks” to jedna z najciekawszych, najlepszych, najbardziej niekonwencjonalnych perełek jaka wyszła spod szyldu produkcji telewizyjnych. Wcale nie zamierzałam tego oglądać, nie chciałam ale na to trafiłam-i niech mi ktoś teraz powie, że przeznaczenie, czy zjawiska nadprzyrodzone nie istnieją. Oj, Davidzie Lynchu/Marcu Froście/ Angelo Badalamenti coś Ty najlepszego uczynił.
       Miłość to takie bezwarunkowe uczucie, przy którym nie zwraca się uwagi na pewne przyziemne kwestie. Prawda? No i ten właśnie stan towarzyszył mi po seansie dwóch arcy genialnych sezonów. Ktoś pewnie teraz czyta te wynurzenia i kiwa ironicznie głową, ale trudno. Je ze swoich (przesadnych) refleksji tłumaczyć się nie będę. Tak było-ma się rozumieć do 9 odcinka drugiej serii. Potem coś się zepsuło, nie wiem dlaczego, ale osłabł mój całkowity entuzjazm. Trudno powiedzieć, czy drobne problemy technicznie miały z tym jakiś związek, ale przez jakiś czas nie mogłam wrócić do reszty epizodów. Ale się udało. I pod koniec było [na szczęście] epicko.
        Znacie takie stwierdzenie nie znać, ale kojarzyć? Ta sytuacja zdarzyła się u mnie podczas pierwszego starcia z pilotem serii („Na północnym-zachodzie”). Oto bowiem oczom mym ukazała się charakterystyczna nuta, którą jakbym pamiętała z dzieciństwa. Takie kinowe deja vu. Coś niesamowitego. Ktoś mądry powiedział, że trzy minutowe, klimatyczne intro TP, w dzisiejszych czasach byłoby bardzo ryzykownym zabiegiem. No bo mamy takie „Pamiętniki wampirów” gdzie jest cisza i bum! pojawiają się napisy, albo „Chirurgów”, gdzie wstępny utwór trwa kilka sekund. Fakt, jest jeszcze „True Blood”, ale to raczej rodzynek w cieście. A ja nie lubię rodzynków, bo psują mi odbiór smakowania potraw.
       Wodospad i tartak-dwa symbole, które widzimy na rozpoczęcie tej niesztampowej opowieści są otwarciem i zamknięciem wspomnień co do dzieła, będącego [prawie] mym równolatkiem. No i znowuż ten ptak-najpierw było „Blue Velvet”, a teraz to. Mam wrażenie, ze Lynch w jakiś niezrozumiały sposób przekabaca te same motywy, używając do tego zjawisk natury. Bo mamy na przykład liczne zwierzęce głowy na posterunku policji, mnóstwo nawiązań do mistycyzmu [las jako drzemiąca siła zła], a nawet zastępcę szeryfa Hawka, który nie bez kozery posiada indiańskie korzenie. „Twin Peaks” jest zatem nie tylko swoistą epopeją na temat życia w małym mieście, ale również zalążkiem egzystencjalno-filozoficznych przemyśleń.  Medytuje Dale Cooper, wielokrotnie odnosząc się  w swych działaniach do buddyzmu, ex-zakonnica Annie opowiada o duszy kryjącej się w drzewach, a major Briggs wypowiada słowa godne akademickiego wykładowcy. No i jeszcze mamy odbiegającego od normy bad assa, który nie przybiera typowo ludzkiej formy. Czarna Chata, Biała Chata, Pieńkowa dama, dziwne symbole na szyi, a do tego wizje Coopera, których nikt inny nie widzi (chyba moje ulubione; żałuję, że ja tak nie mam).  Smaczki, smaczki i jeszcze raz smaczki. Oczywiście nie dla wszystkich. 
       Do historii przeszły określenia takie jak „Who killed Laura Palmer? ”, „Sowy nie są tym, czym się wydają”, albo „Fire walk with me”.  Zresztą nie mogłabym pominąć sekwencji muzycznej takiej jak „Audrey’s Dance”, która stanowi kwintesencję charakteru bohaterki i nastroju towarzyszącemu nam przez cały seans.  Jest zatem słodko-gorzko, groteskowo-zabawnie, ale też przerażająco. Nie nudzimy się ani minuty, bo chwili, gdy reżyser raczy nas momentami wyjętymi z filmu grozy, nagle przechodzimy w komiczną scenkę, podkreśloną rytmicznym pstrykaniem placami. To świadczy o ogromnym kunszcie, kiedy skrajne elementy, nie sprawiają wrażenia upchniętych na siłę. Tylko stale intrygują widza. No i mamy jeszcze odrobinkę jazzu, wraz z pulsującymi, elektronicznymi dźwiękami, które- choć w innym wypadku mogłyby zdawać się kiczowate, tu sprawdzają się idealnie. Zatem siądźmy sobie wygodnie i wyruszmy w podróż do niewielkiej miejscowości, przy granicy Ameryki z Kanadą. 
    Kratki, paski. Czerwone zasłony, czarne fotele i lampy, a przy nich greckie posągi. Brzmi znajomo? Po napisach końcowych nie myślę o niczym innym. No może z wyjątkiem „How’s Annie”, ale to raczej oczywiste. Mam tu na względzie [rzecz jasna] motywy surrealistyczne, które stały się znakiem rozpoznawczym pana L. (nadludzka siła Nadine, przejścia między światami, człowiek bez ręki, starsza kobieta i chłopiec, Olbrzymy i Karły itepe, itede). Samo nasycenie, a raczej gra kolorów, jest tym, co przyciąga uwagę od razu. Innym przykładem może być duża ilość przybrudzonej żółci, pomarańczy i brązu. Brązowy jest przecież sam hotel Horne’a, a wyżej wspomniane zamglenie obrazu, podkreśla oniryczny wydźwięk serialu. Choć nie lubię posługiwać się tym słowem, tu pasuje jak ulał. Bo między jawą, a snem rozgrywa się przemyślana opowieść o ludziach-ich problemach i motywacjach, a przede wszystkim wyborach. Wyborach między dobrem, a złem (albo tym co dobre, a tym co łatwe, jak to mawiał Dumbledore). 
        Ale zaraz, o co tak właściwie chodzi? W pewnej spokojnej mieścinie, znalezione zostaje ciało licealistki, imieniem Laura Palmer. Nie trzeba dodawać, że ta sytuacja wywoła [istną] burzę w szklance wody. Bo do niewielkiej aglomeracji ściągnięte zostaną najwyższe federalne stanowiska, ze specjalnymi agentami na czele. A to będzie dopiero zalążek tego, co ukrywa się pod tą (teoretycznie ordynarną) ludnością. I tu zaczynają się schody. Zaczynają, bo poznajemy kilka, jak nie kilkanaście przekrojów przez społeczne sytuacje, od szkolnych po te małżeńskie i związkowe. A najciekawszym zabiegiem, jest zaskakiwanie widza. Charakterami postaci ma się rozumieć. Bo ci, którzy zdawać się mogą w porządku, okażą się posiadać ciemne sekrety, choć będą i tacy, co zostaną kanaliami do samego końca. 

    Na bohaterów można by pewnie przeznaczyć kilka treściwych wpisów. Jest zatem Dale Cooper-kwintesencja TP i jeden z najlepiej wykreowanych taśmowych protagonistów. Inteligentny, ale nie bezkompromisowy, niesamowicie chaotyczny charakter pozytywny, który od razu wtapia się w tamtejszy styl życia. No bo nie da się w ogóle nie zaśmiać, gdy w poważnym śledztwie ważniejsze dla niego będzie wypicie kawy, albo gdy wkraczając na teren Coop zacznie zachwycać się roślinnością za oknem. Zresztą, jego dysputy [z innymi] dowodzą, że ma niesamowity dar obserwacji i -choć wydawać się może zbyt nieskazitelny na tle reszty, również posiada wewnętrzne rany. Dlatego tak przykre jest [SPOILER]obserwowanie finału [koniec SPOILERA]-bo zżycie się z Cooperem powoduje w nas bardzo intensywną reakcje przy scenie z szybą. A może tylko ja tak miałam.  Na kim jeszcze zawiesiłam oko? Na Audrey Horne. Krucha z wyglądu, inteligentna wewnątrz, choć początkowo wydaje się mentalnie zawieszona gdzieś w swojej wykreowanej sferze. I to właśnie w niej polubiłam. Tą niejednoznaczność- że może być zarówno zmysłowa, jak i zagubiona, pewna siebie, ale też pełna obaw. Zresztą jej relacje z ojcem mogą być tego głównym powodem. 

      Wrócę jeszcze do tego żonglowania fragmentami. Przypomnijcie sobie scenę z postrzałem i zachowanie starszego kelnera*.  Albo akcję z ratowaniem fretek. Czy też rywalizację Andy’ego i Dicka o ojcostwo (ok, sam Andy płaczący jak dziecko i Lucy z tym swoim głosikiem to też temat na odrębną notkę-> ale nie mam do tego talentu więc zostanę przy tym). Bądź próbę znalezienia zabójcy, za pomocą sztuki zen (jeden z moich ulubionych odcinków). Jeśli pamiętacie inne ciekawe rzeczy to o nich napiszcie. Jestem bardzo ciekawa, co zapadło wam w pamięć (ach i jeszcze scena w barze i to „It’s happening again” –niby winna straszyć, a jest taka, nie wiem, hipnotyzująca). Tyle, że mamy jeszcze takiego [SPOILER] Boba [koniec SPOILERA], który mógłby swobodnie konkurować z największymi postrachami z celulozy. Okropny typ. 
      Stylistyka lat 50. i 60. jest dość wyraźna. Krzesełka przy barze, szafa grająca, ubiór Audrey Horne (sweterki, spódniczki) i te nakreślone brwi u tak zwanych ‘kobiet Lyncha’ (czyli Shelly, Donny i Audrey). A także motocykle, skórzane kurtki i męski fryzury a la rude boy. Jesteśmy zatem wciągnięci do krainy, która nawiązując do dawnych czasów nie odbiega od czasów obecnych. No może z wyjątkiem podejścia do cielesności-nie ma tu latających biustów, jak w niektórych współczesnych produkcjach. Czy to źle? Wręcz przeciwnie [ale nie oznacza to, że brak tu erotyki, o nie, nie]. Muszę również się przyznać, że „Twin Peaks” otworzyło moją percepcję na niektóre smaki. Na przykład odnośnie delektowania się kawą-zaczęłam masowo ją pochłaniać, kusząc się nawet na niewielkie espresso. Nie powiem, żebym nie odczuwała różnicy. Poczułam się jak prawdziwa uzależniona. 
      Jak na dłoni widać, że zło jest według „Twin Peaks” odmianą szaleństwa. Wszak każda z opętanych postaci zachowywała się wyjątkowo nietypowo. Ale nie chodzi o samo milusińskie chichranie, tylko chichot przechodzący w poziom godny największego pomyleńca.  Ten rodzaj obsesji prezentuje dajmy na to Leland Palmer, który nagle wskakuje sobie na scenę (przy ‘uciesze’ Bena Horne’a) i zaczyna śpiewać, czy siwieje i cały w skowronkach [SPOILER] chowa ciało w bagażniku [koniec SPOILERA].
      Minusy? Zdecydowanie wątek Donny i Jamesa, który był tak przesłodzony do bólu, że poczułam, iż znów wróciłam do używania cukru (a nie używam-i dobrze mi z tym, nawet nie wiecie jak to zaoszczędza czas). Nie ukrywam też, że Lara Flynn Boyle niezbyt porwała mnie swoją kreacją. Piękna z pewnością była, ale jej szepty kompletnie nie kleiły się z fizycznym wyglądem.  Odnosiłam również wrażenie, że nie do końca ktoś miał pomysł na rozwój relacji tej dwójki. Ale jakoś katastrofalnie nie było-po prostu, gdybym musiała się czegoś czepnąć, to czepnęłabym się tego. I związku Coopera z Annie. Zero chemii. Ładnie, ale bez iskierek. 

    Nie wiem, czy mam dodawać coś na zakończenie, bo słów brakuje (i to co niemiara), ale dawno tak nie oczarował mnie żaden tytuł. I teraz mam ogromny dylemat-bo skoro widziałam coś takiego, to czy cokolwiek jest wstanie „Miasteczko Twin Peaks” przebić?

Ad. Kilka dowodów na uniwersalność serialu: Glastonbury- zakątek, nawiązujący do legendy o królu Arturze i zjawisk paranormalnych,  został również wykorzystany w „Broken Swordzie 3” (to chyba moja ulubiona lokacja), zwolnione tempo stroboskopu-który pojawił się w Czarnej Chacie, znalazł się również w najlepszej scenie „Wyśnionych Miłości” Dolana (czyli tańcu Nicolasa z matką). Kampania promocyjna marki odzieżowej z Laną Del Rey (pan karzeł), nazwa miejscowości w „Bękartach Wojny” (Nadine). 

Ad1. [możliwy spoiler] Mówiłam, że nie do końca pasowało mi odseparowanie wątku Dale’a i Audrey i nadal pozostaję przy tym stanowisku. Wiem, głupio. 

Ad2. Po gruntownym namyśle stwierdzam, że żadna z osób nie zrobiła jakiejś spektakularnej kariery. Maclachlana kojarzyłam jedynie z „Seksu w wielkim mieście”, LFB już zawsze będzie kosmitką z „Facetów w czerni 2”, a takiej Sherilyn Fenn to moje oko wcześniej nie widziało. 

 
*Albo raczej Olbrzyma?

She wore blue velvet.

540078_221412017972856_646396820_n

   Niebieski to taki kolor, który spece od metod psychologicznych uważają za łagodzący stres. Jeśli kiedykolwiek będziecie chcieli umeblować swoje mieszkanie, otoczcie je kojącym błękitem aksamitu. Albo nie, może lepiej się wstrzymajcie. Bo kto wie do czego to was doprowadzi.
Zanim nadejdzie ten moment, w którym ujrzycie najbardziej żenującą recenzję [jaka tu powstała], szybkim krokiem zabrałam się za [wcześniejsze] dzieło pewnego słynnego reżysera. Inicjały DL chyba wystarczą, żeby zrozumieć o co mi chodzi. No i oto jest „Blue Velvet”. Nie, nie chodzi mi o przerobioną piosenkę Lany Del Rey, będącą szyldem reklamy pewnej znanej marki odzieżowej.

     Uwodzić każdy może, ale nie każdy potrafi zrobić z tego małą, kameralną opowieść o zakamarkach ludzkiej ułomności. Mamy zatem sielskie, amerykańskie miasteczko, w którym co dzień, przewija się identyczna reklama drewna. Wśród stosów zieleni, ojciec głównego bohatera (imieniem Jeffrey), nagle dostaje zawału i pada na trawnik. To zmusza naszego młodzieńca do częstych podróży przez las,by odwiedzać swego rodziciela w szpitalu. Pewnego razu Jeffrey, zupełnym przypadkiem trafia na odcięte ucho, będące już nieco przeżarte przez mrówki. Ów fragment ciała stanie się zalążkiem dla dynamicznej i niekonwencjonalnej historii, która w głównym stopniu zwiąże samego znalazcę. Bowiem okaże się, że w całą sprawę zamieszana jest tajemnicza estradowa piosenkarka Dorothy Vallens. A ponieważ młodość najczęściej kojarzy się z zapalczywością, nasz drogi Jefferey nie będzie wstanie usiedzieć za długo na kanapie i postanowi sam zająć się tą sprawą. Chyba nie muszę mówić, że drogi jego i Dorothy się pokrzyżują. Tyle, że ich relacja będzie raczej odbiegać od stosunków stricte przyjacielskich.

     Jeśli ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła, to- w przypadku naszego bohatera, ów wyświechtany frazes, idealnie streszcza machinę, która pchnęła jego dalsze losy. Bo wiecie. Ja rozumiem myszkować w czyimś domu. Ale jeśli zmuszony/a jesteś schować się do szafy i widzieć rzeczy, które wydarzyły się w pewnej scenie, wiedz, że zmieni to twoje nastawienie o wiele lat świetlnych. Tak właśnie stało się z Jeffrey’em- którego zaangażowanie w brutalny, płonący świat, wiąże go i wprowadza na nieznane dotąd wody. Dzieło  Davida Lyncha jest zatem jedną wielką krainą kontrastów, która zestawia ze sobą naiwnego, nieobeznanego chłopaka i strasznego, pełnego perwersyjnych upodobań Franka. Frank jest bowiem szantażystą, maniakiem, narkomanem i pewnie wszystkim po trochu. Przetrzymując Dorothy, każe jej poddawać się dziwnym, odpychającym czynnościom, a w pewnym momencie nawet i ona nie będzie umiała inaczej funkcjonować. Tylko Jeffrey może uwolnić ją od tego strasznego człowieka. Ale czy jest wstanie?

    Najsampierw wybija się rewelacyjny motyw przewodni, który już zawsze kojarzyć mi się będzie z tą produkcją. Także panno Del Rey-wybacz, ale nawet jeśli w Twoim filmiku ukazuje się karzeł, nawiązujący do twórczości Lyncha i tak nie jesteś w stanie zdobyć mojego serca. Fragment występu Dorothy w klubie-śpiewającej tytułowe „Blue velvet”,  jest niesamowicie sensualny. Zresztą, jej odpowiednim, niewerbalnym opisem jest chwila, kiedy Jeffrey skupia na kobiecie swój wzrok. Mała przyjemność na upojny wieczór. Ale faktem jest, że nie sposób pominąć tak zwanego lokowania produktu, który był zbyt widoczny w scenie spożywania piwa (co niezwykle trafnie wyśmiewa antagonista Jeffrey’a, Frank- no bo jak to tak „pić te siki”).  Mamy tu zatem niewielką żonglerkę zasadami, gdzie przesadnie spokojna dzielnica, ukrywa pod spodem obrzydliwe i nachalne robactwo. Tym robactwem jest-ma się rozumieć Frank Booth i jego szalona ekipa. Jeśli już o ową kompanię chodzi, to muszę powiedzieć, że moment, w którym panowie wybierają się ‚na przejażdżkę’ jest jednym z lepszych jakie widziałam. Bo kiedy nieistotna dla fabuły kobieta tańczy na masce samochodu, a poniżej rozgrywa się naprawdę nieciekawa sytuacja, zastanawiasz się, czy nie uczestniczysz w jakiejś zamierzonej farsie. No i Ben. Bardzo niekonwencjonalna i zapadająca w pamięć postać.

 Jednak fanfary należą się pewnemu trio pod znakiem Dennisa Hoopera, Isabelli Rossellini i Kyle’a McLachlana- z akcentem na pierwszą dwójkę ma się rozumieć.  Hooper jako spaczony wariat, wzbudza odpowiednio odstręczające uczucia, choć oczywiste jest, że jego dziwaczne upodobania miały zapewne podłoże w dzieciństwie (prawdopodobna impotencja, bądź/i niezdrowe relacje rodzinne). Nie da się ukryć, że jego postać od razu wybija się na piedestał, bo jest cholerycznie nieprzeciętna. Isabellę Rosselini kojarzyłam wcześniej z „Ze śmiercią jej do twarzy” i muszę powiedzieć, że w kreacjach nietypowych sprawdza się naprawdę przekonująco (jej postać, mimo czasowych odchyłów nigdy nie była przejaskrawiona). McLachan zaś okazał się pozytywnym zaskoczeniem (dlaczego, to pokrótce napiszę za jakiś czas), a jako tak zwany młodzik stanowił również mały, wizualny dodatek.
Muzyka pełni tu rolę Oskarowego aktora drugoplanowego-bo zdaje się, że Frank, poza uzależnieniem od maski, przejawia jakąś niezdrową fascynację radiowymi hiciorami. Ale nie tylko on w pewnym momencie zastanawia. Bo w końcu i sam Jeffrey daje się ponieść emocjom, co świadczy o tym, że jak każdy człowiek posiada różne odcienie swojego własnego „ja”- tych mniej lub bardziej odbiegających od przyjętej normy.
Ale jest jedna rzecz, która nie pozwala mi zaliczyć tego filmu do grona najwybitniejszych. Mianowicie irytująca, wykrzywiona, nieprzekonująca ekspresja Laury Dern. Nie wiem, być może miała być postacią skrajnie upierdliwą przesadnie poprawną, ale w tej roli mnie momentami mierziła. Już pomijam fakt, że prawdziwą chemię na ekranie widać było między Dorothy a Jeffrey’em. Więc ta rzekoma miłość licealistki i ‚ładnego chłopaczka’ była zwyczajnie nieadekwatna do mojego odbioru. A może o to tu chodziło? No ale przecież nie powiem, że mi się to podobało. Bo mi się nie podobało. Nie tak widziałam zakończenie produkcji. Ale na tym pewnie polega pisanie przemyśleń. Że każdy po filmie wtrąca swoje trzy grosze..

    Dając się porwać eterycznemu nastrojowi, polecam wam dwugodzinny seans z „Blue Velvet”.  A, i jeszcze coś. Nowa wersja troszeczkę mną zawładnęła-chyba jestem podatna na maniakalne powtórki.