No more action.

Właśnie dlatego lubię kino. Mogę wejść do przyciemnionej sali i choć na moment uwierzyć, że to co widzę mogło zdarzyć się naprawdę. Jestem bohaterem, bohaterką i każdym pojedynczym aspektem opowieści, która pozwoli egoistycznie odciąć się od codzienności. Cieszę się, że jest tylu ludzi, którzy podzielają moją pasję i mogą/lubią o niej dyskutować bez zadęcia.

Dziś będzie trochę chaotycznie, a to dlatego, że obejrzałam nietypowy film. Taki, który polubisz, albo wręcz przeciwnie. Od dawna miałam chrapkę na „Holy Motors” Leosa Caraxa- kiedyś Monika wspomniała o jego twórczości w kontekście dzieł Lyncha, czym mnie zainteresowała. Brakuje takich tytułów. Jest ich za mało. Nie chodzi o to, że w każdej ‘ryjącej czaszkę’ produkcji wszystko chwytam, bo to nie prawda- czasem sztuka dla sztuki też jest istotna. Warto więc zebrać wiatr w żagle i polecieć z nurtem w wizję [reżyserskich] fantazji.

Z domu podobnego do statku wychodzi pewien człowiek. Wsiada do limuzyny- prowadzonej przez niejaką Celine, by rozpocząć pracę. Jednak nie jest to żadna ordynarna posada, bo nasz jegomość- co zwie się Oscar, przemierzając paryskie ulice wcieli się w ludzi, będących jego zleceniem. Nie wiemy czemu to robi, ani kim jest pracodawca Oscara, choć może się zdawać, że nasz bohater czuje się dość zagrożony (rozmawiając ze współpracownikiem podkreśla, że muszą zaopatrzyć się w pistolety). Podróż Oscara to przejażdżka przez liczne aspekty życia, nasze bolączki, marzenia i motory. Motory napędzające rzeczywistość.

Film podzielono na dziewięć historii. Każdy segment to odrębna fabuła i zadanie. Pierwszym z nich jest praca żebrzącej staruszki. Oscar zakłada więc starannie przeczesaną perukę i chustkę- a będąc nie do poznania, wychodzi przygarbiony czekając na datek. Jednak mało kto interesuje się starszą panią, śpiesząc się w swoją stronę. Oscar-staruszka drepcząc bezwiednie w tym samym miejscu, mówi o samotności, co wydaje się kwintesencją naszych obaw. Nikt nie chce być opuszczony i ignorowany, a to właśnie się dzieje.

Drugie zlecenie to praca w stroju nurka, choć tak naprawdę dotyczy kaskaderskich popisów [w stylu] motion capture. Oscar spowity w czerń, wchodzi więc do strzeżonego pomieszczenia i rozpoczyna taniec figur wraz z obcą kobietą. Oboje wyginają się niczym postaci z innego wymiaru- co robi wrażenie, dzięki licznej grze świateł. „Tancerze” mają bowiem przyczepione do kostiumów żarówki (bądź inne gadżety), a na tle zamkniętego, zmechanizowanego sześcianu słychać tylko ich. Wolność, spójność i klaustrofobia to jedne z tych rzeczy, które przyszły mi do głowy.

Trzeci temat dotyczy spotkania skrzata z krainą piękna. Tym skrzatem jest rzecz jasna Oscar- z genialną charakteryzacją, będącą miksem baśniowego Leprechauna. Idzie kanałem jak bezdomny, porusza się wręcz pokracznie, nerwowo pali papierosa, a jego tiki podkreślają odrealnienie. Ludzie na widok tego dziwaka w zielonym garniturze są (co najmniej) zszokowani, choć wbrew pozorom nie chodzi tylko o to. Bo zaraz fotograf, robiący zdjęcia modelce na cmentarzu (Eva Mendes), gdy zauważy Oscara zechce uczynić go swoją muzą. Ja osobiście widziałam w tym satyrę na pewien trend i sprzeczność kanonów mody. Jest powtarzanie ‘beautiful, beautiful’, jest bieganie w kółko i pewnie wiele innych. Na tym historia się nie kończy, ale nie będę psuć oglądania.

Co mamy dalej? Rodzinne rozterki, niewolnika akordeonu (cóż za przerywnik), potęgę maskarady i starcie z przeszłością. Interesujące jest również to, że każdy kolejny zamiennik/klient Oscara wygląda do niego łudząco podobnie. Do tego cała produkcja przeplatana jest czarno-białymi fragmentami. Choć kamera idzie non stop za bohaterem- i nie stosuje żadnych ekstrawaganckich technik, wciąż czuje się, jakby wszystko było snem.

Surrealizm. Jedzenie banknotów, pogrywanie z konwencją. Nie trzeba dużo mówić, tu bardziej chodzi o obraz, a co ty widzu z niego wyniesiesz to już twoja sprawa. W filmie znajdują się też niespodziewane zwroty akcji rodem z produkcji Tarantino, więc nie będziemy się nudzić. Dodajmy do tego elementy czarnego humoru i musicalu, a zacznę się zastawiać, czy opisuję tylko jeden film. To tak właściwie produkcja składająca się z wielu różnych dzieł, okraszona dawką artystycznej pochwały… artyzmu. Strasznie dużo tych powtórzeń, ale jakimś cudem pasują.

Czasem zastanawiałam się jakby to było, gdyby każdy z nas mógł choć na chwilę wcielić się w inną osobę. Poznać odmienny punkt widzenia, czy perspektywę życia. Pewnie dlatego tak lubię Rogue z „X-men(ów)”, mającą umiejętność ‘zabierania’ mocy. Z drugiej strony powodowało to, że zatracała swoją tożsamość (co wyraźnie pokazywał jeden z sezonów ‘ewolucji’). Czemu o tym mówię? No bo wydaje mi się, że ludzie tacy jak Oscar to mniej odrealnieni mutanci, przeżywający podobne problemy.

Widać to już w momencie zakończenia kolejnego zadania. Oscar siedzi za stertą ubrań (co momentalnie przypomina cyrk), kaszle, a jego szoferka się niepokoi. Jest jednak coś przygnębiającego w tym szaleńczym tempie życia, pełnym popisów aktorskich bez widowni. Na to narzekać będzie i sam Oscar, a scena rozmowy z pewną postacią [dobitnie] to podkreśla. Teatr życia zdaje się równie męczący po jednej, jak i drugiej stronie ekranu.

Wisienką na torcie jest pochwała kreacji aktorskich. Pisanie, że Denis Lavant jako Oscar okazał się istnym kameleonem nie będzie odkrywcze. Był jak energiczny stwór, pożerający osobowości, za każdym razem tworząc innego siebie od podstaw. Fantastyczna charakteryzacja również ma tu znaczenie. Niby nie winno mnie dziwić, że Lavant ominął się smakiem nagrodą (dostał nominację), ale mimo wszystko szkoda. Ogromnie zaskoczył mnie też występ Kylie Minogue, której z początku nie poznałam. Wygląda na to, że podobna stylistyka jej służy.

Słowem końcowym: jeśli nie przeszkadza wam brak realizmu i niekonwencjonalność obejrzyjcie „Holy Motors”. Czasami warto zaryzykować.

What is it with John Luther and people he loves?

Ostrzegam, mogą pojawić się małe spoilery. Bo nie umiem pisać bez żadnych odniesień.

  Zawsze mi się wydawało, że John Luther to taki Wallander w wersji soft. Bo, choć jego wygląd nie był równie cierpiętniczy, co u bohatera Mankella, trudno stwierdzić, by sprawiał wrażenie człeka szczęśliwego,  bez emocjonalnej skazy. Jedni radzą sobie z pechem za pomocą lampki wina i tłuczenia rzewnych melodii, inni wolą twardo stąpać po ziemi i nadchodzić szybciej, niż burza. W tej drugiej grupie rzecz jasna, miałby znajdować się główny bohater serialu BBC- stacji, która jakiś czas temu wypuściła najnowszy, trzeci sezon. Czekałam z tym oglądaniem, bo najpierw mocno zwlekałam (kogoś jeszcze to dziwi?), ale jak już się wciągnęłam, pochłonęłam tę serię w try miga. I cieszy mnie niezmiernie, że kontynuacja nie tylko utrzymała swój dobry poziom, ale i zostawiła nas z dość interesującym zakończeniem otwartym.
   Znów, po kilkusekundowej [genialnie klimatycznej zresztą] muzycznej sekwencji autorstwa Massive Attack, powracamy do zadymionych przecznic Londynu, w których niebezpieczni przestępcy są równie trudni do namierzenia co niegdyś. W pierwszym i drugim odcinku komisariat zmagać się będzie z mordercą-naśladowcą, lubującym się w rytuałach o charakterze sado-maso. Na kim się wzoruje? Dlaczego to robi? Te proste pytania, to oczywiście punkt podparcia dla rozwinięcia fabuły, która- jak to z „Lutherem” bywa, zgrabnie splata dochodzenie z prywatnymi kłopotami naszego bohatera. Bo oto nie tylko dojdzie tu kolejne, dodatkowe śledztwo, które ktoś koniecznie zapragnie mu wcisnąć. Na karku DCI Johna L. będą też dyszeć ludzie, próbujący wyrównać z nim rachunki. Zatem, po raz kolejny zobaczymy DS Erin Gray, a także dyrygującego akcją (i prawdopodobnie inicjatora pomysłu) DSU George’a Starka, czasowo przywróconego do służby. Oboje-choć z przewagą w stronę męską jeśli chodzi o brak bycia fair, szukają dowodów na wykroczenia, których ich zdaniem dopuścił się John Luther. I, choć wydawać się może, że nie znajdą wielu pobratymców, na ich stronę uda im się przekabacić jednego z policyjnych towarzyszy Johna. Ta narastająca z dnia na dzień szarpanina, robi się coraz bardziej stresująca, w chwili, gdy zakonspirowani gliniarze, postanowią trącić w najczulszą strunę, czyli nachodzenie najbliższych. Co najlepsze, rozwiązanie całej sprawy rozkłada się na wszystkie 4 epizody, więc nie mamy do czynienia ze zbędnym doczepianiem wątków.
   Drugie i równie istotne śledztwo, tyczy się tak zwanego mściciela, który postanowił wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Tom Marwood nie doczekał się adekwatnego wyroku, kiedy gwałciciel i morderca jego żony został zwolniony po odsiedzeniu (tylko!) połowy wyroku. Ten fakt bardzo mocno wpłynął na psychikę Toma, czego dowodem będą coraz częstsze eskapady w celu powybijania najgorszych społecznych mętów. Tylko, że ta [rzekoma] dobra wola szybko zmienia się w nieskoordynowany chaos i przeświadczenie o decydowaniu kto powinien umrzeć. Dobre intencje ekspresowo zmieniają się w szalone intencje, a konsekwencje czynów, prowadzić będą do niezwykle dramatycznych i przykrych wydarzeń. Bo tu nie ma ludzi kuloodpornych, jest krew i ofiary-a i sam mściciel szybko stanie się zaprzeczeniem samego siebie. Posunie się do najbardziej drastycznych i okrutnych metod, by tylko dokonać zemsty, próbując przy tym wypaść dobrze przed kamerami. Tylko jedna osoba jest wstanie powstrzymać Marwooda. Jednak czy da radę, biorąc pod uwagę, ile rzeczy/osób zdążyło się już przeciw niemu obrócić?

Fanom przyśpieszonej akcji serca przypadnie do gustu scena na dachu wieżowca i pościg za wyżej wspomnianym mścicielem. Nie da się też ukryć, że bez Idrisa Elby, serial nie zyskałby tak dużej popularności. Oddał w stu procentach charyzmę i silny charakter Luthera, który za skorupą twardego gliny, kryje wewnętrzne troski- a jej kwintesencją jest obecne mieszkanie komisarza. W chwili gdy Mary-nowo poznana sympatia, wkracza w te nieco zmurszałe pokoje, ma się wrażenie jakby była wśród intymnych wspomnień Johna [nawet policyjny partner Ripley nie był w jego domu, więc o czymś to świadczy]. Portet Zoe wciąż stoi na honorowym miejscu i widzimy pocztówki z różnych zakątków świata. Od razu zorientowałam się kto w ten sposób zaznaczył swoją obecność, ale już nie będę psuć [nikomu] zabawy. Długo też zastanawia ów dodany związek dwojga ludzi na różnych życiowych zakrętach. Bo czy Luther faktycznie szuka tej prawdziwej miłości, czy może tylko namiastki stałego uczucia, które pamiętał będąc z Zoe? A co z samą Mary, która już na starcie stoi na straconej pozycji, zwłaszcza gdy obcy ludzie wciskają jej bez pardonu teczkę z nazwiskiem Johna Luthera? Mało oczywisty jest to element, bo choć został w jakiś sposób dopowiedziany, wciąż pozostaje frapującym zalążkiem.

    Co zaś tyczy się niespodziewanych powrotów, szczęśliwa jestem, że twórcom udało się raz jeszcze złączyć losy Luthera z Alice Morgan. Owszem-mało to romantyczne w prawdziwym życiu, ale ogromną frajdę sprawia oglądanie przestępczyni w wydaniu a la heroina w natarciu. Po raz kolejny pojawia się wtedy, gdy John pakuje się w jakieś tarapaty i nie omieszka przy tym skomentować obecnego związku Luthera (Tinker Bell, seriously? Czemu ja na to wcześniej nie wpadłam). Socjopatyczna morderczyni zyskująca sympatię-tak, tu jest to możliwe, spytajcie widzów. Zdaję sobie też sprawę, że jeden moment wydaje się mocno nieprawdopodobny [scena z drzwiami], ale gdyby wszystko od samego początku opierało się na krzywym realizmie, praktycznie wszyscy bohaterowie (a zwłaszcza Luther) gryźliby piach w mniej lub bardziej spektakularny sposób. Dalej-chemia między Ruth Wilson, a Idrisem Elbą na ekranie jest podana w najbardziej satysfakcjonującym sosie. Bo wspólne przygody- tudzież wzloty i upadki, raz na zawsze splątały ich w nieskoordynowany węzeł uczuć, przypominający coś więcej, niż przyjaźń. Zwieńczeniem tej kwestii jest właśnie epizod na moście, kojarzący się z pierwszymi odcinkami serii. Wreszcie John Luther może pozbyć się tego wyświechtanego płaszcza i ruszyć dalej. A dokąd? Cóż, to już zależy wyłącznie od nas.

Brytyjczycy raz kolejny pokazali, że siła serialu może leżeć w technicznym dopracowaniu, świetnej grze aktorskiej (Złoty Glob chyba nadal coś znaczy), a przede wszystkim jakości historii, która choć nie jest najdłuższa, idealnie wpasowuje się w uniwersum depresyjno-kryminalnego światka, w którym jesteśmy równie bierni, co ci policjanci. Nie zawsze udaje się wszystkiemu zapobiec, nie zawsze też jest się nieomylnym. Plus to jedna z tych produkcji, które ogląda się do ostatnich napisów. Sprytne posunięcie. Trzeci sezon uważam za udany.

 

Amour?

      W czasach, kiedy rządzi pogoń za młodością, powstaje film, poruszający temat niechciany-taki, który próbuje się zamieść pod dywan. Co bowiem czeka każdego z nas-starego, czy młodego, bogatego, lub biednego? Chuda pani z kosą, ostrząca swą protezę na ten jeden moment-moment naszej śmierci. Zatem fakt, że produkcja ceniona na całym świecie, wzbudza skrajne emocje [po skończeniu seansu]  wcale mnie nie dziwi. Wszak „Amour” nie jest dziełem pozytywnym, czy też takim, który z marszu dostanie fanowskie pomniczki (przynajmniej w moim mniemaniu-uważam, że taki tytuł powinien wzbudzać inny rodzaj refleksji).  Nie byłam przekonana, czy jestem gotowa zmierzyć się z tą opowieścią. Bo nie sądzę, by ktoś chciałby znaleźć się na miejscu bohaterów.
      Reżyser za pomocą retrospekcji, wprowadza nas w losy małżeństwa z dużym stażem. Georges i Anne- bo o nich mowa, są emerytowanymi nauczycielami. Poznajemy ich, gdy szykują się na koncert. Wsłuchani w repertuar, wracają do domu, ściskając się za ręce. Jednak kolejne zdarzenia wystawią ich uczucie na ciężką próbę. Bowiem ciało Anne pewnego dnia ulegnie częściowemu paraliżowi, a ona zmuszona będzie jeździć na wózku. Nie trzeba filozofa, by zrozumieć, że dla kogoś kto pamiętał jak się chodzi i siada, konieczność zdania się na całodobową opiekę, będzie trudna do przeżycia.  Zresztą nie tylko Anne coraz gorzej znosić będzie to ograniczenie. Georges, choć wobec małżonki nie daje po sobie poznać, że [powoli] wszystko go przytłacza, w zestawieniu z osobami postronnymi, okaże się równie zdezelowany co ona. Psychicznie ma się rozumieć. Sąsiedzi pytają czy wszystko w porządku, ich dziecko się martwi i przyjeżdża zza granicy, a Georges nie ma ochoty rozmawiać ‘wciąż o tym samym’. Bo tu nie potrzeba zdań: każdy dzień, to kolejne, trudne zmagania, a w dodatku Ann coraz mocniej zaczyna oddalać się od męża. My, niczym ten bierny obserwator, jesteśmy świadkami przerażającej, powolnej agonii. Dlaczego użyłam takiego przymiotnika? Bo to, co widzimy, jest tak rzeczywiste, że aż włazi za skórę. No i oddziałuje na naszą wrażliwość. Człowiek-taki jak Georges, czy Anne, próbuje odsunąć od siebie najgorsze obawy, ale tu nie może. Pomimo miłości.
     Jak zachował/abyś się na miejscu Georges’a? Co byś zrobił/a? Wszak nie bez powodu jego córka Eva, w kulminacyjnym momencie pyta się, co teraz będzie z matką. W chwili, gdy Eva odwiedza dom i chce porozmawiać, jej reakcja na stan Anne (czyli płacz) wyraża więcej niż tysiąc słów. Tu bowiem nie ma fanfarów, czy autorskich nutek, tylko naturalizm naszego morendi.  Wszak krzyk starszej osoby i jej majaki, nie są tym, o czym chętnie się rozprawia. I brak kontaktu z rzeczywistością. To boli najbliższych, zostawiając widza z wieloma pytaniami. O sens życia. Tego,  czy jesteśmy wstanie przedłożyć uczucie nad racjonalizm. I czy możemy wyzbyć się rozpaczy, w chwili, gdy medyczne środki nie są wstanie pomóc tym, na kim nam zależy. A miłość? Występuje pod wieloma postaciami. Jako ta, która odnosi się do naszego hobby (literatura, sztuka), jako stosunek do rodziny i postawa wobec najgorszego.
        Cisza. Minimalizm. Dźwięki świata. Widz słyszy jedynie ćwierkanie za oknem, odgłos domofonu, czy zamykanie drzwi. W pewnym momencie autentycznie wstrzymywałam oddech, by usłyszeć jakikolwiek ruch- przyznaję, wydawało mi się, że ktoś źle puścił film. Jest jeszcze muzyka klasyczna-która dla naszych bohaterów stanowi rzecz istotną: jest ich pasją i przyjemnością, pracą, oraz motorem do przeżyć. Istna kultywacja. Zresztą wiążą z nią pewnie kawał życiorysu. Bo mamy na przykład byłego ucznia, który chętnie odwiedza Anne, ale widząc jej niesprawność, smutno kończy swój list, albo stos regałów, pełnych książek  i rzecz jasna fortepian-miejsce, w którym Georges widuje Anne, oddająca się temu, co kocha. Ciekawy jest ten fragment, bo posiada pewien zwrot.
      No i jeszcze gołąb. Pojawia się dwa razy, wlatując przez okno, a robi to w najmniej spodziewanym momencie. O ile trudno jest mi w tej chwili napisać coś więcej o samym tytule, o tyle wciąż pamiętam tego domorosłego zwierzaka, [SPOILER] którego Georges w pewnym momencie chce zabić [koniec SPOILERA]. Dziwna sprawa. A może celowa? Wszak skrzydła od zawsze kojarzyły się z wolnością, oddechem i duchem. A tu duch zgasł i to bezpowrotnie. I to również chwyta za serce. Tak jak moment protestującej Ann, gdy nie chce przyjmować pokarmu. Zupełnie rozumiem, czemu Akademia wykorzystała akurat ten fragment, wyczytując Rivę wśród kandydatek do Oskara.
      Haneke wieńczy i otwiera historię ujęciem korytarza. Za zamkniętą przestrzenią jesteśmy my-ludzie z głębi sali, którym wolna narracja daje chwilę na ochłonięcie. ¾ scen rozgrywa się jedynie w mieszkaniu małżonków-a, co ważniejsze nie powodują one żadnego znużenia. Nie czułam upływu czasu, bo miałam wrażenie, że coś takiego mogło dziać się naprawdę- na innej ulicy, za jakimś rogiem. I to stanowi siłę tej produkcji- a raczej kina europejskiego, które często stawia trudne tematy i konfunduje widza. Tylko, że kwestia odbioru zawsze będzie problemem: wszak są gusta i guściki, a powyższe dzieło jest na to kolejnym dowodem. Niektórzy bowiem mogą posłużyć się przeważającym,  negatywnym odczuciem na temat zaprezentowanego scenariusza (no bo kto lubi oglądać czyjąś chorobę?), a inni stwierdzą, że autorowi chodziło jedynie [SPOILER] o pochwałę eutanazji [koniec SPOILERA] (-> posługuję się opiniami zaczerpniętymi z forów). Nie mogę zgodzić się z takimi jednoznacznymi ocenami- bo nie traktuję (i nie traktowałam) kina w ten sposób: to, że coś było smutne/nieprzyjemne nie oznacza, że całokształt był zły.
      A teraz aktorzy. Myślę, że nagrody mówią same za siebie. Emmanuell Riva stworzyła postać jak najbardziej przekonującą (a co za tym idzie autentyczną), a jej sceny z udarem należą do najbardziej dramatycznych /najmocniejszych.  Fakt, że wcześniej nie była mi znana, jest dowodem na to, jak wiele przemyka mi między palcami. Nie potrafię jej zestawić z innymi nominowanymi kreacjami, bo to tak, jakby przyrównać rybę i sowę do jednego stada [plus nie widziałam też wszystkich tytułów]. Zupełnie inny gatunek, tak zwane pole do popisu i wyzwanie. Nie jest łatwo zagrać osobę nie mogącą ruszać ręką, której cały świat  przestał jawić się w ciepłych barwach. Zwyczajnie wielkie wow. Jean-Louis Trintignant jest zaś idealnym dopełnieniem dla filmowej partnerki i pozwala zrozumieć wybory [i problemy] swojego bohatera.
  Dobry, ciężki tytuł-tak pokrótce określiłabym dzieło Michaela Haneke. Na jeden z tych wieczorów, gdy chcecie zastanowić się nad sprawami, nadrobić zaległości, albo po prostu sprawdzić, co dla kogoś oznacza słowo miłość.

O pewnej słynnej szwedzkiej powieści słów kilka.

  Chciałam wiedzieć, jak wygląda Mosebacke.

    Tak się jakoś dziwnie złożyło, że lekturę ostatniej części „Millennium” skończyłam dopiero po rocznej przerwie. Czemu do tego doszło, naprawdę nie wiem, ale jestem przekonana, że wpłynęło na to kilka czynników. Po pierwsze: forma czytania. Nie ma to jak standardowa cienka oprawa i szusujące kartki papieru. Wszak nie jest to li i jedynie kwestia zwykłego przyzwyczajenia, ale też funkcjonowania naszych oczu. Bowiem w starciu: ekran kontra makulatura, ta ostatnia zwycięża w przedbiegach, bo tak ukształtowała się moja metoda percepcji. Mogę więc próbować uczyć się z monitora/tabletu/ebooka etc., ale wyjdzie mi to trzy razy gorzej niż w formie standardowej. Jeśli już o ową przywołaną kwestię chodzi, przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa. Kilka tygodni temu moja siostra poszła do kina z koleżankami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że większość dziewczynek w wieku gimnazjalnym wolała iść na produkcję z dubbingiem. Ale nie filmu animowanego, tylko obcojęzycznego, gdzie aktor używa swojego głosu- jednej z najważniejszych umiejętności w tym zawodzie. No i właśnie. Zaczęłam zastanawiać się nad problemem ‘wolę wybrać sztucznie nałożone tembry’, niż być zmuszony/a czytać napisy. Nigdy nie uważałam się za maniaczkę literatury, ale będąc w czwartej klasie podstawówki, nie przeszkadzało mi pójście na oryginalną wersję „Kamienia filozoficznego”.  Stąd właśnie widzicie moje [dość duże] zdziwienie, że takowy kłopot (czyli kłopot z czytaniem) może sprawiać problemy osobom wieku [powiedzmy] 14 lat. Lenistwo? A może coś więcej?
      Odłóżmy jednak na bok te umizgi i przejdźmy do punktu drugiego, czyli: znużenie. Kompletnie nie wkręciłam się w problemy Lisbeth Salander i nie wiem, czy jest to kwestia tego, że czytałam za pomocą elektroniki, czy tego, że mam problemy ze skupieniem. Ale czas mijał, a ja poznawałam uroki innych pisarskich trików (na przykład tego, że przyzwyczaisz się do bohatera, a on za chwilę ginie), więc z powrotem korciło mnie nadrobienie trylogii. I się udało. W przeciągu kilku dni, odcięta [po części bez zgody] od świata, zakończyłam ową kryminalno-dziennikarską opowieść o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet.
     Faktem jest, że Larsson nie pisał tu nie wiadomo jak wyszukanym stylem, ale umiał stworzyć nastrój tajemniczości i ciążącego spisku. Bowiem spisek występuje tu jako krytyka szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości. Choć niekoniecznie- bo nie da się ukryć, że każdy kraj ma swoje mroczniejsze zakamarki, gdy woli poświęcić cywilną jednostkę dla ‘spraw bezpieczeństwa’. Nie ma w tym może nic nowego, ale wcześniej nie spotkałam się z książką, która tak bezpardonowo pisałaby o tej kwestii. Poza tym-wyobrażacie sobie, żeby coś takiego wydano w naszym rodzimym państwie?* Tu, autor musiałby chyba zrobić jeszcze większy rozgardiasz i zaopatrzyć się w naprawdę mocne środki uspokajające. Trafficking. Gwałty. Pornografia. Bestialskie zamykanie w szpitalach psychiatrycznych, w celu ochrony tajnego agenta (w dodatku bydlaka i alkoholika).  Takie rzeczy nie tylko za naszym morzem.
   Media mogą zniszczyć każdego-wszak jeśli doczepią się jakiejś afery, ponosi je wtedy fantazja i tworzą tematy przeróżnej maści. Tak właśnie dzieje się w przypadku głównej bohaterki- która ledwo uchodząc z życiem, w gazetach widnieje jako lesbijka-satanistka, która ćpa i stanowi wroga numer jeden [dla pewnego inspektora, stanowiło to kosmiczne wręcz połączenie] . Tej sprawie nie pomaga również fakt, że Lisbeth jest dość zamknięta w sobie i nie zamierza wejść w dialog z policją. Oczywiście czytelnik wie, co jest przyczyną takiego zachowania, ale odkrywanie tych sekretów na rozprawie, wcale nie psuje radości ze śledzenia fabuły. Wręcz przeciwnie-ostatnie rozdziały to prawdziwa gratka dla maniaków prawnych potyczek, a ja nie odmawiałam sobie komentowania na głos niektórych zdarzeń.  Bardzo dobrym punktem zaczepienia jest zresztą fakt, że Salander była hackerką o niesamowitym umyśle. Dzięki temu strategia, którą w gruncie rzeczy umożliwił [i wymyślił] jej Blomkvist, jest naprawdę zaskakująca (patrz: spotkania w hacker republic), a to, że nie wiemy jak wszystko się potoczy, pozostawia jeszcze większy głód czytelniczy.
          Co oprócz tego? Ano mamy jeszcze [chociażby] intrygujący wątek, związany z Eriką Berger i jej przejściem do SMP- który jest kolejnym kamyczkiem do tezy autora. Kobiety w dzisiejszych czasach nadal są  narażone na prześladowanie: czy to z powodu zazdrosnego świra, uprzykrzającego im życie (wysyłanie maili z pogróżkami, rzucanie cegłą w dom, ośmieszanie), czy z powodu źle działającego prawa. Wszak nie tylko Lisbeth Salander została strasznie skrzywdzona. Weźmy na przykład zabite kobiety w cegielni, którym ktoś wcześniej zaproponował transport do Szwecji (były studentkami), bądź damskiego boksera, któremu za każdym razem uchodziło na sucho. Tych przykładów można by namnażać i namnażać. Ale jedno jest pewne. Autor rzeczowym i nieprzekoloryzowanym tonem uwiarygadnia zaprezentowaną problematykę, sprawiając, że zdarzenia działają na naszą wyobraźnię. Takie coś moglibyśmy zobaczyć w wieczornym programie telewizyjnym.
   Oczywiście są osoby, których zachowanie, czy przypisywane twisty, wyglądają na dalekie od normy. Mam tu na myśli Mikaela Blomkvista i wielokrotnie już wspomnianą Lisbeth. Bo jeśli drobna, czarnowłosa dziewczyna, mierząca tylko metr pięćdziesiąt wzrostu (ponad 20 centymetrów różnicy w odniesieniu do mnie to dość dużo) jest w stanie przywalić łopatą dryblasowi i załatwić paru typów z Sapo/RPS Sak, to jednak trudno nam w to uwierzyć bez wywalenia oczu. Choć nie wyobrażam sobie, by autor nagle uśmiercił tak dopracowanych [charakterologicznie] bohaterów. No i jeszcze raz Blomkvist. Przystojny, miły łamacz niewieścich serc, o mocnym kręgosłupie moralnym, który walczy o sprawę, wydającą się innym za przegraną. Nie da się ukryć, że on i pewna 27-latka, należą do bardziej nadnaturalnych postaci. Bo normalnie, taka dziewczyna po latach obwiązywania pasami w psychiatryku, dawno by się załamała (nie mówiąc już o towarzystwie, które ją tam otaczało), a niejeden mężczyzna rzuciłby w diabły te wszystkie korupcyjno-dziennikarskie problemy, czy niebezpieczne dochodzenia. Trzeba mieć naprawdę dużo ikry, by zadzierać z tajnymi służbami.
     Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na obszerność dzieła. Siedemset parę stron nie tak łatwo jest napisać, a zdaje się, że każda z książek była równie treściwa, co poprzednia. W dzisiejszych czasach, taka ilość kartek wzbudza różne odczucia, bo nie wiem jak wy, ale nie jestem przyzwyczajona, że każde tomiszcze jest na tyle opasłe. Ale nie ma tego złego-wszak większa ilość rozdziałów pozwala nam dłużej rozkoszować się zaprezentowaną historią. Nie to, żebym specjalnie lubiła powieści kryminalne, ale ta jakoś szczególnie mi podeszła. Dlaczego? Bo mimo, że zrezygnowałam z czytania na jakiś rok, wciąż pamiętałam  wątki i nazwiska, których w powieści Larssona nigdy dość nie było. I to może (lub nie może) być dużym atutem tej powieści.
    Słówko na koniec? Jestem bardzo ciekawa, w jaką stronę pójdzie David Fincher przy tworzeniu kolejnej adaptacji (nie remake’u;])-wszak sprawa Zalachenki stanowić będzie dlań twardy orzech do zgryzienia. Nie ukrywam też, że druga część cyklu najmniej mi się podobała-być może działo się zbyt wiele i w zbyt przeszarżowany sposób (ciekawe ile osób na serio przeżyło postrzał w głowę?). No i relacja Lisbeth-Blomkvist w „Zamku  z piasku, który runął” [3 tom]: ostatnie strony raczej mnie nie uradowały, ale może tak miało być. Choć reszty szwedzkich filmów jeszcze nie widziałam i nie wiem jak mają się do ostatniego tomu (z wyjątkiem słynnej pierwszej, ma się rozumieć).
   I tym optymistycznym akcentem wieńczę swoje mętne rozważania, kierując się w stronę półki z książkami.  „Millennium” uważam za odhaczone.
………………………………………………………………………………………………………………………
*Być może istnieje taki tytuł, a ja po prostu o nim nie słyszałam. W końcu wiecie, że ze mnie trochę błoga ignorantka.

California dreamin’.

Współczesne patologie w wersji hard,soft (bądź takie których nie widać gołym okiem) dzieją się za naszymi plecami non stop. Ale żeby opowiedzieć o nich bez zbędnego moralizatorstwa trzeba umieć wyczuć zarówno wrażliwość widza jak i prezentowaną sytuację. Dzięki mojej cierpliwości i fakcie, że nie ocenia się wszystkiego po jednym seansie (bo przykładowo akurat miałaś/eś zły nastrój) udało mi się jeszcze raz na spokojnie obejrzeć „Fish tank”. I tu, sama się sobie dziwiąc, wkręciłam się bez reszty w opowiadaną historię, pozostając pod koniec z wyrazem zaskoczenia na twarzy.

    Bawiąc się w przykładnego recenzenta (którym chlip,chlip nie jestem) powiem, że fabuła koncentruje się na losach 15-letniej Mii (Katie Jarvis), żyjącej w jednym z brytyjskich blokowisk. Mia jest trochę narwaną, powiedzmy, że dojrzałą na swój wiek dziewczyną, szukającą guza na każdym kroku. Jest agresywna, bo tylko w ten sposób radzi sobie z przerastającymi ją emocjami. Mia nie ma przyjaciół, codzienne szwęda się po opuszczonych rewirach, a najchętniej uciekłaby pewnie w siną dal. Jej matka (Kierston Wareing) bowiem swoje dziecię (i drugie młodsze) prędzej oddałaby do domu opieki, woląc spędzać czas na tym co najlepiej jej wychodzi- czyli piciu i sypianiu z gachami. Ponieważ nikt nie nauczył naszej młodej bohaterki wyrażać uczuć w sposób subtelny, Mia resztę swoich problemów odreagowuje za pomocą tańca. Pewnego pięknego poranka, napotyka nowego faceta matki, Connora (Michael Fassbender). Connor nie tylko, że wydaje się być uprzejmy dla dziewczyny (ignorując przy tym jej wulgarny mechanizm obronny), to jeszcze zachęca ją do pogłębiania swojego hobby i namawia, by wzięła udział w konkursie tańca. Mało tego- pożycza jej nawet kamerę i zabiera resztę familii na wycieczki, niczym nowy, przyszywany ojciec. Wszystko brzmi niczym opowiastka ze snu, ale wkrótce kolejne minuty filmu sprowadzą nas do brutalnej rzeczywistości, a Mii, załapanej w tytułowe akwarium ciężko będzie po tym wszystkim ruszyć dalej, by zwyczajnie nie utonąć.

Że „Fish tank” jest przykrym studium wycinku społeczeństwa nie trzeba chyba mówić, ale z drugiej strony dawno nie spotkałam się z dziełem, które dosłownie wali nam w twarz jakąś cholernie smutną historię i karze przypatrywać się z pozycji biernego obserwatora. Masakryczny przy tym wydaje się być fakt, że Connor (który jest najbardziej nieoczekiwanym motorem zdarzeń) okazał się być…no właśnie kim? Samcem alfa?Zboczeńcem? Człowiekiem lubiącym zabawiać się na dwa fronty? O wiele łatwiej byłoby go oceniać, gdyby od początku prezentował typ ‚zimnego drania’, mającego gdzieś rodzinę Mii. Oczywiście duża w tym zasługa Michaela F., który bardzo szybko wzbudza w tym dziele skrajne emocje. Ogromna pochwała również należy się odtwórczyni głównej roli- bardzo naturalnej w swojej kreacji. Niezwykłe było obserwowanie jej zmian na twarzy, gdy zaczęła coraz mocniej ufać i wierzyć w swoje umiejętności. I tu jest (kolejny) pies pogrzebany. Bo czy naprawdę Mia posiadała tak ogromny talent, czy tylko Connor próbował jej mówić to, co chciała usłyszeć? A co jeśli tej nieodpowiedzialnej matce bardziej na niej zależało?

 Oczywiście nie omieszkam wspomnieć o scenach, które zapadły mi w pamięć. Sama relacja na linii Mia-Connor w bardzo wielu ujęciach odbiegała od czysto przyjacielskich. Nie mam tu jednak na myśli pewnej konkretnej sytuacji (o której wiedzą ci co widzieli), tylko przykładowo ujęcie z wchodzeniem na barana, kładzeniem do łóżka, czy chociażby klapsem.  Motyw z koniem, to taka metafora, którą chyba każdy odczyta- jakoby nasza młoda dorosła przejawiała wyjątkowo skrywaną wrażliwość za skorupą twardej laski. Surowość całej fabuły również jest godna zapamiętania- weźmy chociażby początek filmu, gdzie słychać urywane oddechy Mii. Muzyczna sekwencja „California dreamin”- jakże ironicznie odnosząca się do całej historii, gdzieś jeszcze przemyka się w moim umyśle. No i scena pożegnania Mii z matką- kilka bluzgów i wspólny taniec pożegnalny, który tak wiele mówi o ich przeszłości.

„Fish tank” nie jest dziełem lekkim, fascynująco-oryginalnym, czy dobrym na jesienną depresję, ale z pewnością daje bardzo do myślenia.