Krótki film o introwersji

pagowski-poster01582
Źródło obrazka

Na szczęście nie jestem zobligowana do wypowiadania się w specjalistyczny  sposób, dzięki czemu raz na (ruski) rok jestem w stanie wyprodukować jakąś notkę. Myślałam o wielu rzeczach, które mogłabym tu poruszyć i przypomniało mi się coś, co ostatnio gdzieś zostało mi w pamięci i nie mogło do końca z niej wyemigrować. Mam tu na myśli twórczość Krzysztofa Kieślowskiego, którą zapewne każdy znać powinien, choć niekoniecznie każdy ma ochotę być zmuszanym do nadrabiania dzieł słynnych reżyserów.

Na tapetę pójdzie dzisiaj „Krótki film o miłości”, czym natchnęło mnie zachowanie mojego dalszego znajomego, będącego cichym admiratorem Grażyny Szapołowskiej[1]. Nie każdy musi być koneserem gry aktorskiej ww. artystki, acz nie da się ukryć, iż pani Grażyna w annałach polskiej kinematografii zapisała się na stałe, o czym za chwilę.

Introwertyzm może kojarzyć się niektórym z wewnętrznym przeżywaniem siebie oraz swoich lęków. Istnieją powszechne stereotypy równające introwertyzm z nieśmiałością. W końcu łatwiej jest coś (lub kogoś) zaszufladkować, niż wejść w dialog. Ja w dialog z filmami Krzysztofa Kieślowskiego wejść próbuję, acz nie wiem czy z właściwym skutkiem.

O czym jest więc film? Każdy może zinterpretować go na swój sposób, bo choć mamy do czynienia z prostą formą, kojarzącą się z zaprezentowaniem (obyczajowego) wycinku z życia (bez stosowania technicznych fajerwerków), doświadczać możemy swoistego zespolenia z jego treścią. Bardzo dobrze jest zresztą film ów obejrzeć przynajmniej dwa razy, bo złapałam się na tym, iż ponowny seans szerzej otworzył mnie na pewne aspekty.

„Krótki film o miłości” ma właściwie dwóch aktorów: mężczyznę i kobietę. Mężczyzną jest młody chłopak Tomek (grany przez Olafa Lubaszenko), rytualnie podglądający przez lunetę starszą od niego, sensualną artystkę Magdę (w którą wciela się Grażyna Szapołowska). Historię tę widz obserwuje głównie z punktu widzenia owego młodzieńca, który ma swój harmonogram dnia, podporządkowany możliwości „spotkania się” z Magdą. Tomek twierdzi, że to miłość, choć jest to w pewnym momencie kwestionowane zarówno przez sam obiekt jego westchnień, jak i widza. Z pewnością można zauważyć, iż nie mamy do czynienia ze źle kojarzącym się przejawem stalkingu- acz z początku czułam się niezręcznie obserwując głównego bohatera i jego działania. Jeżeli dla kogoś intymność jest równie ważna co i dla mnie, szybko zrozumie co miałam na myśli. Dla Tomka jednak to co robi nie jest wcale dziwne, on chce rozkoszować się możnością oglądania Magdy chociażby z dystansu. To dość niedojrzałe podejście do uzewnętrzniania swoich uczuć z czasem staje się zrozumiałe, jeżeli wnikniemy w samą osobę Tomka:  jego brak doświadczenia w sferze uczuciowej, a przede wszystkim samotność. Jego przyjaciel wysyła mu kartki z dalekiego kraju, a więc nie jest z nim na co dzień, a towarzystwo miłej, starszej pani u której Tomek pomieszkuje nie zastąpi mu właściwych bodźców. Tomek myśli, że to co robi jest właściwie, ponieważ tak naprawdę (chyba) nikt nie pokazał mu jak wygląda normalna próba poznania drugiej osoby i stworzenia ciepłej oraz bliskiej relacji międzyludzkiej.

Dla mnie w filmie zaprezentowano coś na kształt uczuciowego introwertyzmu- widać to zwłaszcza w momencie, gdy Tomek obserwuje zachowanie sfrustrowanej Magdy na poczcie i przez cały czas obmyśla jak się do niej zbliżyć. Choć wydaje się to dziwne, jest jedynym sposobem na to, by taki zamknięty w sobie i wrażliwy człowiek mógł dotrzeć do osoby z zewnątrz. Podobnie jest moim zdaniem z Magdą- choć zdaje się być wyzwoloną, pewną siebie kobietą pełną pasji, jest ona tak naprawdę równie samotna co Tomek. Mężczyźni, którzy przychodzą do Magdy raz po raz szybko ją opuszczają i ona znów staje się wyizolowanym kłębkiem nerwów, próbującym swoje życiowe rozbicie przekazać za pomocą sztuki. To jednak też nie wychodzi, Magda staje się cyniczna, oceniając Tomka z punktu widzenia swoich życiowych doświadczeń. Owo starcie dwóch różnych, tak skrajnie odmiennych od siebie biegunów pod względem doznań o charakterze erotycznym oraz międzyludzkim tworzy w punkcie kulminacyjnym mieszankę wręcz doskonałą, choć i doskonale destrukcyjną.

Oszczędność treści, formy, dialogów wcale nie psuje odbioru w smakowaniu się seansem. Tym bardziej wydaje się on bardziej realny, bardziej namacalny, to powoduje, iż mamy do czynienia z historią, która mogła przydarzyć się każdemu z nas, czy też mitycznemu sąsiadowi. Nie będę bawić się w dopisywanie interpretacji wobec postaci granej przez Artura Barcisia, bo z pewnością można zauważyć, iż Kieślowski wplata go jako swoistego ducha filmu. Stanowi jakiś równoważnik, bądź zapowiedź złych lub dobrych rezultatów działań bohaterów. Mamy również dużo symboliki (np. rozlane mleko, wróżenie z kart, wahadełko), która co prawda nie musi każdemu się podobać. Nie spotkałam się z tego typu zabiegiem w filmach innych reżyserów, co tym bardziej podkreśla twórczy wkład i indywidualność dzieł Krzysztofa Kieślowskiego. Jeżeli potrafisz rozpoznać reżysera za pomocą kilku kadrów, bądź kilku zabiegów czy to montażowych, czy to wizualnych, oznacza to, iż nie bez kozery powyższa osoba stanęła za kamerą[2].

Nie da się ukryć, że w produkcji prym wiedzie Grażyna Szapołowska. Jej postać Magdy jest w moim odczuciu postacią ikoniczną: idealnie połączyła bijący od jej postaci seksapil, pomieszany z inteligencją oraz rozedrganiem. Świetnie wtóruje jej Olaf Lubaszenko, który poniekąd kontrastuje z osobą (wydającej się ekstrawertyczną w swych działaniach) Magdy. Tomek to postać początkowo wyważona i zamknięta w sobie, a prezentująca ogromną gamę emocji, ujawniającą się w scenie w domu jednego z bohaterów. Wielkie brawa dla wyżej wspomnianej dwójki za to, że tak świetnie wyszło im skontrastowanie dwóch zupełnie innych osób, które tak naprawdę okazują się być do siebie bardzo podobne.

„Krótki film o miłości” to dopracowany obraz parabolicznej opowieści o obnażeniu, podparty delikatną i pełną nostalgii muzyką Zbigniewa Preisnera, prezentujący coś, co spokojnie nazwać można perfekcyjnym minimalizmem. Obraz do którego wrócę pewnie nie jeden raz.

[1] ów znajomy oznaczył się na pewnym popularnym portalu społecznościowym, iż spędził sylwestra 2016/2017 z panią Grażyną. Prawdziwie oddany fan.

[2] Nie mówię tutaj o przypadkach wszystkich reżyserów, ponieważ twórczość takiej Katarzyny Rosłaniec raczej do mnie nie przemawia.

You made me who I am

Myślałam, że ten film mi nie podejdzie. Wszędobylskie rozdmuchiwanie „Her” miast mnie interesować, powodowało reakcję alergicznie- odwrotną. Ilekroć bowiem widziałam temat, czy to przed, czy po oscarowy, z marszu bombardowały mnie nasycone czerwienią, przybite oczy Phoenixa. Musiało więc minąć trochę czasu, bym na spokojnie podeszła do dzieła Spike’a Jonze’a. Co prawda najpierw czekałam na opinię pewnego blogera, ale ciekawość tu przeważyła. Czasami ciężko zmienić niektóre drażniące nawyki.

My wrażliwcy mamy swoje wady. Przeżywanie wszystkiego naraz, powoduje niemożność wykrycia co  istotniejszych problemów. Gdy całość jest równie przykra (bądź dobra), nie wiem która z tych rzeczy faktycznie przyczyniła się do mojej porażki, czy może problem tkwi raczej we mnie. Tę kwestię idealnie nakreśla tytuł, o którym pragnę pokrótce dziś opowiedzieć.

Theodore przesyła ludziom miłość. Pisuje kartki okolicznościowe, będące wyrazem szczerej życzliwości. Zatem, jeśli ktoś nie miał pomysłu jak podziękować  swej drugiej połówce (za szczęśliwy związek), zgłaszał się do właściwej firmy, która pomogła przelać uczucia na papier. Przekazywanie ich to bowiem umiejętność Theodore’a Twombly’ego- pracownika owej instytucji, oraz bohatera historii uniwersalnej.

Dlaczego właśnie takiej? Bo relacje międzyludzkie dotyczą każdego z nas, nawet jeśli część z nich wolelibyśmy wymazać. Życie jest w końcu szeregiem interakcji, radości, pasji i wyborów. W przypadku Theodore’a jest on na takim etapie egzystencji, że chyba wolałby zamknąć się w domu i być przysłowiowym burito smutku. Pewnego dnia, snując się między korytarzami, Theodore trafia na reklamę czegoś nowego. Chodzi tu bowiem o cud techniki, operacyjny system OS, który ma myśleć i czuć jak każdy człowiek. Ponieważ Theodore i tak nie jest zajęty, postanawia zakupić ów przedmiot i zainstalować go u siebie w domu. Jakież okaże się jego zdziwienie, gdy produkt, zwany Samanthą nie tylko sam nada sobie to imię, ale będzie też autonomiczną kreacją, opartą na ludzkiej intuicji.

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak wraz z rozwojem technologii możemy zgubić siebie. Wszelkie choroby typu depresja, a przede wszystkim borderline, są dość powszechne w tym (rzekomo) mobilnym świecie. Tak często w końcu wymaga się dostosowania do większych/mniejszych oczekiwań, a jeśli nie potrafisz ich spełnić, czeka cię kilka przykrości. W przypadku Tehodore’a jest nim nieudany związek z żoną Catherine i praktyczne poddanie się obecnemu stanowi. Choć nie do końca. Bo oto Samantha- twór  mocno realny wpłynie na Theodore’a, dając możliwość wejścia w namiastkę miłości. Czy można jednak kochać kogoś bez fizycznej powłoki, z kim nie będziemy wstanie poleżeć w łóżku? A co jeśli sami nie wiemy czego (właściwie) chcemy, mając wrażenie, że zbyt wiele nas zraniło?

Wszystko podkreśla moment spotkania Theodore’a i Catherine. On nie widzi nic złego w darzeniu głębszym uczuciem sztucznej inteligencji. Ona jest sfrustrowana, mówi wprost, że nie sądziła, iż trzeba komputera, by radzić sobie ze smutkiem. Ponieważ Theodore ma problemy z zapanowaniem nad emocjami, nie umie się zdeklarować i stąd pewna randka kończy się zwykłym fiaskiem. Nikt tu rzecz jasna nie jest kryształowy, co tylko powoduje  konflikty, jak ten w przypadku przyjaciółki Theodore’a- Amy. Ona też w pewnym momencie będzie wolała wybrać technologię. Ale czy ta relacja-choć obustronnie przyjęta będzie mieć szansę na przetrwanie?

Dystans w „Her” jawi się nawet w świecie przedstawionym. W wielu momentach widzimy ludzi, żywo rozmawiających przez swoje pluskwy. Idą ulicą, w której to tłoki są rzeczą rzadką. Niesamowite, że nawet w tak prosty sposób widać przesłanie filmu. Znowu  jesteśmy architektami własnych dekonstrukcji, ranimy i oszukujemy. Izolacja to tylko punkt zapalny do negatywnych rezultatów. Mogę to zresztą potwierdzić na własnym przykładzie.

Wpleciona muzyka Arcade Fire, przypomina ten rodzaj (pulsujących) dźwięków, kojarzących się z pracą jakiegoś mechanizmu. Nachodzi jak połączenie migreny z ogłuszeniem i fiksacją, która czasem bawi, a czasem dobija. To jest wręcz kwintesencją życia Theodore’a i osób, które spotyka na swej drodze. Gdy postać Phoenixa jedzie windą, kręci się w koło, albo uśmiecha dzięki Samancie, ma się wrażenie, że coś takiego mogło(by) dziać się tuż obok. Szczęście w produkcji łączy się z przygnębieniem i refleksją nad więziami.

Ostatnie minuty były dla mnie zaskoczeniem. Podoba mi się też to, że mimo przewidywalności, fabuła nie powoduje wrażenia nudy, czy czystej wtórności. Reżyser nie używa (pseudo)filozoficznych chwytów, konstruuje historię, jakże możliwą i zarazem smutną. Nie dziwi mnie, że ów przymiotnik tak często pojawia się w opisie dzieła. Nie ukrywam też, że mam słabość do filmowej obsady. Joaquin Phoenix, niepokorne dziecko Hollywood- żujące gumę na gali jest tak świetny, jak można się było spodziewać. Momentami naiwny, zawieszony i egocentryczny, Phoenix kreuje osobę samotną, odizolowaną na własne życzenie. Świetnie sprawdza się głos Scarlett Johansson wykorzystany do postaci Samanthy. Jej interakcja z Theodorem jest niesamowicie naturalna, zabawna, kokieteryjna i kiedy trzeba pełna niepewności. Po raz kolejny widzimy też Amy Adams, która z Phoenixem spotkała się już na planie „Mistrza”. Chyba aktorzy dobrze ze sobą współgrają. Epizodycznie pojawia się też Olivia Wilde, oraz Rooney Mara- która jak dla mnie była jednym z mocniejszych punktów tej produkcji.

Za sprawą ciepłych kolorów i spójnego montażu, rysuje się jeden z najciekawszych filmów ostatnich lat. Jeśli to was nie przekonuje, wiedzcie tylko, żem zadowolona, że mogłam w końcu „Her” obejrzeć.

Pot, drgawki i kałuża.

7498045.3

Polskie produkcje to nie moja bajka. Pewnie przemawia teraz moja (duża) dawka ignorancji, ale gdy raz się zrażę, ciężko jest się na powrót przekonać. Mimo to, z ciekawości  zabrałam się za „Tylko strach” z Anną Dymną, bo chciałam obejrzeć film traktujący o alkoholiczkach.

W mej głowie szumiały wspomnienia z amerykańskiego „Kiedy mężczyzna kocha kobietę”, w którym to dziele Meg Ryan idzie na odwyk, a my trzymamy za nią kciuki. Wiele osób pisało, że fabuła zwyczajnie się wlecze, a seans szału nie robi, tyle- że przynajmniej porusza trudny temat, pojawiający się rzadziej, niż narkotyki (mamy „Trainspotting”, „Requiem dla snu”, „Trzynastkę”, „Sida i Nancy”, „Wilka z Wall Street”, „Człowieka z blizną” i wiele wiele innych). A może po prostu nie mam szczęścia do tytułów.

Film w skrócie opowiada o dramacie samotności. Bohaterka przez dłuższy czas pozostawiona jest samej sobie i to najbardziej przerażający, a zarazem smutny aspekt jej zmagań. Dopiero, gdy przekracza progi domostwa, doświadczając totalnego upadku (co kojarzy się z literackim dramatem), jest w stanie zacząć od nowa, nie próbując ponieść się pysze. Gdyż- jak twierdzi Katarzyna- główna postać produkcji, jej największą wadą była właśnie pycha.

Akcja rozgrywa się we wczesnych latach 90. dwudziestego wieku. W tym czasie (jak wiadomo) doszło do przemian ustrojowych w Polsce, a wszystko śledzimy z perspektywy jednej osoby. Jest nią Katarzyna Sosnowska- dojrzała, atrakcyjna kobieta, która po rocznej przerwie postanawia wrócić do fachu. Dawnego szefa zapewnia, że była przez rok za granicą, jednak widz wie doskonale, że przechodziła coś innego. Katarzyna jest bowiem od 7 lat alkoholiczką i przeszła roczny pobyt w klinice dla uzależnionych. Mimo tańców na stole i świętowania powrotu do ‚normalności’, widać, że nie radzi sobie z obecną sytuacją.

Wszystko zaczyna się już w momencie ponownej aklimatyzacji w kamienicy przy starówce. Bohaterka miała nadzieję, że narzeczony od razu się doń wprowadzi, co wszak deklarował już klika miesięcy wcześniej.  Jednak Tomek- ów przyszły mąż niespecjalnie kwapi się zrealizować postanowienie, omijając temat, oraz częstotliwość spotkań. Czarę goryczy przelewa niespokojne oko Karola- czyli szefa Katarzyny, który choć zleca naszej dziennikarce wywiady i poprowadzenie programu, wciąż zerka nań z dużym niepokojem. Szybko więc ta  z pozoru pewna siebie kobieta, zacznie wątpić nie tylko w wierność  partnera, ale również w to, czy jest wstanie oprzeć się demonom.

 50ef911ecd4eb

Kluczową funkcję w karuzeli tych obaw, pełnić będzie Bożena- nowa członkini klubu AA. Ta młoda, rozdygotana posiadaczka dwójki dzieci nie chcąc rozmawiać z nikim w sali, pragnie odnaleźć wspólny język z Katarzyną- którą podziwia i która wydaje jej się bliska. Jednak rozmowy obu pań, okażą się z grubsza destrukcyjne zwłaszcza dla tej starszej, gdy postanowi znów wrócić do tego, co chowa za szafą. Czy jednak jest możliwe, by udało jej się (mimo to) pokonać nałóg?

Reżyserka z narastającym napięciem wprowadza nas w zakamarki życia Katarzyny, co sugerują już pierwsze minuty filmu. Kropelki wody naniesione przez Bożenę i samo otwierające się drzwiczki sekretarzyka, to tylko jeden z zabiegów, mających podkreślić jej alkoholowe pragnienie. Innym są oczywiście małe ślady potu, czy przeświadczenie, że napoje procentowe towarzyszą Sosnowskiej na każdym kroku. Warto też zwrócić uwagę na zabieg, w którym część mężczyzn mijanych przez Katarzynę jest nie tylko podobna do Tomka, ale też sugeruje, iż bohaterka czuje, że jest zdradzana. Ten podkręcony i nieco psychotyczny stan przyniósł mi na myśl „Lokatora” Polańskiego.

Nie sposób pominąć aktorów, na których barkach spoczywa powodzenie filmu. Anna Dymna stworzyła bardzo dobrą kreację, co podkreśla moment, [możliwy spoiler] gdy prowadzi polityczną debatę na żywo. Sposób wymawiania głosek, czy intonacja, przypomina realny stan upojenia, choć najbardziej widać to w scenie, gdy podwozi ją przypadkowy kierowca. [/koniec] Postać Katarzyny dopełnia nieufna Bożena w interpretacji Doroty Segdy- zwłaszcza w chwili, gdy mówi o początkach  uzależnienia. W tle rozbrzmiewa niekiedy Cezary Pazura (jak to dziwnie brzmi, w końcu kojarzy mi się głównie z celebrytą) jako opiekun obu pań.

Sama forma należy do tych bardziej minimalistycznych, ale nie rzutuje to na gorszy odbiór historii. Wszak wszystko kręci się wokół niewielkiej grupy osób, a lekko elektroniczne nuty podkreślają zmniejszająca się stabilność bohaterki.

Podsumowując: jest to produkcja niespieszno-psychologiczna, z odpowiednio dynamicznym punktem kulminacyjnym. Jeśli gustujecie w podobnej stylistyce radzę wam obejrzeć, jeśli nie- też nikomu jej nie odradzam.

Alicja w krainie schizy.

Ludzie piszą o Supermenach, problemach żołądkowych w Vegas i wolnej interpretacji „Opowieści z Narnii” (albo mi się tylko wydaje), a ja wciąż opóźniona w kulturze. No cóż- tak i też bywa, ale nic na to nie poradzę, że mam w sobie coś z pseudo hipstera. Ostatnimi czasy zaprzestałam nawet śledzenia [daremnych] poczynań Willa Grahama i- choć powinnam czuć odrazę w scenach konsumpcji posiłków przygotowanych przez dr Lectera, miałam tylko ochotę przyrządzić sobie kolejną kanapkę…Ale dość o mnie, czas przejść do gwoździa dzisiejszego programu, czyli filmu Chan-wook Parka: południowokoreańskiego reżysera i scenarzysty, którego twórczość powinnam już dawno mieć za sobą. Jak zapewne się domyślacie, nie posiadam zbyt dużej wiedzy odnośnie jego wcześniejszych dokonań, ale miałam nadzieję, że nie przeszkodzi mi to w odbiorze dzieła. Czy miałam rację, trudno mi w tej chwili spekulować, ale pewna jestem jednego: „Stoker” to stuprocentowa rozrywka dla oczu.

       Azjaci mają chyba słabość w obsadzaniu kruchych i delikatnych fizycznie bohaterek w roli niepokornych dusz- tudzież takich, które kojarzą się ze stylistyką kina grozy. Nie inaczej dzieje się w „Stokerze” [produkcji, tym razem nie skalanej dziwnym tłumaczeniem]- filmie, który główną oś produkcji wspiera na barkach młodziutkiej, bladolicej Indii Stoker, przyzwoicie zagranej przez Mię Wasikowską. India nie wygląda na typową duszę towarzystwa-woli hasać po konarach w poszukiwaniu urodzinowych prezentów i za nic ma sobie utarte konwenanse. Dlaczego? Ano może z tego prostego powodu, że w dniu tak zwanej osiemnastki dowiaduje się, że jej ojciec-Richard Stoker, ginie w wypadku samochodowym. Sytuacja jest o tyle niepokojąca, że India miała swego rodziciela za kogoś w rodzaju pokrewnej duszy: rozumieli się bez słów, a dziewczyna przede wszystkim czuła się z nim bezpieczna. W chwili pogrzebu, India dowiaduje się od matki, że na stypie pojawił się wuj Charlie (albo stryj): osobnik, którego istnienie przez cały czas było przed nią zatajone. Panna Stoker nie tylko więc czuje się skołowana przedwczesnym zgonem ojca, ale również zdziwi ją fakt, że wujek- wyskakując niczym Filip z konopi, od razu zapragnie się z nią zaprzyjaźnić. Ów problem będzie tu rzecz jasna punktem zapalnym fabuły, rozwijającym klatka po klatce rodzinne sekrety.

Zacznę od tego, że do filmu zachęcił mnie ciekawy trailer. Psychopatyczne spojrzenie Matthew Goode’a- jak i frapujące urywki,  powiedziały mi, że przynajmniej nie zawiodę się w kwestii aktorstwa. I tak też było. Jako uncle Charlie, Goode okazał się przyciągającym ogniwem, długo trzymającym akcję w ryzach. W pierwszych minutach seansu, złapałam się nawet na tym, że zaczęłam myśleć coś w stylu: ‚Ciekawe o co tu tak właściwie chodzi’. I choć nie brzmi to jak szczególny komplement, w tym dziele spełnia tę rolę. Bo już w chwili, gdy Charlie Stoker [prawie wszyscy noszą to samo nazwisko gwoli ścisłości] postanawia się zatrzymać w posiadłości Indii i jej matki Evelyn, odczuwamy pewną nutkę niepokoju: wszak nawet ciotka Stoker dość dziwnie zareaguje na widok ‚wujaszka’ (członkowie pogrzebu ograniczyli się do prostego „Nie wiedziałem/am, że Richard miał brata”). Charlie będzie więc nie tylko kalką ‚filmowego przystojniaka z tajemnicą’, który pojawia się znikąd, ale przede wszystkim zakamuflowanym manipulantem, aka socjopatą: co raz się śmieje i komplementuje, by za moment przywdziać inną maskę. Nie trzeba chyba dodawać, że kolejnym motorem podkręcającym napięcie, jest dość wyraźna- by nie powiedzieć chora obsesja Charlie’go na punkcie Indii: który wie o siostrzenicy więcej, niż jest to moralnie dozwolone. Wszystko to widać w drobnych gestach i symbolach ([spoiler] flirtowanie Charliego z matką Indii [/koniec]), a zwłaszcza w kluczowej dla wydarzeń scenie gry na fortepianie- która jest moją ulubioną.
Ok, no więc trochę posłodziłam Matthewo’wi Goode, a co z resztą? Nicole Kidman choć kiedyś należała do grona moich ulubionych aktorek w tym dziele niespecjalnie mnie powaliła. Być może wiąże się to z moją niechęcią do jej ograniczonej mimiki- spowodowanej wiadomymi czynnikami, ale w każdym razie: ni mnie ziębiła ni grzała. O dziwo z Mią Wasikowską było zupełnie inaczej, chociaż obawiałam się, że zobaczę powtórkę z „Alicji” Burtona/Disney’a. Była wycofaną obserwatorką, pełną licznych sprzeczności: w jednej chwili niewinną, a i kiedy trzeba brutalną, Niektórzy pisali w swoich recenzjach, że Mia snuje się przez pół filmu bez wyrazu (być może Klapserka, ale to nie znaczy, że mam coś do jej opinii-> po prostu to zapamiętałam), ale dla mnie był to po prostu inny rodzaj cierpienia, wewnętrznego cierpienia. Izolacja, która nie polega na waleniu ‚fuckami’ na prawo i lewo, tylko całkowity marazm połączony z gigantycznym dystansem. Bo zdając sobie sprawę z natury Indii-zwłaszcza po seansie, wcale nie dziwi mnie fakt, że wolała odcinać się od reszty, czując, że zabrakło jej mentalnego oparcia. I tak, ono się mówiąc prostolinijnie pojawi, ale czy w ten sposób, jak wygląda to w typowej obyczajówce? Oczywiście nie.

[gigantyczne spoilery] „Stoker” to po części film o dorastaniu (weźmy tę zmianę butów ‚oksfordek’ na dojrzałe, kobiecie szpilki), a po części thriller-drama o poszukiwaniu swojej tożsamości. Jest to również bazowanie na słynnym motywie, który często pojawia się w dyskusjach odnośnie dzieła. Pewnie powinnam od razu się domyślić, że chodzi o współczesny wampiryzm, bądź zabawę w skojarzenie z książką Brama Stokera: „Dracula”. Dowód? India już na samym początku akcji mówi o swym wyczulonym słuchu, wyostrzonych zmysłach-czy słyszeniu ‚głosów’, a po chwili dochodzi również sentyment, by nie powiedzieć jej fascynacja krwią i śmiercią (ugryzienie chłopaka podczas całowania, masturbacja po dokonaniu pierwszej zbrodni). India tak jak i Charlie krwawe gody rozpoczynali głównie w nocy, a gdy było ciepło, mieli na sobie przeciwsłoneczne okulary. Pojawiają się tu również skojarzenia z „Dexterem”- biorąc pod uwagę polowania Indii z ojcem i to, jaki był ostateczny wybór bohaterki. [/koniec]

Produkcja Chan-wook Parka jest niezwykle malownicza. Wszystkie elementy techniczne, począwszy od wystudiowanego plakatu, na napisach kończąc, ocierają się o wizualny perfekcjonizm. Detaliści po seansie powinni poczuć się jak ryba w wodzie. „Stoker” sprawia zatem wrażenie filmowej koronkowej roboty, która jest przygaszonym krajobrazem nierealnym, mimo elementów współczesnych. Ów gotycki dom przypomina momentami siedzibę duchów, albo miejsca, gdzie dzieją się straszne rzeczy niczym w „American Horror Story”. Nasze oko sycą nawet ułożone owalne głazy, miejsce gdzie India siedzi na drzewie, czy też jej ubrania- które są nawiasem mówiąc bardzo, ale to bardzo czyste (bądź vintage). Zdjęcia kradną powiew wiatru smagającego włos Indii, a te szepty i fragmenty- które, choć mogą przyprawiać o negatywne odczucia, w kadrach nie dają o sobie zapomnieć. Tak zwana martwa natura z czaszką.
Co jest zatem największym minusem dzieła? Wygląda na to, że jednak scenariusz. Po godzinie „Stoker” jest już bardziej stalkerem– niknie gdzieś ciekawość i dynamizm, a na pierwszy plan wypływa nuda, biorąc na tapetę dość utarte schematy. I choć może się wydawać, że nie warto zawracać sobie tym [tytułem] głowy, broni się on wyżej wspomnianymi przeze mnie czynnikami (pozwoliłam sobie pominąć fakt, że autorem scriptu jest Wentworth Milller; a nie, jednak wygadałam).

Zatem słowem końcowym: wszystko zależy od osobistych preferencji. Mi się „Stoker” podobał. Ot, bez szału, ale i w porządku, na dodatek ma całkiem interesujące utwory autorstwa Clinta Mansella-> a ja polubiłam to, co brzmiało już na napisach.

 

Krwawe zwycięstwo?

   Nie byłam przekonana, czy „House of cards” to moja bajka. Bo mimo tych pozytywnych opinii, czy słynnych nazwisk, poruszana w nim tematyka wciąż kazała mi dać sobie spokój. Ekspertką w sprawach establishmentu również nie jestem, a mój mechanizm obronny w obliczu frazy ‘rząd’ wciąż przywoływał negatywne skojarzenia. Również słownictwo specjalistyczne, (skądkolwiek by nie pochodziło) stanowiło wyraźny opornik w wykorzystaniu mej angielszczyzny. Stąd właśnie postanowiłam trochę przeczekać i zdać się na tłumaczenie. No trudno, nigdy nie byłam na tyle wybitna, by brać się za serial bez lekkiego wsparcia. Ale przynajmniej poczułam się zorientowana.
    Każdy wie, że brnięcie w bagno zwane polityką, kończy się pochłonięciem w jej cuchnących odmętach. Jak jednak oprzeć się pokusie władzy, gdy można poczuć ją w swoich rękach? Fincher i spółka zaprasza nas  do śledzenia tej niepowstrzymanej machiny od jej zalążka. Z pomocą głównego bohatera odwiedzimy zakamarki najwyższych federalnych stanowisk, z kongresmenami i sekretarzami staniu na czele. W tych chwilach człowiek dopiero zda sobie sprawę, że działania państwowych organów o których wiemy-i którymi karmią nas media(równie nieobiektywne nawiasem mówiąc), są li i jedynie wierzchołkiem góry lodowej, tworzącej się za zamkniętymi drzwiami.
      Poznajcie Francisa Underwooda- mężczyznę z ambicjami, któremu obiecano intratną posadę. Jednak słowo przyrzeczone nie zawsze oznacza spełnione, więc Francis będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę rozczarowania. Wybrano nowego prezydenta, stanowisko sekretarza stanu nie dla niego, więc dalej utknie w Kongresie, by odwalać kawał roboty. Bowiem Francis wraz z swoim zapleczem ma niespełna 100 dni na stworzenie i przeforsowanie ustawy o edukacji. Dlaczego akurat takiej? Bo, jak słusznie zauważyła jedna z bohaterek: imigracja jest zbyt kontrowersyjna, a reformy podatkowe za mało sexy. Czy jednak Francis tak łatwo się podda i pozwoli zepchnąć na polityczny margines? W żadnym wypadku. Zatem gra rozpoczęta. A do niej będą potrzebne pionki.
         Zwolnienia, dotacje, awans. Słowa które nie są nam obce, są tutaj pełne ułudy i mocnych zdarzeń. „House of Cards” zatem balansuje między korupcją/pieniędzmi, seksem i ułomnością. Underwood to człowiek zdolny wykorzystać każdą, najmniejszą nawet słabość by dostać to, na czym mu zależy. Nie cofnie się przed niczym, bo poznał uroki porażki. Jest zatem drzewem pewnie osadzonym w środowisku, co pociąga za sznurki ‘mocarnych przedstawicieli’. Jego moralna zgnilizna zarówno odpycha, jak i przyciąga, bo nie da się ukryć, że bez Francisa serial straciłby na wartości. Wystarczy wspomnieć choćby jego zamiary wobec Petera Russo, stosunek do żony, czy poniekąd toksyczna relacja z młodą dziennikarką Zoe Barnes. Mam też wrażenie, że scenarzystom dużo łatwiej skonstruować ambitnego mężczyznę, niż nie w ciemię bitą kobietę. Widać to przede wszystkim w konstrukcji samej Zoe, która albo strasznie irytuje, albo wzbudza chwilowe politowanie. Jej życiowa motywacja wcale nie odbiega od zamiarów miliona innych dziewcząt, a jednak nie ma w sobie kośćca stuprocentowo przekonującego. Szkoda. Tak samo dzieje się w przypadku Claire Underwood, której również nie jestem do końca wstanie rozgryźć.

Kevin Spacey rewelacyjnie wykreował bezwzględność Underwooda, ukrywającą się za pozorną maską stoicyzmu. Zresztą ktoś, kto był tyle lat na arenie wilków, wie doskonale jak rozdawać karty. Frank opanował te triki do perfekcji, co widać już w pierwszych minutach serialu. Jego wewnętrzne przemyślenia (i to jak ‘zajął’ się psem), stanowią kwintesencję charakteru (i strategii) naszego demokraty. Bo przesiąknięty brudami Underwood nie różni się wcale od reszty swych współpracowników. Kto raz się wciągnie, ten albo zostanie na szczycie, albo zamieni się w czyjś podnóżek. My widzimy jego wszystkie twarze: te wyćwiczone i bardziej osobiste. Intrygującym zabiegiem jest również zastosowanie tak zwanego monologu-Francis w chwili, gdy uprawia jedną z politycznych (a raczej psychologicznych) manipulacji, zwraca się bezpośrednio do widza i mówi to, co mu leży na wątrobie („Nie znoszę dzieci. Widzicie, powiedziałem to.”). Dzięki temu widz czuje się w pełni zaangażowany i –czy tego chce czy nie, w jakiś sposób z nim połączony.

   Jeśli mężczyzna jest przysłowiową głową rodziny, to w przypadku Francisa jego szyją jest Claire Underwood- piękna i dystyngowana małżonka, która nie tylko stanowi dlań odpowiednie oparcie, ale gdy trzeba umie wziąć sprawy w swoje ręce.  Nie chce być podziwiana, tylko móc realizować swoje zamiary-a to Francis jest wstanie jej zagwarantować. Podejście Claire do długoletniego związku jest, co by nie mówić niesztampowe (przykład: rozmowa po tym jak Francis nie wraca na noc) . Wie doskonale co Underwood robi(ł), a mimo to trzyma się za nim jak ta statua. Można też odnieść wrażenie, że zaczęła przejawiać jego niektóre cechy. Zresztą wizualnie Claire również jest bardzo szacownym dodatkiem: jej skrojone fasony sukni i tak zwana prosta elegancja są totalnie w moim guście.
     A teraz najtrudniejsze. Wydawało mi się, że HoC wreszcie dołączy do grona zaszczytnych arcydzieł w mym skromnym zestawieniu [seriali], ale niestety-choć pierwsze 4 odcinki wyglądały niczym ciepłe słońce w szare dni, okazały się tylko utuczoną zachętą. Dlaczego? Bo środkowe epizody zaliczają wyraźny spadek formy. Nie twierdzę, że mam do czynienia z równia pochyłą, ale jednak-powyższy tytuł to dzieło tylko bardzo dobre, bądź rewelacyjnie. Czuć częstą zmianę reżyserki i to wydaje się być najsłabszym elementem serii. Gdyby Fincher brał się za to od początku do końca, mielibyśmy do czynienia z formą spójną, a nie przeciągniętą w nieodpowiednich/nieistotnych momentach. Tak się wyżalam dlatego, że z początku miałam nadzieję, że w reszcie coś powaliło mnie na kolana. A tu miałam styczność z lekko zachwianym preludium. Preludium do nowego sezonu, ma się rozumieć.
      Technicznie serial prezentuje poziom czysty jak łza. Mamy więc perfekcyjne kadrowanie, dobre zdjęcia, a nawet znośną czołówkę: trochę trąbki, trochę werbli i bijący z nich niepokój, który wiąże się z zamysłem dzieła. Nic bowiem nie jest tu stałe-stanowiska państwowe zmieniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a siła to nie stan reprezentatywny-bo zwykle są nimi figuranci. Obsada to kolosalny (by nie powiedzieć mega wielki plus), który rzutuje na odbiór całości. Kevin Spacey po raz 99 udowodnił swoją wysoką klasę, a co za tym idzie elastyczność. Zresztą-nie zapomnę tego fragmentu z Inside the Actor’s Studio, w którym udawał Ala Pacino. Coś świetnego. Miło jest też ponownie powitać Robin Wright oraz nazwisko Mara [widziałam z nią wcześniej tylko „American Horror Story”], na myśl przywodzące wcześniejszą produkcję Finchera („Girl with the Dragon Tattoo”).

House of Cards” to pozycja obowiązkowa dla fanów Kevina (nie tego samego w domu), wielbicieli dramatów nie tylko politycznych, a przede wszystkim tych, którzy lubią być zaskakiwani tak zwanymi twistami [zdarzeń]. Wszystko to bowiem marność, pogoń za kasą i los, który może się odwrócić-sam, albo z czyjąś konkretną pomocą. 13 odcinków, po 40-50 parę minut jak najbardziej nie będzie stratą czasu. Netflix ma się czym pochwalić.

“A great man once said, everything is about sex. Except sex. Sex is about power.”-Francis Underwood

Where’s my mind?

    Jest takie powiedzenie (możliwe, że je przeinaczyłam): mogę dożyć starości, byleby tylko umysł był sprawny. No właśnie. Co jeśli nasze szare komórki pewnego dnia przestaną współpracować, wypną się do nas tyłem i już nigdy nie wrócą? Możemy nie odczuwać tego ciężkiego momentu, ale nasi znajomi jak najbardziej. Albo raczej najbliżsi. Nigdy nie rozmyślałam nad tym, jak kluczową rolę odgrywa w naszym życiu pamięć. Bo nie mam jej jakoś specjalnie rozwiniętej- jestem typowym wzrokowcem, który pisząc na egzaminie,  wyobraża sobie dane zdanie, na konkretnej notatce [no dobra, może nie zawsze, czasem nawet karteczki nie pomogą]. Zatem nie mam się czym popisać. A największe trudności przynoszą mi imiona nowo poznanych osób, co ulatują mi zaraz z głowy, mimo, że rozpoznaję ich rysy twarzy.  Jakie więc było moje zdziwienie, gdy po seansie „Memento” nie myślałam o niczym innym. Zaprezentowane tam chwyty, przez trwającą ponad 100 minut projekcję, tak zadziałały na moją wyobraźnię, że w pewnym momencie złapałam się na tym, że szukam jakichś zapisków w kieszeni. A to chyba nie może być lepszą reklamą.

         Christopher Nolan lubi grzebać w naszych mózgach. Bada tajniki ludzkich reakcji, dodając do tego swoje alternatywne wizje: takie jak manipulowanie snami i wkradanie się do podświadomości („Incepcja”). Wcześniej jednak wziął na tapetę problem utraty pamięci krótkotrwałej. Jakie bowiem konsekwencje mogą czekać człowieka, który wbrew swojej woli został pozbawiony przyswajaniu krótkich informacji? A przede wszystkim, co może stać się z osobą, nieświadomie skazaną na wieczną niepewność co do tego kim jest, kim była i kim będzie. Niczym dziecko we mgle więc,  porusza się tymi samymi szlakami, nie mogąc odgadnąć ‘co tak właściwie tu robi’. Ja też czasem zadaję sobie to pytanie, ale w trochę innym kontekście [żenująco-filozoficznym].
     Żonglowanie tożsamością. Tak pokrótce opisałbym motor [przekaz?] przewodni filmu. Każdy z nas jest kowalem własnego losu, posiada inne cele, chęci i pragnienia. Dobitnie tę sprawę nakreśla ostatnia scena produkcji, dająca niezłego kopa po tym,  czego się spodziewaliśmy (lub nie). Oczywiście, znajdą się i tacy, którzy stwierdzą, że przewidzieli wszystko już na początku, ale ja- należąc do szczęśliwych przedstawicieli wolnych interpretatorów [piszących to co oczywiste], cieszę się, że zostałam przyjemnie zaskoczona. Właśnie to bardzo podoba mi się u Nolana, że ukazuje coś w kilku odmiennych perspektywach tak, że możemy kogoś z miejsca zdyskredytować, a potem ujrzeć nieznane nam dotąd oblicze bohaterki/bohatera i powiedzieć do siebie ‘O ja’.  Widać, że ów pan od początku robił coś w takim, a nie innym kierunku [ambitne kino akcji]. Jedni uważają go za króla mainstreamu, a dla mnie będzie po prostu człowiekiem z ciekawymi pomysłami. A ta rzecz- czyli kreatywność ma u mnie ogromne znaczenie, jeśli chodzi o odbiór dowolnego dzieła.

Oglądając „Memento” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w obsadzie brakuje mi Brada Pitta [Leonard miał włosy przefarbowane na blond-jeden szczególik, a jak wpływa na całość]. Po czym spoglądam na ciekawostki i ‘ta dam!’- okazało się, że był zainteresowany podjęciem głównej roli. Względy technicznie mu jednak na to nie pozwoliły i tak na ekranie zaświtał nam Guy Pearce. Nie mam zbyt dużej wiedzy odnośnie jego filmografii, ale przyznam się, że w pierwszych minutach mnie nie przekonał. O wiele mocniej widzę go w partiach złych do szpiku kości psychopatów-czego dowodem jest chociażby mój wpis na temat „Lawless”. Lecz, pomimo wcześniejszych uprzedzeń, dałam się wciągnąć w samą fabułę i nie nosiłam się już z tym problemem.  Pearce świetnie oddał zagubienie pomieszane z determinacją i szaleństwem swojego bohatera. Ale kim on właściwie jest? Tego wszak nie wie sam.

     Leonard Shelby pamięta wszystko, co działo się przed wypadkiem. Jednak zdarzenia po tym, jak ktoś zamordował i dokonał gwałtu na jego żonie, to dlań zamazany rozdział. Shelby cierpi więc na dość nietypową przypadłość- taką, o której opowiada każdemu. Kłopot polega na tym, że nie wie, iż 15 minut temu o niej wspominał. Leonard więc stał się podwójną ofiarą oprawcy- nie tylko stracił kobietę, którą kochał, ale również pamięć krótkotrwałą. I choć w kontekście „Gdzie jest Nemo” może się to wydawać całkiem zabawne (albo mam dziwne poczucie humoru), dla naszego bohatera stanowi to istny dramat, z którym zmaga się każdego dnia. Tu jednak chodzi nie tylko  o samą żmudną egzystencję, ale dorwanie sprawcy powyższego czynu: niejakiego Johna G. Jak jednak Leonard ma dokonać sprawiedliwości, gdy nie kojarzy faktów sprzed paru sekund? Ułatwia mu to proces powiązanych reakcji, które wypracował sobie, po byłym kliencie ubezpieczeniowym: Sammym Jankinsie. On również padł ofiarą tego powikłania, ale nie dane mu było znaleźć pomocy na wymyślenie systemu. Leonard więc fotografuje polaroidem obiekty i osoby, podpisując pod nimi ważne informacje markerem, a sprawy, które są dla niego najważniejsze tatuuje sobie na ciele. Czy jednak chodzi o tę jedną kwestię, czyli zemstę? A może o coś więcej?

     Reżyser za pomocą ostatniego wydarzenia, cofa się do wcześniejszych, istotnych momentów wyjaśniających zagadkę filmu. Jest to niezwykle intrygujący zabieg, bo wymaga od widza całkowitego skupienia. Przed naszymi oczami przewija się zatem feeria wydarzeń, które zostają wytłumaczone poprzednimi. Dzięki temu, choć czujemy się równie zagubieni co nasz bohater, otrzymujemy przekrój nie tylko przez jego bolączki, ale również osoby, które wpłyną na dalsze losy. Zatem prócz właściciela hotelu, co nie omieszkał podbić czynsz za pokój Leonarda, spotkamy również niejakiego Teddy’ego- mężczyznę podającego się za przyjaciela Shelby’ego, starającego się wybić mu z głowy całe to poszukiwanie. Znajdzie się tu też miejsce dla Natalie-dziewczyny dilera prowadzącej bar, którą łączy z Leonardem strata bliskiej osoby. I tak właśnie rozpoczyna się kołowanie zasadami, które co rusz ulegają zmianom. Bo razem z nimi widzimy, co może dziać się z człowiekiem takim jak Shelby- nie mówiąc o ludziach, którzy z nim się zetknęli. Nie trzeba być wielkim filozofem by stwierdzić, że jego kłopot może stać się dla kogoś powodem do manipulacji. No bo skoro on nie pamięta, to właściwie czemu tego nie wykorzystać dla własnych interesów? Lecz Leonard też nie jest [aż tak bardzo] w ciemię bity-choć nie do końca wie (albo raczej my nie wiemy) czemu rozmawia przez telefon z kimś z zewnątrz, skoro nie prosił o kierowanie połączeń w hotelu.

    Kamera w chaotyczny sposób przedstawia każdy wycinek z pamięci Leonarda, szatkując fabułę na fragmenty w których wszystko widzimy ‘od tyłu’ i gdy odbywa on konwersację z nieznanym jegomościem przez słuchawkę- na czarno-białym tle. Scenariusz to ogromny atut dzieła-to nie ulega wątpliwości. Żeby stworzyć tak spójny ciąg zdarzeń, trzeba mieć konkretną ideę, choć nie ukrywam, że pewne momenty wydawały mi się dość przeciągnięte. Wśród akcji występują też tak zwane przebłyski pamięci-a więc chwile, gdy Leonard znów wspomina żonę zawiniętą w folię (znów to skojarzenie z „Twin Peaks”- no ile można?) i Sammy’ego. Można też odnieść wrażenie, że Shelby traktuje przypadłość jako [pewnego rodzaju] karę za to, jak jego firma (ubezpieczenia) potraktowała problem Sammy’ego. Jednak nie zapominajmy, że to, co widzimy z początku, może okazać się zaskoczeniem. Na przykład w przypadku Natalie i sytuacji, gdy przychodzi do domu ze śladem na ustach. Albo wtedy, gdy widzimy Sammy’ego [możliwy SPOILER] na fotelu w zakładzie-w pewnej chwili widać na nim zupełnie inną postać [/koniec].

       Niezwykłe jest jak ciepła pogoda może negatywnie wpływać na odbiór projekcji. W porównaniu do tej paskudnej zimy za oknami, chciałoby się wyjść do miejsc, które widzimy w kadrach. Ale nie da się ukryć, że wszystko jest złudne-również to słoneczko podczas dochodzenia Lenny’ego. Zatem świat, mimo zachęcającej otoczki również kryje swoje koszmary. „Memento” jest więc czymś na kształt frapującej opowiastki z domieszką psychologii, thrillera i kryminału. Ten gatunkowy miks jak najbardziej mi odpowiada. A teraz kilka słów o obsadzie. Nie ma co owijać w bawełnę-Guy Perace odgrywał tu pierwsze skrzypce i wspaniale wywiązał się z niełatwego zadania. Ukazanie gamy emocji, towarzyszących poczynaniom Leonarda wymagało dużego warsztatu i charyzmy, co oczywiście się powiodło. Bo moje wcześniejsze malkontenctwo po paru minutach się rozmyło-choć nadal uważam, że Brad Pitt równie zacnie by się zaprezentował (nie z powodu li i jedynie wyglądu rzecz jasna). Podobała mi się również kreacja Carrie-Anne Moss, która wchłonięta przez świat „Matrixa” teraz zniknęła gdzieś z pola widzenia.

Zdanko wieńczące? „Memento” to pozycja raczej obowiązkowa dla kinomanów i fanów dobrych pomysłów. Zresztą co ja tam gadam-pewnie i tak już je zobaczyliście [wyciąga żakiet, w poszukiwaniu fotek i skrawków papieru]…

Ps. W filmie występuje charakterystyczny motyw muzyczny. Klimatyczny i rozbijający na atomy.

Wszystko, tylko nie ta przeklęta Brugia.

    Wkurza mnie Colin Farrell. Nie dlatego, że spotykał się z jedną z polskich aktorek, a jego włosy wyglądają, jakby od miesięcy nie widziały prysznica. Tylko dlatego, że zwykle fatalnie dobiera scenariusze, co kończy się prezentowaniem jednego wyrazu twarzy przez cały seans (a to raczej nie należy do przyjemnej rozrywki). Oczywiście, jak to bywa u skrajnie przereklamowanych gwiazdorów, czasem zdarza mu się wykrzesać pokłady talentu. I to właśnie zaprezentował u Martina McDonagha, w osławionym „In Bruges”. No, ale gdzie to właściwie jest? Zdaje się, że w Belgii.
   „Wyp******** z Londynu”- w ten miły sposób, dwaj kilerzy, zostali zaproszeni na przymusowe wakacje w Brugii. Ken i Ray (bo o nich mowa), swoją  ostatnią akcję spełnili dość niefortunnie-a cała sprawa odbiła się na nich w wyraźny sposób. Można też odnieść wrażenie, że Ray przechodzi jakąś traumę- ma wiecznie ściągnięte brwi, boi się uczestniczyć w wędrownym rejsie i nerwowo się wypowiada. Faktem jest, że nie polubił przebywania w tej mieścinie. Jednak, na złość Rayowi, Ken wręcz ubóstwia wszystko co się tam znajduje: średniowieczne klimaty, historyczne nowinki, no i zwiedzanie- mnóstwo zwiedzania, nawet tam, gdzie niektórzy woleliby siedzieć na ławce i popstrykać się z grubymi turystami. Jeśli już o grubych turystach mowa, to Ray, mimo, że dostał wyraźny zakaz zwracania na siebie uwagi, wiecznie pakuje się w kłopoty. Również w Brugii. Bo oto podczas jednej z przechadzek, poznaje tajemniczą Chloe, zaprzyjaźnia się z grającym w filmie karłem i wpada po uszy w niezamierzone potyczki. Tak więc, nie dość, ze nie przepada za p*********Brugią, to jeszcze p*********Brugia nie przepada za nim. Ale czy na pewno?
  Sformułowanie słodko-gorzki idealnie pasuje do podsumowania całej produkcji. Bo tu dowcipu jest co nie miara, co prawda tego wulgarnego, ale i niegłupiego. Bo ich sytuacyjne nagromadzenie jest po prostu dobre. Dlatego można śmiać się zarówno z dialogu Harry’ego i Kena na temat walorów kulturowych Brugii, jak i wiecznych utyskiwań Raya-który, prócz obsesji na punkcie karłów [i ich częstego samobójstwa], nie omieszkuje również czepiać się innych rzeczy (np. mężczyzny przeklinającego w restauracji, czy pominięcia Wietnamczyków w wojnie białych przeciwko czarnym). Ray to postać chronicznie spanikowana, zresztą nie bez powodu, jeśli wnikniemy w jego najgorsze wspomnienia. Właduje ślepaki w natarczywego skinheada, ale będzie płakać na widok dzieciaków bawiących się w parku. Jest skazany na klęskę, obarczając całą winą to przeklęte miasto. Ale Brugia jest tylko motorem przewodnim do metaforycznego czyśćca. Czyśćca Raya, ma się rozumieć.
  Dramaturgia całej historii polega na przeplataniu konwencji. Ta zabawa, choć ryzykowna sprawia się tu przyzwoicie. Nie bez powodu więc Ray droczy się w pubie z karłem, częstuje go działką, a potem daje mu porcję swoich możliwości w karate. I tak dzieje się praktycznie przez cały seans- nawet Harry, który pofatyguje się do swoich podwładnych, będzie częściej prawić o tym, co niekoniecznie związane z użyciem pistoletu. Bo tak właściwie, to zlecił Kenowi zlikwidowanie Raya. Ale czy ta sprawa będzie miała swój nie-happy end, musicie zobaczyć już sami.
   Co mi się podoba to fakt, że w tej produkcji nie ma postaci krystalicznych. Harry to bydle w czystej postaci, Ken i Ray też coś przeskrobali, a Chloe nie bez kozery zadawała się wcześniej z szemranym chłopakiem. No i jest jeszcze szacowny pan karzeł i właścicielka hotelu- która pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie. Myślę, że nie bez powodu. Bo jej funkcja (jak i reszty postaci, które spotkał Ray), ma na celu zgłębić jego skołatana osobę. I właśnie z tego powodu nasz bohater nie będzie wstanie ani popełnić samobójstwa, ani opuścić tytułowej Brugii. Dlaczego? Myślę, że odpowiedź nasuwa nam sam reżyser, prezentując jeden z obrazów, któremu przyglądają się panowie w galerii sztuki. Sąd ostateczny. I miejsce, które nie jest ani niebem, ani piekłem. Czyli ta cholerna Brugia.
Oczywiście taka droga interpretacji jest jedną z wielu, ale nie ukrywam, że na to składa się kilka nadnaturalnych sytuacji: skok z wieży, poprzedzony praktycznym wykrwawieniem, kilka pocisków, po których nadal ktoś żyje i inne tego typu rzeczy. Fakt, że Ray w końcowym monologu stwierdził, że jednak chce żyć wiele mówi o całym zamyśle filmu. Taka mini-parabola, mini-czarna komedia i wszystko po trochu.
    Zapomnieć o fantastycznym tle fabuły, to jak pominąć Jacka Nicholsona w „Locie nad kukułczym gniazdem”. „In Bruges” jest zatem uroczą pocztówką dla belgijskiego miasteczka Europy, pełnego plastycznych widoków, przykuwających kamieniczek i skutych tajemnicą mostów. Ponoć nawet wspomniana przeze mnie wieża, zawiera w sobie cytaty z produkcji. Tak więc, choćby z tego powodu, chętnie bym się tam wybrała.
   Colin Farrell w roli Raya jest nastrojowy. Momentami irytuje swoim paranoicznym zachowaniem (i szukaniem przysłowiowego guza), ale widać w nim również pokłady empatii i chęć zmiany stylu życia. Stoi  w częściowej opozycji do postaci Harry’ego, w którego wcielił się Ralph Fiennes. Fiennes, mimo, że nie pojawia się zbyt często, samym głosem w słuchawce potrafi wzbudzić odpowiednie emocje. Wiem, że aktor z niego uniwersalny, ale po raz kolejny udowodnił, że partie złych kolesi wychodzą mu rewelacyjnie (a co najlepsze, jego postać jest zupełnie inna, niż np. taki Dennis Cleg w „Pająku”). Na uwagę zasługuje również Brendan Gleeson, występujący jako zrównoważony amator turystyki, Ken. Muzycznie sprawa przedstawia się dość ciekawe: nuty stricte klasyczne, balansują razem ze smutną i wesołą sytuacją, co podkreśla zmiksowaną formę gatunku. No i tematyka. Tematyka oczyszczenia, wyborów, moralności- sprawy, które choć tyle razy już słyszeliśmy, nabierają równie ważnego sensu w środowisku płatnych morderców.
    „In Bruges” to dla mnie naprawdę pozytywne zaskoczenie. Nie tylko dlatego, że pozwoliło mi inaczej spojrzeć na pewnego aktora, ale również z tego powodu, że jest całkiem niekonwencjonalną i oryginalną w przekazie produkcją.

California dreamin’.

Współczesne patologie w wersji hard,soft (bądź takie których nie widać gołym okiem) dzieją się za naszymi plecami non stop. Ale żeby opowiedzieć o nich bez zbędnego moralizatorstwa trzeba umieć wyczuć zarówno wrażliwość widza jak i prezentowaną sytuację. Dzięki mojej cierpliwości i fakcie, że nie ocenia się wszystkiego po jednym seansie (bo przykładowo akurat miałaś/eś zły nastrój) udało mi się jeszcze raz na spokojnie obejrzeć „Fish tank”. I tu, sama się sobie dziwiąc, wkręciłam się bez reszty w opowiadaną historię, pozostając pod koniec z wyrazem zaskoczenia na twarzy.

    Bawiąc się w przykładnego recenzenta (którym chlip,chlip nie jestem) powiem, że fabuła koncentruje się na losach 15-letniej Mii (Katie Jarvis), żyjącej w jednym z brytyjskich blokowisk. Mia jest trochę narwaną, powiedzmy, że dojrzałą na swój wiek dziewczyną, szukającą guza na każdym kroku. Jest agresywna, bo tylko w ten sposób radzi sobie z przerastającymi ją emocjami. Mia nie ma przyjaciół, codzienne szwęda się po opuszczonych rewirach, a najchętniej uciekłaby pewnie w siną dal. Jej matka (Kierston Wareing) bowiem swoje dziecię (i drugie młodsze) prędzej oddałaby do domu opieki, woląc spędzać czas na tym co najlepiej jej wychodzi- czyli piciu i sypianiu z gachami. Ponieważ nikt nie nauczył naszej młodej bohaterki wyrażać uczuć w sposób subtelny, Mia resztę swoich problemów odreagowuje za pomocą tańca. Pewnego pięknego poranka, napotyka nowego faceta matki, Connora (Michael Fassbender). Connor nie tylko, że wydaje się być uprzejmy dla dziewczyny (ignorując przy tym jej wulgarny mechanizm obronny), to jeszcze zachęca ją do pogłębiania swojego hobby i namawia, by wzięła udział w konkursie tańca. Mało tego- pożycza jej nawet kamerę i zabiera resztę familii na wycieczki, niczym nowy, przyszywany ojciec. Wszystko brzmi niczym opowiastka ze snu, ale wkrótce kolejne minuty filmu sprowadzą nas do brutalnej rzeczywistości, a Mii, załapanej w tytułowe akwarium ciężko będzie po tym wszystkim ruszyć dalej, by zwyczajnie nie utonąć.

Że „Fish tank” jest przykrym studium wycinku społeczeństwa nie trzeba chyba mówić, ale z drugiej strony dawno nie spotkałam się z dziełem, które dosłownie wali nam w twarz jakąś cholernie smutną historię i karze przypatrywać się z pozycji biernego obserwatora. Masakryczny przy tym wydaje się być fakt, że Connor (który jest najbardziej nieoczekiwanym motorem zdarzeń) okazał się być…no właśnie kim? Samcem alfa?Zboczeńcem? Człowiekiem lubiącym zabawiać się na dwa fronty? O wiele łatwiej byłoby go oceniać, gdyby od początku prezentował typ ‚zimnego drania’, mającego gdzieś rodzinę Mii. Oczywiście duża w tym zasługa Michaela F., który bardzo szybko wzbudza w tym dziele skrajne emocje. Ogromna pochwała również należy się odtwórczyni głównej roli- bardzo naturalnej w swojej kreacji. Niezwykłe było obserwowanie jej zmian na twarzy, gdy zaczęła coraz mocniej ufać i wierzyć w swoje umiejętności. I tu jest (kolejny) pies pogrzebany. Bo czy naprawdę Mia posiadała tak ogromny talent, czy tylko Connor próbował jej mówić to, co chciała usłyszeć? A co jeśli tej nieodpowiedzialnej matce bardziej na niej zależało?

 Oczywiście nie omieszkam wspomnieć o scenach, które zapadły mi w pamięć. Sama relacja na linii Mia-Connor w bardzo wielu ujęciach odbiegała od czysto przyjacielskich. Nie mam tu jednak na myśli pewnej konkretnej sytuacji (o której wiedzą ci co widzieli), tylko przykładowo ujęcie z wchodzeniem na barana, kładzeniem do łóżka, czy chociażby klapsem.  Motyw z koniem, to taka metafora, którą chyba każdy odczyta- jakoby nasza młoda dorosła przejawiała wyjątkowo skrywaną wrażliwość za skorupą twardej laski. Surowość całej fabuły również jest godna zapamiętania- weźmy chociażby początek filmu, gdzie słychać urywane oddechy Mii. Muzyczna sekwencja „California dreamin”- jakże ironicznie odnosząca się do całej historii, gdzieś jeszcze przemyka się w moim umyśle. No i scena pożegnania Mii z matką- kilka bluzgów i wspólny taniec pożegnalny, który tak wiele mówi o ich przeszłości.

„Fish tank” nie jest dziełem lekkim, fascynująco-oryginalnym, czy dobrym na jesienną depresję, ale z pewnością daje bardzo do myślenia.