Jestem Spider- Manem.

1410_spider-man-homecoming_620x350

Jestem Spider- Manem. Staram się funkcjonować jak przykładny obywatel, ale nikt tego nie docenia. Kiedy zaś dzieje się coś niedobrego w moim życiu mało kogo to obchodzi. Przechodziłam taki etap, że nie chciało mi się egzystować: w końcu co za różnica, jak postąpisz, skoro tym, co bardziej są bezwzględni powiedzie się lepiej. Czasem nachodzi mnie myśl, że może lepiej byłoby stać się kimś drastycznie niemoralnym, by osiągnąć swój cel. Z tym, że nie.

No właśnie: nie. Myślę, że Peter Parker też mógł mieć tego wszystkiego po dziurki w nosie. Jego przełożony Tony Stark ma na niego kolokwialnie mówiąc wywalone, szkoła to kolejne bagno, które polega na przejściu przez mających coś do ciebie ludzi (znam to z autopsji), a już pomijając te dwie kwestie nikt tak naprawdę Spider- Mana nie docenia.

W tym właśnie tkwi moim zdaniem siła filmu w reżyserii Jona Wattsa: potrafię zrozumieć, czemu Peter Parker jest rozedrgany. Jest młody, posiada niesamowite zdolności, więc coś powinien dzięki temu zyskać. Czy zyskuje? Niekoniecznie. Iron Man, choć też jest super bohaterem wiedzie dostatnie życie i (przez dłuższy czas) toczy beczki ignorancji względem młodego Parkera. Widzę tu ogromne podobieństwo w tzw. dorosłym życiu: bierzesz sobie kogoś na mentora, podziwiasz go, chcesz się od niego uczyć, a on machnie na ciebie ręką jak na kolejnego psychofana. Uważam, że świetnie wyszło w „Spider- Man: Homecoming” to nakreślenie różnicy statusów społecznych wśród zamaskowanych mścicieli. To, że spada na ciebie tak często wyśmiewana w Internecie wielka odpowiedzialność, nie oznacza, że spoczniesz na laurach.

W filmie nie brakuje ducha współczesności: Peter Parker nagrywa telefonem swoje rytualne przejście do klubu Avengersów, filmuje chrapiącego Happy’ego i jest pełen entuzjazmu. Jest to absolutnie zrozumiałe w jego sytuacji i świetnie zagranie przez wcielającego się w postać Człowieka- Pająka, Toma Hollanda. Jeżeli ktoś myślał, iż nie da się wycisnąć nic nowego z tego sztandarowego bohatera serii Marvel, mylił się sromotnie. Tym samym dostosowana jest również do czasów obecnych postać wiecznie dogryzającego Flasha: jest DJ-em na imprezie, a to moi kochani oznacza w pewnych sytuacjach władzę. Nie bije Petera fizycznie, lecz psychicznie i próbuje czasem intelektualnie.  Mamy również do czynienia z reinterpretacją jednej z kobiet mających wpływ na dalsze losy Petera (mam rację?).

Muszę powiedzieć, że w początkowych scenach filmu, gdy do akcji wkracza przedstawicielka jednej z firm Stark Industries, prawie parsknęłam śmiechem. Jest to jedna z bardziej życiowych sytuacji, bo nie raz i nie dwa, administracyjno- rządowe rozgrywki postanowiły być ważniejsze od ludzi. Jest to też istotne, aby widz wciąż miał do czynienia z wyważeniem sytuacji: wszak nie każdy będzie obchodził się losem robotników. Co nie znaczy rzecz jasna, że obsesyjne zachowanie Vultura jest usprawiedliwione. Podoba mi się jednak to, iż nie mamy do czynienia z nadmuchanym narkotycznym dymem Mr Straszakiem, tylko zwykłym człowiekiem, czerpiącym swoją siłę z pozaziemskiej technologii.

Spider- Man w tym dziele naprawdę dojrzewa. Najpierw chce szpanować, przypodobać się znajomym z klasy, próbuje złapać złoczyńców, choć początkowo idzie mu to nieudolnie- zwłaszcza próby przesłuchania. I choć ma umiejętności dające przewagę nad „zwykłymi ludźmi” nie zawsze będą one odpowiednie. Czasem potrzebna będzie interwencja szarych, niepozornych obywateli.

Dużo jest w „Spider- Man: Homecoming” młodzieńczego powiewu. Kolega Petera- Ned w odpowiedni sposób nada humorystycznych aspektów dziełu, kiedy trzeba stanie się głosem doradczym naszego bohatera- a poza tym scena, w której mówi „ja właśnie oglądałem pornosy” jest tak zrobiona, iż większość ludzi na sali kinowej buchnęła gromkim śmiechem. Na marginesie mamy do czynienia z kolejną produkcją nawiązująca do sagi Gwiezdnych Wojen (ciekawe, który to raz z rzędu).

Czytałam gdzieś głosy zadziwienia wobec faktu, iż ciocia May jest atrakcyjną kobietą w średnim wieku. Cóż dla mnie nie jest to ani porażające, ani fascynujące, zresztą Marisa Tomei to aktorka z wysokiej półki, która świetnie radzi sobie w każdej roli. Za to zadziwia mnie ukazywanie w pierwszej piątce obsady filmu postaci granej przez Gwyneth Paltrow, choćby dlatego, że przez całą produkcję wkrada się na bagatela kilka minut.

Poza tym świetnie wypadają wstawki z Kapitanem Ameryką i jego moralitetami wygłaszanymi na kasecie wideo. Jeśli kiedykolwiek trafiłabym na tego typu karę, nie miałabym nic przeciwko słuchaniu zamaskowanego Steve’a Rogersa. Zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę kuriozalność owej sytuacji i obecny status Kapitana.

No a poza tym bardzo podoba mi się utwór muzyczny umieszczony na napisach końcowych (tak wiem, kto to śpiewał). Takim Spider- Manem być mogę.


Źródło obrazka: https://www.sdpnoticias.com/geek/2017/03/24/marvel-lanza-nuevo-poster-de-spider-man-homecoming.

The hunger has returned to Mr. Brook’s brain.

Mr._Brooks_2007_8
http://movie.info/mr-brooks

God, grant me the serenity to accept the things I cannot change, courage to change the things I can, and wisdom to know the difference. Living one day at a time and enjoying one moment at a time, accepting hardships as the pathway to peace. Taking, as He did, this sinful world as it is and not as I would have it, trusting that He will make all things right if I surrender to His will, that I may be reasonably happy in this life, and supremely happy with Him forever in the next. Amen.

Stoi przed lustrem. Wypowiada mantrę. Wydaje mu się, że to już przeszło. Że nie będzie znów zabijać, że powstrzyma ten nałóg, tak bardzo destrukcyjny, że aż włos jeży się na głowie. O kim mowa? O Earlu Brooksie i jego problemie.

Przymierzałam się do tego filmu jakiś czas temu, ale albo oglądałam go od środka, albo nie miałam nastroju. Przyznam się też szczerze, że osoba Kevina Costnera nie należy do wabika, dzięki któremu spojrzę łaskawie na daną produkcję. Nie byłam zachwycona „Wodnym Światem” puszczanym miliard razy na TVN-ie, a „Robin Hood: Książę Złodziei” trzyma mnie z powodu świetnego Rickmana. Jednak było coś w tym  tytule, że postanowiłam dać mu szansę, może tematyka stricte kryminalna, która (jak już wiecie) zawsze będzie mnie już mocniej pochłaniała.

Muszę powiedzieć, że początek filmu jest rewelacyjny. Enigmatyczny, nieco gorączkowy wstęp świetnie wprowadza nas w zarys fabuły, w którym tylko my wiemy, z czym będzie zmagać się tytułowy Mr. Brooks. O co więc chodzi? O nasze demony.

Bo wiecie, jest mi coraz trudniej zmobilizować się do robienia czegokolwiek. Nie chce mi się. Bagatela rok przerwy widnieje między moimi poszczególnymi postami, a ja jak siedziałam w rozkroku, tak robię to nadal. Nie mam ochoty. Nie chcę. Wszyscy są ode mnie fajniejsi, a ja wylewam li i jedynie popłuczyny. Podobała mi się Jessica Jones, ale miast dodać jakąś przyzwoitą notkę siedzę na łóżku i wspominam ostatniego kaca. Ja i Jessica jesteśmy do siebie podobne w tym aspekcie, w którym chodzi o destrukcyjny wpływ na własną psychikę oraz bliskich. Prawie jak ileś tam milionów osób na Ziemi.

Po co o tym mówię? Bo „Mr. Brooks” to dość trafne (choć metaforyczne) podsumowanie moich ostatnich obsesji, które pragnę gdzieś oddalić, a kompletnie nie potrafię. Ile można. Co prawda z mej głowy nie ulatnia się (jeszcze)  zacniejsza kopia Suzarro, ale jak to mówią lepiej nie wywoływać wilka z lasu.

Wróćmy do produkcji. Historia nasza dzieje się z perspektywy Earla Brooksa (Kevin Costner), który lubuje się w schematycznym i sterylnie dokładnym rodzaju morderstwa. Miał przerwę w swych działaniach, lecz nie znaczy to, że przestał myśleć o swoich czynnościach. To nie takie proste, jeśli ma się do czynienia z podwójną osobowością w postaci niejakiego Marshalla (William Hurt) – który jest fizycznym alter ego naszego protagonisty. Tak, protagonisty, bowiem całą fabułę śledzimy przy pomocy losów Earla Brooksa, czy to się nam podoba, czy  nie.

Pewnego dnia, gdy „zabawy” Brooksa zostaną wystawione na światło dzienne, zmierzy się on nie tylko ze zdeterminowaną detektyw Tracy Atwood (Demi Moore), ale i z mężczyzną (Dane Cook), który  zdaje się go szantażować, ponieważ był świadkiem dokonania przezeń zbrodni. Jednak nie jest to film, który poda nam wszystko na tacy. Wręcz przeciwnie- reżyser będzie bawił się pewnymi schematami, dzięki czemu widz nie uraczy wrażenia wtórności.

Jesse, you know what would make me feel really safe right now? If you got hit by a truck and died!

Nie do końca  przekonała mnie postać (kreowanej na feministyczną) Tracy Atwood, będącej moralną przeciwwagą Earla Brooksa. Jest kobietą niezależną finansową- w przeciwieństwie do żony naszego protagonisty, do tego na karku ma konflikty z byłym mężem-utrzymankiem. Memu oku nie umknęło też, iż detektyw Atwood była niejako upokarzana przez swojego „ex”: nie tylko dlatego, że zdradził ją z wieloma kobietami (w tym z kręgu rodziny Atwood), lecz również z tego powodu, że wykorzystywał jej wcześniejsze śledztwo, by wyłudzić pieniądze przy rozwodzie. I choć cała ta otoczka zrobiła mi niesamowity smaczek, podczas seansu bardzo szybko pękła, ponieważ zabrakło elementu spójnego, który pozwoliłby mi utożsamić się z przeciwniczką  Brooksa.

Co innego Marshall, brawurowo odegrany przez Williama Hurta, przywodzący na myśl postać Ryuka z „Dath Note”. Nikt nie widzi go poza Earlem, w dodatku posiada on równie soczyste poczucie humoru, co wspomniany wyżej Shinigami. Zdaje się to być rewelacyjnym połączeniem, ponieważ komentarze Marshalla oraz jego obserwacje stanowią dopełnienie charakteru Earla Brooksa: moment, w którym Brooks rzekomo wchodzi w dialog z Marshallem, bądź śmieje się z jego dowcipów jest na wagę złota.

Problemem filmu jest jego powolna narracja, ponieważ z początku mamy do czynienia z tajemnicą, a potem (niestety) punkt ciężkości gdzieś zanika. Nie ma odpowiednio wyważonego balansu, który w thrillerach jest niezwykle ważny. Dlatego też nie będziemy  maksymalnie zaabsorbowani podanym  przebiegiem  zdarzeń- chociaż zdaję sobie sprawę, że moja percepcja  jest tu zbyt emocjonalna.

Pozytywne wrażenie zaś zrobił na mnie Kevin Costner, nie prezentujący (tym razem) jednego wyrazu twarzy. Świetnie wcielił się w postać psychopatycznego mordercy, który stara się pogodzić swe chore zachcianki z kreacją przykładnego męża i człowieka roku. Nie ma tutaj nad ekspresji, jedynie skupienie i dojście do celu. Tym samym nie tak dobrze sprawdza się w porównaniu do Costnera rola Demi Moore, choć być może scenariusz nie dawał jej  zbytniego pola do popisu.

Mamy zatem kilka utworów w charakterze Indie, elektroniczną niepewność pasującą do  klimatu historii (niezwykle zacne The Thumbprint Killer) i mój problem z faktem, że to mogła być znacznie bardziej udana produkcja. Dobry poziom to nie wszystko.

Wszystkie cytaty pochodzą ze strony: http://www.imdb.com/title/tt0780571/quotes.

Krótki film o introwersji

pagowski-poster01582
Źródło obrazka

Na szczęście nie jestem zobligowana do wypowiadania się w specjalistyczny  sposób, dzięki czemu raz na (ruski) rok jestem w stanie wyprodukować jakąś notkę. Myślałam o wielu rzeczach, które mogłabym tu poruszyć i przypomniało mi się coś, co ostatnio gdzieś zostało mi w pamięci i nie mogło do końca z niej wyemigrować. Mam tu na myśli twórczość Krzysztofa Kieślowskiego, którą zapewne każdy znać powinien, choć niekoniecznie każdy ma ochotę być zmuszanym do nadrabiania dzieł słynnych reżyserów.

Na tapetę pójdzie dzisiaj „Krótki film o miłości”, czym natchnęło mnie zachowanie mojego dalszego znajomego, będącego cichym admiratorem Grażyny Szapołowskiej[1]. Nie każdy musi być koneserem gry aktorskiej ww. artystki, acz nie da się ukryć, iż pani Grażyna w annałach polskiej kinematografii zapisała się na stałe, o czym za chwilę.

Introwertyzm może kojarzyć się niektórym z wewnętrznym przeżywaniem siebie oraz swoich lęków. Istnieją powszechne stereotypy równające introwertyzm z nieśmiałością. W końcu łatwiej jest coś (lub kogoś) zaszufladkować, niż wejść w dialog. Ja w dialog z filmami Krzysztofa Kieślowskiego wejść próbuję, acz nie wiem czy z właściwym skutkiem.

O czym jest więc film? Każdy może zinterpretować go na swój sposób, bo choć mamy do czynienia z prostą formą, kojarzącą się z zaprezentowaniem (obyczajowego) wycinku z życia (bez stosowania technicznych fajerwerków), doświadczać możemy swoistego zespolenia z jego treścią. Bardzo dobrze jest zresztą film ów obejrzeć przynajmniej dwa razy, bo złapałam się na tym, iż ponowny seans szerzej otworzył mnie na pewne aspekty.

„Krótki film o miłości” ma właściwie dwóch aktorów: mężczyznę i kobietę. Mężczyzną jest młody chłopak Tomek (grany przez Olafa Lubaszenko), rytualnie podglądający przez lunetę starszą od niego, sensualną artystkę Magdę (w którą wciela się Grażyna Szapołowska). Historię tę widz obserwuje głównie z punktu widzenia owego młodzieńca, który ma swój harmonogram dnia, podporządkowany możliwości „spotkania się” z Magdą. Tomek twierdzi, że to miłość, choć jest to w pewnym momencie kwestionowane zarówno przez sam obiekt jego westchnień, jak i widza. Z pewnością można zauważyć, iż nie mamy do czynienia ze źle kojarzącym się przejawem stalkingu- acz z początku czułam się niezręcznie obserwując głównego bohatera i jego działania. Jeżeli dla kogoś intymność jest równie ważna co i dla mnie, szybko zrozumie co miałam na myśli. Dla Tomka jednak to co robi nie jest wcale dziwne, on chce rozkoszować się możnością oglądania Magdy chociażby z dystansu. To dość niedojrzałe podejście do uzewnętrzniania swoich uczuć z czasem staje się zrozumiałe, jeżeli wnikniemy w samą osobę Tomka:  jego brak doświadczenia w sferze uczuciowej, a przede wszystkim samotność. Jego przyjaciel wysyła mu kartki z dalekiego kraju, a więc nie jest z nim na co dzień, a towarzystwo miłej, starszej pani u której Tomek pomieszkuje nie zastąpi mu właściwych bodźców. Tomek myśli, że to co robi jest właściwie, ponieważ tak naprawdę (chyba) nikt nie pokazał mu jak wygląda normalna próba poznania drugiej osoby i stworzenia ciepłej oraz bliskiej relacji międzyludzkiej.

Dla mnie w filmie zaprezentowano coś na kształt uczuciowego introwertyzmu- widać to zwłaszcza w momencie, gdy Tomek obserwuje zachowanie sfrustrowanej Magdy na poczcie i przez cały czas obmyśla jak się do niej zbliżyć. Choć wydaje się to dziwne, jest jedynym sposobem na to, by taki zamknięty w sobie i wrażliwy człowiek mógł dotrzeć do osoby z zewnątrz. Podobnie jest moim zdaniem z Magdą- choć zdaje się być wyzwoloną, pewną siebie kobietą pełną pasji, jest ona tak naprawdę równie samotna co Tomek. Mężczyźni, którzy przychodzą do Magdy raz po raz szybko ją opuszczają i ona znów staje się wyizolowanym kłębkiem nerwów, próbującym swoje życiowe rozbicie przekazać za pomocą sztuki. To jednak też nie wychodzi, Magda staje się cyniczna, oceniając Tomka z punktu widzenia swoich życiowych doświadczeń. Owo starcie dwóch różnych, tak skrajnie odmiennych od siebie biegunów pod względem doznań o charakterze erotycznym oraz międzyludzkim tworzy w punkcie kulminacyjnym mieszankę wręcz doskonałą, choć i doskonale destrukcyjną.

Oszczędność treści, formy, dialogów wcale nie psuje odbioru w smakowaniu się seansem. Tym bardziej wydaje się on bardziej realny, bardziej namacalny, to powoduje, iż mamy do czynienia z historią, która mogła przydarzyć się każdemu z nas, czy też mitycznemu sąsiadowi. Nie będę bawić się w dopisywanie interpretacji wobec postaci granej przez Artura Barcisia, bo z pewnością można zauważyć, iż Kieślowski wplata go jako swoistego ducha filmu. Stanowi jakiś równoważnik, bądź zapowiedź złych lub dobrych rezultatów działań bohaterów. Mamy również dużo symboliki (np. rozlane mleko, wróżenie z kart, wahadełko), która co prawda nie musi każdemu się podobać. Nie spotkałam się z tego typu zabiegiem w filmach innych reżyserów, co tym bardziej podkreśla twórczy wkład i indywidualność dzieł Krzysztofa Kieślowskiego. Jeżeli potrafisz rozpoznać reżysera za pomocą kilku kadrów, bądź kilku zabiegów czy to montażowych, czy to wizualnych, oznacza to, iż nie bez kozery powyższa osoba stanęła za kamerą[2].

Nie da się ukryć, że w produkcji prym wiedzie Grażyna Szapołowska. Jej postać Magdy jest w moim odczuciu postacią ikoniczną: idealnie połączyła bijący od jej postaci seksapil, pomieszany z inteligencją oraz rozedrganiem. Świetnie wtóruje jej Olaf Lubaszenko, który poniekąd kontrastuje z osobą (wydającej się ekstrawertyczną w swych działaniach) Magdy. Tomek to postać początkowo wyważona i zamknięta w sobie, a prezentująca ogromną gamę emocji, ujawniającą się w scenie w domu jednego z bohaterów. Wielkie brawa dla wyżej wspomnianej dwójki za to, że tak świetnie wyszło im skontrastowanie dwóch zupełnie innych osób, które tak naprawdę okazują się być do siebie bardzo podobne.

„Krótki film o miłości” to dopracowany obraz parabolicznej opowieści o obnażeniu, podparty delikatną i pełną nostalgii muzyką Zbigniewa Preisnera, prezentujący coś, co spokojnie nazwać można perfekcyjnym minimalizmem. Obraz do którego wrócę pewnie nie jeden raz.

[1] ów znajomy oznaczył się na pewnym popularnym portalu społecznościowym, iż spędził sylwestra 2016/2017 z panią Grażyną. Prawdziwie oddany fan.

[2] Nie mówię tutaj o przypadkach wszystkich reżyserów, ponieważ twórczość takiej Katarzyny Rosłaniec raczej do mnie nie przemawia.

„I’m sexy as hell, but I cover my face.”

deadpoolbar

Jeżeli istnieje coś bardziej irytującego, niż kolejka do damskiej toalety, to są nimi ludzie próbujący udawać mądrzejszych od ciebie. No wiecie, chcecie rozładować sytuację, sypnąć dowcipem, a ci wam udowodnią, że jesteście głupkami bo nie rozmawiacie non stop o-poważnych- kwestiach. Gdybym miała na takie rzeczy ochotę włączyłabym sobie dramat, ewentualnie programik pokroju „Trudnych spraw” (polecam odcinek z Dariuszem).

W ten właśnie sposób w świat kina super bohaterów wszedł sobie „Deadpool”. Filmowa kategoria R, głosy oburzenia, że produkcja jest wulgarna i w ogóle kino dla gimnazjalistów. Skoro mamy w tym świecie zróżnicowanie, to dziwi mnie zdumienie ludzi, którzy nawet nie tkną palcem, żeby wyszukać sobie ów tytuł. Może dowiecie się dzięki temu jaka była koncepcja powstania  i czy warto iść z 13- latkiem (see what I did there).

Jak zwykle obejrzałam tę produkcję po tym, gdy opadła wrzawa, zresztą nic dziwnego, biorąc pod uwagę mój brak subordynacji. Pamiętam tylko plakat i wyzywającą pozę naszego protagonisty. Czy mnie tym zachęcił? Ależ oczywiście.

Zacznijmy od tego, że film kupił mnie samym początkiem, czyli panem w czerwonym stroju, próbującym coś szkicować. Takie malunki skojarzyły mi się z marszu z cyklem „Charlie the Unicorn” i nie bez powodu, jeśli dotrwacie do napisów końcowych. Ale nie o tym miałam mówić. „Deadpool” ładnie przeplata się z elementami retrospekcji, zatem otwarcie filmu jest zwieńczeniem fabuły , no i jest to zabieg dobry.

Historia opowiada o tym jak Wade Wilson, jegomość trudniący się specyficznym fachem, dowiaduje się, że ma pewien problem. Ów problem spowoduje, iż postanowi poddać się niebezpiecznym i nie zatwierdzonym przez rząd eksperymentom (a jakże), które zmienią go nie do poznania. I w sposób dosłowny, to nie będzie „Spider- Man” vel Andrew Garfield, którego nawiasem lubię. Cała twarz, jak i postura Wilsona przybierze postać mało atrakcyjną, więc Wade postanowi nosić maskę i fikuśny outfit, który pozwoli mu zakryć krew (trzeba oszczędzać na wodzie). Po co tak właściwie? Dla zemsty.

Film bardzo ładnie rozprawia się z kinem adaptującym komiksy, a mianowicie rubasznie żartuje z konwencji. Jak jest walka ze zbirami, będzie bezsensowne liczenie naboi, mimo, że broń leży obok przy zmasakrowanych  wrogach. No i właśnie jest masakra, dużo masakry, to nie jest okrojone mordobicie pokroju PG- 13. Oczywiście nie przesadzałabym z tym szkarłatem na ekranie, acz nie da się ukryć, że Deadpool grzeczny nie jest.

Od groma niecenzuralnych dialogów, seksualne podteksty w najmniej odpowiednich momentach, to właśnie jest wizytówką tej produkcji. W opisie filmu widnieje, iż nasz bohater „uwalnia alter ego”, ale ja tego tak nie odczytuję. Od początku Wilson miał swoje specyficzne poczucie humoru i nie krył się z zamiłowaniem do rzeczy, które nie pasują do wizerunku herosa z komiksu. Wade słucha „Wham!”,  przy ponownym spotkaniu z ukochaną chce jej puścić „Careless Whisper”, a przód taksówki zalicza wchodząc… zresztą co ja będę zdradzać.

Dodatkowo film posiada bogaty zasób aluzji dla każdego miłośnika popkultury. Będzie i o Wolverinie i o magazynie „People”, Ryan Reynolds odniesie się dowcipnie do swojego występu w klapowatej „Zielonej Latarni”, a i nie zabraknie autoironicznych napisów początkowych. Choć jest klisza, będzie ona całkiem niebanalna, w końcu nie chodzi o to, żeby być typowym.

who-mutants-deadpool

W produkcji tej odnajdziecie standardowe cameo Stana Lee, a także kilka pobocznych postaci dodających barw filmowi. Zatem prócz czarnego charakteru z brytyjskim akcentem oraz jego pomocnicy, znajdzie się też ktoś z „X- Men(ów)”: chcący sprowadzić Deadpoola na właściwą drogę Colossus, oraz „zbuntowana nastolatka” vel Negasonic Teenage Warhead. Przyznam szczerze, gdyby nie ostatnia dwójka nie miałabym tak pozytywnych odczuć względem  filmu. Wystarczy nadmienić tylko jak zabawnie kontrastują moralne wywody Colossusa z poglądami Wade’a, czy zgrywanie się Deadpoola z młodej X-Menki. Wszystko jest bardzo dobrze przemyślane, nawet utwór hip- hopowy, gdy wspomniana trójka idzie zetrzeć się z przeciwnikami. Jest coś ciekawego w ujęciu tak różnych od siebie osób, których złączył wspólny cel. Niektórych też zastanawia dlaczego postawiona na taką, a nie inną muzykę. No cóż, jak dla mnie to jest właśnie strzał w dziesiątkę, wystarczy spojrzeć na dopasowanie tytułów („X Gon’ Give It To Ya”).

Deadpool to są oczywiście przede wszystkim komentarze samego… Deadpoola. Wiem, brzmi śmiesznie, pewnie czytaliście  od groma recenzji zwracających uwagę na to, że Wilson odnosi się bezpośrednio do widzów, czyli burzy czwartą ścianę. Ten znak rozpoznawczy naszego anti- hero to miód na me  serce, nie raz bowiem zastanawiam się, co właściwie dzieje się w takiej, a nie innej chwili. To właśnie podoba mi się w tej produkcji: pokazuje język w stronę przesadnej patetyczności i nie próbuje robić za coś więcej, niźli blockbustera.

Oczywiście nie będę kryła swojego uprzedniego malkontenctwa: nie byłam przekonana, czy Ryan Reynolds sprawdzi się w roli tytułowego bohatera. Problemem był też fakt, że nie zapoznałam się z komiksowym pierwowzorem i do tej pory nie wiem, czy słusznie robię puszczając tę opinię w obieg. Co prawda i tak pewnie bym kliknęła „opublikuj”, ale to na marginesie.

Siła produkcji nie tkwi w efektach specjalnych: owszem są na poziomie, ale widać w tym filmie przede wszystkim serce i pasję osób odpowiedzialnych za powstanie dzieła. Ryan Reynolds rewelacyjnie pokazał gamę charakterów u Deadpoola- nie jest w końcu łatwo być zabawnie upierdliwym, wrednym, miłym, okrutnym, czy jednocześnie zadurzonym. To sprawia, że pojawia nam się wytwór z iskrą, choć głosy niezadowolenia są dla mnie poniekąd zrozumiałe.

Nie każdy ma ochotę oglądać miazgę, czy nieprzyzwoite słowa na ekranie. W końcu główny obiekt uczuć Wade’a czyli Vanessa, też nie jest eteryczną panną bez złych wspomnień. Oczywiście wątek romansowy nie został jakoś spektakularnie zaprezentowany (team Peter Parker and Gwen Stacy!)  i to powoduje, że film ów nie będzie przełomowy, ale jako rozrywka dla lubiących sobie od czasu do czasu dać luzu sprawdza się dobrze.

Czy zatem warto obejrzeć „Deadpoola”? Trzy czwarte wchodzących tu i tak już go widziało, a jedna trzecia ma tę opinię w głębokim poważaniu. Ale mówię wam, że warto, lubię sobie od czasu do czasu wyjść z jaskini, jako żem  blogerka ninja.

Ps. „Deadpool” jako męska odpowiedź na „50 twarzy Grey’a”, seriously? Niektórym jednak brak polotu.

Przygoda X

 Można gdybać czemu twórcy lubią science- fiction. Można się też zastanawiać co skłania ich do przeplatania tego nurtu z prawdziwymi zdarzeniami. Można również dziwić się dlaczego raz kolejny zabieram się tytuł, czerpiący z innych dzieł i nie wnoszący nic nowego do gatunku. Choć tak nie do końca.

Pomysł na dzisiejszego bohatera notki wziął się przypadkowo. Przeglądałam bowiem listę gier przygodowych- a raczej ich ranking i w pewnym momencie natrafiłam na „Nibiru: Wysłannika Bogów”. Wiedziona impulsem postanowiłam zaopatrzyć się w ów tytuł i opisać swe refleksje w kilku słowach. Nie liczcie jednak na rewolucyjne dokonania, bo „Nibiru” to pozycja z gatunku tych dobrych, acz średnich.

Kiedy Martin Holand został wysłany w okolice Pragi nie spodziewał się, iż to zdarzenie wpłynie na dotychczasowe życie. Zresztą nie tylko jego- jak wiadomo niezwykłe odkrycia powiązanie z szemranymi personami mogą doprowadzić do wydarzeń na skalę globalną. Ale po kolei. Nasz protagonista Martin- młody student dwóch kierunków, za namową profesora wybierze się na pewną wyprawę. Wyprawę samotną, ponieważ profesor wujek- imieniem François de Wilde nie był w stanie tak żwawo się ruszać. Zatem Martin (niekoniecznie w totalnych skowronkach) opuszcza francuskie rewiry i zmierza do Mostu Karola znajdującego się w Czechach. Tam właśnie miał spotkać się z informatorką wuja- Barborą Kanską. Jak pewnie się domyślacie o Barborze słuch zaginął, nie było jej w umówionym miejscu, w dodatku podobno kogoś się tam bała. Skąd to całe zamieszanie? Okazuje się, że na terenie Czech znaleziono pewien bunkier z czasów II wojny światowej. Co ciekawe należał on do nazistowskich okupantów i (surprise, surprise!) był prawdopodobnie miejscem nielegalnych eksperymentów, bazujących na kulturze Majów.

Co zatem robi nasz protagonista? Chodzi po moście przeczesując teren i próbuje dowiedzieć się gdzie podziała się Barbora. Jednak takie sytuacje prowadzić mogą do krwawego finału co oznacza, że zabawa się skończyła. Tu muszę wtrącić swoją króciutką dygresję, że podoba mi się, iż w tej grze ludzie naprawdę giną. Wiem, że brzmi to co najmniej okropnie, ale chodzi mi o zachowanie swoistego realizmu. Dzięki temu gracz właściwie wczuwa się w podaną sytuację, wiedząc, że przeciwstawianie się obsesji może prowadzić do strat.

Znów zatem musimy działać poza ramami prawnymi, uciekamy przed policją i szukamy drogi do archiwum. W końcu skoro za niektóre informacje można stracić życie, Martin również będzie  działać na (tak zwaną) własną rękę. Jeśli już o eskapadach mowa, najlepiej sprawdza się epizod w przytoczonym wcześniej bunkrze. W strzeżonej przez wojsko kopalni problemem będą nie tylko wścibscy archeologowie, ale też morderstwo- ktoś zacznie podszywać się pod innego osobnika, kraść tożsamość i tak, będzie próbował przeszkodzić również Martinowi. W momencie, gdy trafiamy w czeluści nieznanego bunkru czuć faktyczny dreszczyk i akcja nabiera rumieńców. Mamy zatem kręte drogi, stare mechanizmy i dziwne kluczyki otwierające coś więcej niż baśniowy skarbiec. Najbardziej przypadły mi do gustu retrospekcje ze starego dziennika szalonego naukowca Dietricha Raumharta, opisującego swą klaustrofobiczną [psycho] fazę. Raumhart mówi zatem o swojej wielkości i niedocenieniu, a w tle przeplata się moment narastającego upadku III Rzeszy.

To jednak połowa naszych zmagań, w dodatku okraszona quick time eventami. W niektórych momentach trzeba będzie zatem w jak najszybszym czasie uporać się z przeciwnikami, bo jak nie, nie uda nam się spełnić misji profesora. Szczerze mówiąc średnio się to klei z resztą dynamiki w grze, bo postaci w „Nibiru” są przesadnie wolne.

Podczas zmagań odwiedzamy kilka istotnych lokacji. Mamy zatem Pragę, Most Karola (w dodatku dość wiernie odwzorowany), wspomniane archiwum, Paryż oraz Meksyk. Twórcy z Czech nie omieszkali w swoim dziele zawrzeć kilku stereotypowych elementów. Jak mamy Niemców rzecz jasna muszą mówić z akcentem, w którym angielskie „t” wypada nietypowo, a w paryskim hotelu Martin spotyka między innymi polskiego klienta zalanego w trupa. W tym momencie wzrasta mój podziw dla włodarzy z Revolution Software, którzy świetnie przełożyli owo schematyczne postrzeganie na dowcipny komentarz społeczny.

Co do techniki wykonania, najlepiej wypada interfejs i sterowanie. Jak to zatem w point’and klick bywa zmuszeni jesteśmy zestawiać ze sobą przedmioty, przy czym dobre ich złączenie sygnalizują świecące ikonki. W grze Martin przygląda się niektórym obiektom tylko po to, by wygłosić stosowną opinię. Grafika przypomina tę z „Tunguski”, co brzmi dość ciekawie, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że „Nibiru” powstało rok wcześniej. Mamy więc dwuwymiarową okolicę o soczystych barwach, splecioną niekiedy delikatną mgiełką, by podkreślić porę dnia (np. gdy stoimy przed archiwum). Czasem też spotykamy filmowe przerywniki w stylu przemieszczania się po mapie świata. Te wymienione kwestie faktycznie są do siebie podobne, jednak w „Nibiru” postaci wypadają dużo bladziej. Już pomijając brak większej ilości protagonistów, irytuje kwadratowa (chwilami) postura samego Martina- chodzi on też dość topornie, a reszta „ludzkiego tła” wygląda na doklejoną z Painta.

Czy są zatem pozytywy? Oczywiście. Historia wciąga od pierwszej minuty, jest odpowiednio niezwykła intryga, w dodatku epizod w kopalni przywodzi na myśl „Zimowego żołnierza”. Co do zagadek, nie są one specjalnie trudne czy absorbujące, może za wyjątkiem tych pojawiających się w meksykańskich piramidach (kuleczki, bleh). Szkoda również, że końcówka, mająca być dobrym zwieńczeniem serii jest…cóż, powiedzmy że pełna niedosytu.

Starzy wyjadacze być może nie będą aż tak zafascynowani „Nibiru”, ale jeżeli jesteście ludźmi łaknącymi ciekawej fabuły- przy wtórze bębnowej elektro muzyki, możecie „Wysłannikowi bogów” dać szansę.

Siódmy karnawał blogowy.

Bez zbędnych ceregieli, ponieważ mój nos zaczął ostatnio żyć własnym życiem.

http://www.mymodernmet.com/profiles/blogs/elaborate-costumes-at-the

1. Niedoskonały odbiornik, czyli odbiór kultury przez aparaty słuchowe– czyli jak podaje tytuł. Bardzo ciekawe czytało mi się tę lekturę, ponieważ jako osoba mająca dość emocjonalny stosunek do muzyki/ dźwięku nie miałam (wcześniej) możliwości poznania takiej perspektywy.

2. Bolało, czyli zwierz ogląda rodzime seriale– to tak ku pamięci jakby mi ktoś próbował udowodnić, że fakt, iż nie oglądam polskich produkcji robi ze mnie snobkę- ignorantkę.

3. Indyk na patyku #10- Hotline Miami 2– ze swojej strony chciałam podziękować Salantorowi za wstawianie „dobrej muzy”.

4. Geek, postgeek, notgeek– tekst nawiązujący do wpisów, z których wywiązała się dyskusja bliska mym zainteresowaniom. Polecam zapoznać się z linkami.

5. Taki jesteś mądry– kwestia hejtu, internetów i niedouczenia.

6. Ty też jesteś rasistą„Dzisiejszy wpis sponsorują ponury filmowy Aquaman, chude rączki Wonder Woman, Twoje własne headcannony i Social Justice Warriors.”

7. Co wydawcy robią źle?-vel rzecz o mandze.

Dziwny przypadek Dona Blutha.

Na ten wpis wpadłam jakiś czas temu, ale jak to z pomysłami bywa- lepiej je podsunąć, niż zrealizować. Ma to również związek z faktem, że wszystko zaczęło się od koszmaru. Powiecie- każdemu zdarza się (od czasu do czasu) taki problem, ale hej- mi śniła się gigantyczna orka, rozwalająca lodowce. Jeśli nadal nie wiecie z czym będę się mierzyć, to wyjaśniam: chodzi o dziwny przypadek reżysera produkcji animowanych, który mimo ogromnego wkładu w me szczęśliwe dzieciństwo, spowodował pewne traumy, które tu przytoczę.

Pamiętam jak dziś fragment umieszczony na jednej z kaset wideo: Don Bluth, twórca wielu Disney’ owskich bajek, przedstawia opowieść o Królestwie Trolli. Co ciekawe, ów film jest chyba jedynym, którego nie widziałam w całości. Ten okres kojarzy mi się przede wszystkim z przedszkolem i noszeniem podpisanych kaset do placówki. Dzięki mnie reszta dzieciaków mogła cieszyć się oglądaniem „Calineczki”, czy „Zakochanego Pingwina”. Mimo tych pozytywów są kwestie, które do tej pory spędzają mi sen z powiek, jeśli chodzi o twórczość Dona Blutha. Ów wstęp jest istotny, ponieważ pragnę podkreślić mój względny szacunek do autora- nie mam tu na celu mieszania jego działalności z błotem.

qszoxpurfa_o
A jak znajdę kamyk zaśpiewam 50 piosenek…

Taki musical- nie wiem, czy oglądaliście tę samą wersję „Jak poślubić milionera” z Marilyn Monroe, ale w mojej film otwierał kilkuminutowy wstęp. O ile mogę zrozumieć ideę orkiestrowej wstawki, o tyle uważam, że trwała ona o połowę  za długo. Odliczałam moment, w którym (w końcu) opadnie czerwona kurtyna i będę cieszyła się projekcją. To samo zgrzytało mi odnośnie produkcji Dona Blutha, czego sztandarowym przykładem będzie „Zakochany Pingwin”. To naprawdę nie jest tak absorbujące, kiedy miast historii wciskają ci przeciągniętą w czasie jedną (!) piosenkę, przeplataną  [żywymi] nutami, oraz brakiem ważnych informacji. Owszem- dowiedziałam się, że Marina, czyli najpiękniejsza pingwinka kolonii, chce wziąć ślub z kimś kogo kocha i nie zależy jej na kamieniu, ale naprawdę- są pewne granice, a poza tym, wszystko można przedstawić nieco mniej dosłownie. Co ciekawe, „Calineczka”, oraz „Anastazja” nie spowodowały we mnie podobnej reakcji.

Original_Sharptooth
„Z dinozaurem rock and rolla chętnie bym wykonał…”

Straszni przeciwnicy- to chyba najistotniejszy punkt biorąc pod uwagę przytoczoną orkę. Bałam się jak nigdy, gdy Hubie i Rocko* (jak ja lubiłam tę postać) uciekali przed waleniami, zachowującymi się niczym bohaterowie serii „Szczęki”. Do tego naszych pingwinów czekało również starcie z morskim lampartem, który próbował wbić się w kategorię monstrum roku. Jednak najbardziej przerażającą postacią ze wszystkich będzie dla mnie tyranozaur Ostrozęby z „The Land Before Time”, oraz Książę Sów grający Beethovena [1:00- 2:41] w „Powrocie króla Rock and Rulla” (kocham to tłumaczenie :D). Pierwszy przypadek jest wiadomy- ogromny dinozaur próbujący skonsumować grupkę małych mu podobnych; w drugim mamy do czynienia z władającym magią ptakiem, który jest tak straszny, jak tylko potrafi być całkowity brak słońca.

Downloaded from Ospreygraphix.com

Mania wielkości- odnoszę wrażenie, że autor celowo większość filmów osadzał w zwierzęcym uniwersum. Wystarczy wspomnieć gigantyczne, dziwne i nierealistyczne wzgórza w „Powrocie króla Rock and Rulla”, czy też zagubienie małej myszki Fievela w „Amerykańskiej opowieści”. To co dla nas wydaje się niewielkie, dla będących pod opresją gryzoni stanowiło życiowy tor przeszkód- co zresztą podkreśla scena sztormu w przytoczonej wyżej „Opowieści”. Fievelowi bowiem wydaje się, że ma do czynienia nie z wodą, tylko jakimś iście diabelskim stworem, spychającym toń na statek emigrantów. W tym momencie przypomina mi się również władca piekieł śniący się Charliemu z „Wszystkie psy idą do nieba”: znów ktoś nie ma dokąd uciec, a jak dołożymy do tego ogromnego aligatora, rysuje się pewna spójna wizja. To samo dzieje się w „Calineczce”- jak nie ropucha, to jaskółka (naliczyłam drugą tego typu postać, inną był pomocny ptak z „Amerykańskiej opowieści”).

1215456_1368148836547_full
Jedna z najsmutniejszych scen.

Koszmar minionej kulminacji- kolejna ciekawa kwestia, związana z tendencją do wyciągania bestii z szafy. Nie wiem jak reszta, ale osobiście bardzo przeżywałam moment ślubu Calineczki z Kretem, gdy idąc przez [prowizoryczny] ołtarz, dziewczyna wyobraża sobie chwile z księciem Korneliuszem. Jej zachowanie wydaje się momentami psychotyczne, a cała sytuacja zaiste okrutna. Jak jeszcze weźmiemy pod uwagę, że Calineczka przez ten czas funkcjonowała pod ziemią, ciesząc się tylko opieką nad Jacquimo robią się minimalne ciarki na plecach. Oczywiście pomysł ten został zaczerpnięty od Andersena, ale nie wyobrażam sobie innej wersji tej baśni. Dalej: przypomnijcie sobie zautomatyzowaną Mysz z Mińska, czy Księcia Sów, który rośnie tak wielki, że sięga do samego nieba. Smutno mi się też robiło, gdy Fievel myślał, że zostanie już na zawsze w sierocińcu. Z innej beczki- całkiem niecodzienny był też pojedynek Anastazji z Rasputinem i jego mroczne wołanie w labiryncie.

5282182105_9daa7a056f

Zdrada- w paru dziełach mamy również do czynienia z postaciami, które ukrywają swoje prawdziwe intencje. To dość ciekawa koncepcja, ucząca realiów życia. Mamy więc dajmy na to kota, który przebierając się za mysz „próbuje” pomóc Fievelowi, a tak naprawdę bierze go na tanią siłę roboczą. W „Królu Rock and Rullu” reżyser Lis chce wycisnąć ze sławy koguta Chanteclaira jak najwięcej, wmawiając mu, że zwierzęta z farmy go nie lubią. Podobnie działa też Mysz z Calineczki, chcąca przekonać bohaterkę do ożenku z Kretem (za drobną opłatą). Mimo tych pouczających wątków, często odnosiłam wrażenie, że bohaterowie non stop narażeni są na niebezpieczeństwo i drżałam o ich losy.

 *i nic dziwnego, okazuje się, że dubbingował go niezawodny jak zawsze Jarosław Boberek

Overachiever, czyli polecamy filmy.

Albo raczej kontynuujemy łańcuszek, który pozwala wyodrębnić tytuły niekoniecznie wliczające się do klasyków gatunku/listy filmów, które należy obejrzeć przed śmiercią (swoją drogą część tychże produkcji spłynęłaby po mnie jak po kaczce). Kategorie dobrałam wedle swych pokrętnych upodobań.

Muzycznie– tam gdzie królują dzieła typu „Control”, czy biografia Jima Morrisona (to jednak niesamowite, jak teraz słuch zaginął o Kilmerze) „Sid and Nancy” wyróżniają się na ich tle z kilku względów. W czasie, w którym nadrabiałam tę produkcję przeżywałam swoją fascynację punkiem, jego subkulturą, no i przede wszystkim twórczością Gary’ego Oldmana. Ten film chłonie się głównie uszami nie tylko z powodu użycia melodii charakterystycznej dla nurtu lat 70.- vel trzy akordy, darcie mordy, ale również dzięki klimatycznej, nieco snującej się ścieżce dźwiękowej. W pamięć zapada tutaj przede wszystkim utwór Joego Strummera [polecam Wam jego występ w niejakim „Mystery Train”], genialna, powtarzam genialna kreacja wspomnianego już Oldmana, no i klimat: dobry, brudny, pozbawiony ceregieli, czy też ugładzonych treści. Sid i Nancy są burzliwi i irytujący jak trzeba, szkoda, tylko, że nie Courtney Love przypadła rola głównej postaci kobiecej.

Cudnie teatralnie– czytaj „Tramwaj zwany pożądaniem”. Tego typu dzieła rozpatrzeć można na wielu płaszczyznach. Jeśli obejrzycie tę produkcję na różnych etapach swojego życia, możliwe, że zmienicie zdanie co do Blanche i Stanley’a: dwóch biegunów, żyjących na odmiennym poziomie mentalnym. Film  polecam nie tylko dlatego, że jest swoistym klasykiem, ale głównie z powodu ograniczonego miejsca akcji. Warto czasem zobaczyć, jak odbierze się podobny zabieg. Jeśli ta rzecz was nie przekonuje mogę dodać, że w „Tramwaju” mamy do czynienia z pojedynkiem dwóch stylów aktorskich: przesadnie teatralnego (Vivien Leigh) i stricte naturalnego (Marlon Brando).

Niesztampowo o miłości– zanim książka o niejakim Szarym zaczęła świecić tryumfy na półkach, powstał film będący opowieścią o podobnej tematyce. „Sekretarka”, bo o niej mowa początkowo odrzucała mnie plakatem, który sugerował coś zupełnie innego. To co Maggie Gyllenhall z Jamesem Spiderem prezentują na ekranie jest godne najwyższych pochwał. „Sekretarka” jest bowiem produkcją, która swoją siłę czerpie ze scenariusza, dobrze splecionych dialogów, no i przede wszystkim chemii dwóch głównych postaci. Sam film odczytać można nie tylko jako opowieść o tym, że każdy ma szansę na miłość i znalezienie bratniej duszy. To jest przede wszystkim o tym, żebyśmy nie bali się być sobą.

Dla nastolatków– kiedy ujrzałam kawałek dzieła, będącego nieudolną kopią „Więcej czadu”, wiedziałam, że powinnam polecić produkcję z Christianem Slaterem. Jest w niej coś autentycznego, nie wiem czy to kwestia gry aktorskiej, czy tego jak poprowadzono tę historię. Mogłam utożsamić się z protagonistą i nie było tutaj podkoloryzowanych sytuacji. Ile razy wałkowano kwestię segregacji ludzi w klasie nie wymienię- już wolę obejrzeć „Filipa z przyszłości” i wspomniany „Czad” (ok, polskie tłumaczenie wydaje się dziwne).

Rysunkowe- pomyślałam o produkcji, która nie jest znana, odnosi się do średniowiecznych opowieści i zawiera przyjemną ścieżkę dźwiękową. Z początku „El Cid” raził mnie swą specyficzną kreską, ale się przyzwyczaiłam. Przyznam też, że za pierwszym razem intryga wydawała mi się dość skomplikowana, bo nie pamiętałam imion wszystkich postaci. Ale odnosząc na bok tę dygresję spokojnie możecie zerknąć na animację, skupiającą się na losach kastylijskiego rycerza.

Film, który jest obrazem- ostatnimi czasy okazało się, że lubię malarstwo epoki romantyzmu. W ten sposób do głowy przyszło mi polecenie remake’ u Herzoga, który podoba mi się z kilku powodów. Po pierwsze jest niezwykle oniryczny, i choć brzmi to jak wyssany frazes, w kontekście owego tytułu sprawdza się wyśmienicie. Po drugie, jak możecie się domyślać jest żywym obrazem, posiada cudowne kadry i ma się wrażenie obcowania z (sensualną) sztuką. Oczywiście próbowałam co nieco naskrobać o tejże produkcji, ale bardzo dawno temu i raczej po łebkach.

Wielki miszmasz- połączenie kina drogi z współczesną plastyką. Oto „This must be the place”, nie takie znowu stare dziecko Paolo Sorrentino. Film poza fantastyczną kreacją Seana Penna, zawiera dobre ujęcia i historię, spinającą dramat, humor i groteskę. Mamy więc podstarzałego muzyka, który intonuje frazy w sposób wolny i podróż do wnętrza siebie z nieśpieszną, acz kompletnie nie wadzącą mi (w tym wypadku) narracją.

Studium psychologiczne-  to trochę zabawne, że w tym zestawieniu pojawia się dzieło Cronenberga. „Pająk” to tytuł, który wybija się na tle tematyki ze względu na (intrygujący) zabieg, jakim jest przemykanie między wspomnieniami. To tak jakby ktoś znalazł się w Myślodsiewni z „Harry’ego Pottera” i był świadkiem wszystkich wydarzeń pod postacią zjawy. Zresztą co nieco wspominałam tutaj.

Z Szekspira– pomyślałam najpierw o „Hamlecie” w wykonaniu Mela Gibsona, ale do głowy przyszła mi inna produkcja zza Wysp. Mianowicie „Poskromienie złośnicy” z 2005 roku, czyli telewizyjna wersja retellingu sztuki. Jest ona o tyle zacna, bo Shirley Henderson i Rufus Sewell mówiąc kolokwialnie robią ten film, a scena w której Petruchio chodzi w damskich kozakach jest jedną z mych ulubionych.

Sci-fi bądź kino akcji- pierwszą część trylogii „Blade” warto nadrobić chociażby z jednej przyczyny. Nie ukrywam, że chodzi tu o kultowy fragment z napisów początkowych, prezentujący scenę w klubie. Utwór New Order, zmiksowany w dziesięciominutowe techno to jedna z tych rzeczy, które pamięta się na długo. Poza tym uważam, że Stephen Dorff świetnie spisał się w roli przeciwnika naszego Łowcy Wampirów.

Szósty karnawał blogowy.

Próbuję udawać, że tego miesiąca nie było.

Közi in Malice Mizer

1. 10 powodów, by poznać i polubić Milesa Moralesa– bo ja już go polubiłam.

2.Żywot kościeja pracującego– kocham te nostalgia tripy w grach przygodowych.

3. Why Michael Keaton Lost: The Academy Doesn’t Love Comeback Stories– ciekawy artykuł, odnoszący się do powrotów przed Oscarowe reflektory. Zapewne większość z Was zwróciła uwagę na przemówienie Patricii Arquette odnośnie równości płac (i nie tylko), ale ja chciałam ową ceremonię ugryźć z nieco innej strony.

4. Momenty były? No, były.- dzięki tej recenzji wiem już, czym jarało się ileś tam milionów osób. Nie jest dobrze.

5. Blog Roku. Garść przemyśleń wokół tegorocznej edycji– bo ta kwestia jest co najmniej zastanawiająca.

6. Etyka krytyka nie tyka?– czyli jak w tytule. Bonusowo polecam też tekst o pierwowzorze „Kaguya- hime no monogatari”.

7. Na koniec: jeśli nie wiecie co powinniście nadrobić, zajrzyjcie do wpisu Malwiny o „Rzymie” (którego to serialu notabene jeszcze nie widziałam).

Top: najlepsze teksty z „Kapitana Pazura”.

nathaniel_j__claw_by_olku_san-d73jxa3
http://olku-san.deviantart.com/art/Nathaniel-J-Claw-429231675

Dziś opowiem wam o grze, która powoduje większe stany ekscytacji, niż ucieczka przed Susarro. Mowa tu o „Kapitanie Pazurze”- dwuwymiarowej platformówce, osadzonej w klimacie odkryć geograficznych. W tym wypadku konflikty na morzach przedstawiono w wersji animalistycznej. Nasz protagonista to bowiem nikt inny, jak właśnie kot pirat mający na pieńku z psią arystokracją (choć nie tylko- mam wrażenie, że poniekąd obcujemy z jakąś zmiksowaną alegorią Hiszpanii). A ponieważ miesiąc ten jest wyjątkowo nieciekawy, postanowiłam zacząć od czegoś luźnego i przedstawić najciekawsze w mym mniemaniu teksty z tytułowej gry. I hmmm…spoilery?

Nie potrzebuję więcej ćwiczeń- czyli subtelne zasugerowanie, że skoro odbijasz się już piąty raz na jednej roślinie, dobrze byłoby (w końcu) dostać się na lianę powyżej. Ów etap wywoływał we mnie lekkie stany irytacji, zwłaszcza jeśli chodzi o zielone błocka, czyhające za znikającymi półkami.

claw14Ej, ty tam!- czyli zauważył ciebie typ spod ciemnej gwiazdy, rzucający krwiożerczymi nożami. Przy okazji jest buldogiem i uwielbia bekać, demonstrując przy tym swoją władzę w tej lokacji (choć i tak najgorsze były myszy ciskające bomby).

31803110520111128200429Wypchaj się- najlepszy tekst, jeśli chcemy pokazać jak bardzo ignorujemy przeciwnika. A nawet jeśli będą nas kłuli swymi szlacheckimi szablami nie poddamy się i trafimy ich z naszego ulubionego pistoletu. O ile rzecz jasna mamy odpowiednią ilość naboi.

captain-claw-2Tej ścieżki nie ma na mapie- niestety, nie każdy podwędzony przez nas przedmiot będzie w stu procentach użyteczny. Znaczy, zabrałeś(aś) mapę skazańcowi, który prawdopodobnie ześwirował, więc możliwe, że nie zawarł w swych zapisach właściwych detali. Tak naprawdę chodzi o to, że twórcy bawili się w subtelny trolling, żeby czasem nie było za nudno (niektóre plansze to swoiste labirynty).

tararaMartwe koty nie gadają- nie wiem czy istnieje coś bardziej przerażającego od ogromnej czaszki, która mówi poruszając żuchwą. W owej scenie znajdujemy się na Wyspie Piratów, co w właściwie sugeruje, z kim będziemy mieli do czynienia. Na przykład z psem kuternogą, obracającym się niczym kula do gry w kręgle (to jego sposób ataku).

maxresdefaultCo za zgniły smród- odpowiednia intonacja i już wiesz, że popadniesz w niełaskę podziemnego króla płazów (?). Przyznam, że gdy chcę podkreślić, iż w danym momencie nie odpowiada mi woń w pomieszczeniu stosuję ten cytat.

captainclaw_003-largeKurcze, ale jestem przystojny- w lokacji numer 12 Pazur spotyka nie tylko ogromne trzęsienia ziemi, lecz również postaci wzorowane na powszechnej mitologii. W chwili, gdy syreny używają swojej broni- czyli głosu powodują, iż nasz bohater zamiera w bezruchu i tracimy całkiem sporą liczbę życia/HP.

Claw_7Ty stara łajzo- tym razem odwracamy sytuację i jesteśmy obrażani przez pewnych szermierzy. Jest to druga z moich ulubionych planszy (zaraz po Townships vel Miasteczku), bo sprawia najwięcej frajdy. Oczywiście może być to też spowodowane rodzajem designu będącego mocno w moim guście. Mamy zatem trochę portowych określeń („Będziemy robić za flaszkę?”), oraz elementy industrialne (ścieki, kanały, nietypowe mazie).

Claw_PC_ingame_17Haha,  mrożący miecz/Magiczny Pazur- jeśli masz Mrożący Miecz możesz przez 15 sekund być nieobliczalna(y). To samo dzieje się w przypadku niezwykłej zdolności przedstawionej na tymże obrazku.

Captain Claw Game.www.RaiShahnawaz.COM (7)Cholerne ptaszyska- to jedne z najbardziej zamierzonych, drażniących nad miarę przeciwników. Mewy w tym wypadku nie tylko latają nad twoją głową (i skrzeczą), ale przede wszystkim spychają z obiektów. Co ciekawe, twórcy nie wpadli na pomysł, by użyć odchodów jako broni do ataku.