Got ekspresjonizm

1266521797147_f
Obrazy autorstwa Daniela Perron

Od kilku dni chodzi za mną przestrach połączony z dreszczykiem emocji. Uwielbiam trafiać na tytuły odpowiadające moim zainteresowaniom, a jak dodamy do tego fantasmagoryczne wrażenia i uczucie pustki, dostaniemy to co jest najlepsze w grach przygodowych. Otóż ostatnim razem udało mi się raz jeszcze powtórzyć „Art of Murder”, produkt stworzony przez nasze rodzime studio. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż dzięki tej grze zabrałam się za znane  ze słyszenia „Still Life”. SL w połączeniu z AoM wytworzyło we mnie swoiste doznania, chciałam obie gry porównać za pomocą kilku kategorii. Nie wiem jednak czy mi się to uda, bo tak po szczerości starałam się cokolwiek napisać o swoich wrażeniach.

Prota/anta– co możemy powiedzieć o wiodących bohaterkach wspomnianych tytułów? W moim odczuciu zarówno Victoria McPherson, jak i Nicole Bonnet są do siebie podobne. Obie mają czarne włosy, noszą się w dość ciemnych barwach i są w pewnym stopniu tajemnicze. Kiedy pierwszy raz spotkałam się z osobą Victorii mocno skojarzyła mi się z Angeliną Jolie za czasów „Hakerów” [czekam, aż ktoś powie „Kolekcjoner kości”]. Nie wiem czy to kwestia przykrótkiej fryzury, czy raczej pewnego wyobrażenia. Victoria bowiem nie tylko jest lekką kalką o podobnych rysach twarzy, ale jej historia (tudzież zachowanie) w jakimś stopniu kojarzy się z bohaterkami, które grała Jolie. Przykładem może być tu „Złodziej życia”, który jak to u produkcji detektywistycznych bywa, jest swoistym cieniem oniryzmu. W jednej ze scen bowiem postać Scott (w tej roli Jolie), rozmawia w opuszczonej restauracji, a ulice oraz miasto są poniekąd pozbawione życia. Może ma to związek z tym, że policjanci i agenci często są zmuszeni działać w miejscach oraz porach, które rzadko kto odwiedza. Inną kwestią jest chociażby fakt, że w jednej z lokacji Victoria będzie podrywana przez kobietę, co poniekąd pasowało mi do prywatnego życia Angeliny. Ciekawie ogląda się zresztą zmagania w pokoju rodzinnym Victorii, bo nie da się ukryć, że wygląda jakby McPherson nie miała za sobą okresu dojrzewania [raczej sobie żartuję]. Przy McPherson Nicole Bonnet z „Art of Murder” wypadnie niestety blado, o czym za chwilę*.

mature content warning– lubię kiedy dane dzieło jest dla mnie realistyczne i porusza zagadnienia nie obce współczesności. W „Still Life” jest krew, pot i mocne sceny, co na szczęście nie zostało zbytnio okrojone. Dzięki temu możemy zarówno poczuć na własnej skórze czemu partner Vick nie jest w stanie przetrzymać obiadu, ale również znienawidzić osobę mordercy i chcieć jak najszybciej rozwiązać zagadkę. AoM moim zdaniem niestety kuleje w tej kwestii: owszem-mamy krwawe rzezie, które nawiązują (tym razem) do prekolumbijskich rytuałów**, lecz bez kompletnego wglądu w same akta sprawy. Wiem, że jest to być może zabieg celowy, ale nie daje wrażenia nieuchronnej bezradności.

Innym zagadnieniem jest skupianie się na doroślejszej treści. Victoria jak się zirytuje to nie raz będzie przeklinać, a najbardziej widać to przy jej konflikcie z Browningiem. W „Art of Murder” Nicole Bonnet [później] również ma na pieńku z przełożonym, acz nie będzie to tak mocno ukazane. Mogłam sobie całkiem sprawnie wyobrazić Jolie/Victorię mówiącą „Zazwyczaj najpierw się całuję, zanim mnie ktoś wypieprzy”. Co innego zdać sobie poniekąd sprawę, jak bardzo XXI wiek zmienił się pod względem językowym- czego przykładem będzie sam dziadek Victorii, Gustav. To jak się wyraża i z jakim szacunkiem traktuje każdego człowieka- bez względu na jego pochodzenie, bądź profesję stawia go praktycznie w roli dżentelmena-herosa.

                                     MOŻLIWE SPOILERY

zbrodnia i zbrodniarz– nie wiem czy tylko ja miałam wrażenie, jakby twórcy „Art of Murder” czerpali pomysły od ludzi z Microids. Jeśli kojarzycie fabułę „Still Life” prawdopodobnie zrozumiecie to od razu. W SL mamy bowiem kilku podejrzanych, a jednym z nich jest szef Vick, czyli Tod Browning. Głównym powodem jest swoisty brak sympatii tudzież materialny dystans („Tego się właśnie po tobie spodziewałem. Bogatej dziewczynce coś idzie nie po myśli i odchodzi jak rozpieszczony gówniarz”). W „Art of Murder” Raches miał za sobą traumatyczne sytuacje, zmienił swą tożsamość, no i przede wszystkim w brutalny sposób rozprawiał się z ofiarami. W obu przypadkach można zauważyć, że chodzi o zachowanie ciągłości na głęboko osadzoną skalę- tak jakby morderstwa nigdy nie miały się skończyć, a przeciętny(a) Smith z ulicy miał(a) czuć się maksymalnie zagrożony(a). Oczywiście SL I nigdy nie powie nam kto nosił maskę killera, choć ja od początku stawiałam na osobę z okolic galerii.

technika i lokacje– mój ulubiony element, biorąc pod uwagę genialność niektórych sekwencji. Znów twórcy „Syberii” uraczyli mnie cudownym światem przedstawionym, który koncentruje się nie tylko na czasach obecnych, ale również opisuje kraniec lat 20. XX wieku. Mogłam w jakimś stopniu poczuć praski industrializm, oddech minionej epoki, czy niesamowity nastrój. Kwintesencją owej kwestii będzie sztuka, czyli drugi aktor całego „Still Life’a”. Już bowiem sam tytuł sugeruje nam, z czym będziemy obcowali. Wszak zbrodniarz z Chicago wielokrotnie ustawiał ofiary niczym modele z obrazu.

Nie chodzi wyłącznie o samiutką inspirację dziełami Ackermana: widzimy martwą naturę w dosłownym słowa znaczeniu. Mamy więc nieżywych ludzi na tle reszty statycznych przedmiotów, czy ozdoby charakterystyczne dla przytoczonego nurtu. Do tego obrazy Ackermana są nie tylko inspiracją Kubą Rozpruwaczem, ale jakimś chorym podejściem do idei sztuki. Wspominając te malunki, znaleźć można cechy charakterystyczne dla martwej natury: ulotność życia, rzekomą marność przedstawioną jako krytykę wobec złego „prowadzenia się” prostytutek. Trudno jednak widzieć w tym wyłącznie jeden aspekt, bo obrazy Ackermana mają w sobie różne cechy- zaburzona perspektywa, czy kolorystyka bardziej kojarzą  się z ekspresjonizmem. Dla mnie jednak ich reprezentantem jest sam Gustav McPherson, czego wyrazem będą dzieła znajdujące się w domu ojca Victorii. Dodatkowo McPherson reprezentuje takie postulaty, jak: niechęć wobec samotności/ zamknięcia człowieka przez wzmożone tempo egzystencji, a przede wszystkim sympatia i współczucie wobec stylu życia przyjaciółek Idy. Być może dlatego wycinek z historii Gustava odbywa się w zmechanizowanej Pradze.

W „Art of Murder” najlepiej prezentują się momenty, gdy Nicole Bonnet wyrusza w podróż do okolic Peru. Dobrze sprawdza się też przytoczone nawiązanie do prekolumbijskich rytuałów, czy sekrety pewnych absolwentów. Dzięki temu odwiedzamy muzeum sztuki, przydrożną melinę, czy też niebezpieczne wzgórza.

Oczywiście porównując „Art of Murder” ze „Still Life” to pierwsze nie robi na mnie takiego wrażenia jak sequel „Post Mortem”. Jednak nie chodzi tutaj o pastwienie się nad AoM, czy wydobywanie niedoróbek. Chciałam przede wszystkim dać do zrozumienia, jak bardzo podoba mi się klimat gier, zajmujących się tematem stricte kryminalnym. Uważam to wręcz za powrót, albo (raczej) inspirację gotycką grozą i pewną ekspresję- ekspresję nieudolności człowieka, który nie jest w stanie powstrzymać całego zła mimo, że próbuje.

* Poza tym Claire tak bardzo przywodzi mi na myśl Ruth, że zastanawiam się, czy nie wrzucam do jednego worka wszelakich postaci „matkujących”.

**i tym sposobem przeszliśmy do kolejnego skojarzenia z „Broken Swordem”

There once was a prince, as kind as can be, who often went sitting ‚neath a green willow tree.

20140910_012201
Okładka gry

Mrok, ciarki i niepokojący dreszczyk to rzeczy, które kojarzą się z twórczością niejakiej Emily Carroll. Jej przypadkowe odkrycie (jednak jestem dość słaba w researchu), związane z czytelniczym wyzwaniem Rusty, okazało się na tyle absorbujące,  że musiałam poświęcić mu notkę.

W końcu kto z nas nie słyszał o bajkach? Swego czasu czytywałam dzieła Andersena, wielbiąc nad miarę „Królową Śniegu”. Sam motyw zmieniających szkiełek, użyto w grze o tym samym tytule- którą dostałam kilka lat temu. Śledziłam więc losy Kaya i Gerdy za pomocą point and click, zbierając odłamki diabelskiego lustra. Co ciekawe, zabawa nie kończyła się zwyczajnym happy endem, bo gracz pomagał skleić przedmiot temu Złemu.

Równie mile wspominam też „Towarzysza podróży”, czy (innej twórczości) historię o braciach- łabędziach. Nie da się ukryć, że odświeżanie znanych nam motywów w kreatywnych wersjach, uruchamia (przyjemne) pokłady fantazji. Fani „Neverending story” wiedzą o czym mówię.

Poza klasycznym retellingiem baśni- pod postacią książek/filmów, na pierwszy plan wysunął się kuzyn świata grozy, cichy fan braci Grimm, lubiący żonglować poszczególnymi gatunkami. Bo w krótkich, acz depresyjnych historiach-wyjętych rodem z horror story, zobaczyć można bardzo różne elementy. Właściwie powinnam zacząć od tego, że do tematu porwała mnie okładka „Through the Woods” będąca zbiorem opowiadań Emily Carroll. W tempie ekspresowym znalazłam też link do odrębnych dzieł autorki, prezentowanych w formie komiksowej. I choć nie byłam za dobrze nastawiona co do treści, z czasem nie tylko odświeżałam te historie, ale złapałam się na pamiętaniu ich obrazów. Łączenie fabuły i kreacji świata przedstawionego, spowodowało wybuchową (wręcz) mieszankę estetyczną.

Na pierwszy ogień poszło „The Prince & The Sea”– istna wariacja na temat (nie lubianych przeze mnie) ballad Mickiewicza. Wydaje mi się, że było tym dziełem, które zrobiło najbardziej piorunujące wrażenie. Jeśli przyjrzycie się kolorystyce, zauważycie jak często zmienia się pod wpływem narracji. Niby nie jest to ogromna innowacja, ale spełnia dużą rolę w graniu na emocjach.

Mamy więc otoczonego ciepłymi barwami księcia, rumieniącego się na widok Syreny. Trudno nie wyjść od skojarzeń z słynną baśnią Andersena: jest więc zakazana miłość i dwa światy zwieńczone konkretnym przyrzeczeniem. Tym razem czyny stoją tu po stronie księcia, który wydaje się bardziej niewinny od nimfy. Romans przypomina momentami inspirację czarnym romantyzmem, co też sugeruje dalszy ciąg fabuły.

Czy tylko mnie przeraziła pewna scena nad jeziorem? Rymowanka wyraźnie podkreśla psychotyczny stan, który widzimy pod koniec tej tragicznej historii. Zakończenie baśni wersem- tym samym co w pierwszej linijce jest… zaiste mocne.

Skąd więc podobieństwo do polskiego wieszcza? Rzecz jasna chodzi tu o „Świteziankę” i użycie wody jako katalizatora magii. Jest i Szekspir i dziwne uczucie w podbrzuszu.

Im dalej w las, tym więcej drzew, a wedle  „His face all red” więcej szaleństwa. Perspektywa pierwszoosobowa w tej przygodzie jest bowiem przewrotna.

To co od razu przyciąga uwagę to fakt, że poniekąd my jesteśmy młodszym bratem*. Widzimy jego gonitwę myśli, wiedząc, co stanie się po pewnym kadrze. Nagromadzenie negatywnych emocji- wytłuszczonych czarnym drukiem i kontrast po zmaganiach ze zwierzyną, prowadzi do (ciekawego) punktu kulminacyjnego. Otwarte zakończenie powoduje ten stan niepokoju, który przyrównać można do filmów Hitchcocka. Nie bez powodu też kluczowa akcja odbywa się w lesie, uważanym za zalążek siły zła. Od razu skojarzyło mi się to z „Miasteczkiem Twin Peaks” i postacią rzekomego Boba.

Autorka odnosi się zatem do baśni o „Czerwonym Kapturku”,  tylko, że tym razem to wilk jest ofiarą. Albo raczej ludzie są wilkami.

Na sam koniec wisienka na torcie w kategorii palpitacja roku, czyli „Out of skin”. Zlepek najmroczniejszych i najbardziej makabrycznych zakamarków naszej duszy elementów jakie mogą powstać w tzw. baśniowej grozie. Biel i czerń występująca w opowieści łączy się z kościstym chłodem wiejącym zza łączy [internetowych].

W tym świecie natura bierze sprawy w swoje ręce i domaga się sprawiedliwości. Stanowi kontrast do innego organizmu, który jest wyzuty z człowieczeństwa. Bo tym razem nasączony zbrodnią, czerwony kapturek jest przyczynkiem działań, będących u podnóża domu. Uważam ten tytuł za kwintesencję twórczości, wprawiających mnie w stan odrętwienia.

Nie da się ukryć, że oryginalny styl Emily Carroll pamięta się dobitnie. Same dialogi, czy też wprowadzenie w sytuację jest podparte charakterystyczną, cienką kreską. By nie przedłużać- dawno tak nie wciągnęła mnie żadna opowieść. W tym dobrym i (nieco) mniej pozytywnym  słowa znaczeniu.

A tu banner wyzwania

*odnoszę wrażenie, że ów brat był młodszy

Alicja w krainie schizy.

Ludzie piszą o Supermenach, problemach żołądkowych w Vegas i wolnej interpretacji „Opowieści z Narnii” (albo mi się tylko wydaje), a ja wciąż opóźniona w kulturze. No cóż- tak i też bywa, ale nic na to nie poradzę, że mam w sobie coś z pseudo hipstera. Ostatnimi czasy zaprzestałam nawet śledzenia [daremnych] poczynań Willa Grahama i- choć powinnam czuć odrazę w scenach konsumpcji posiłków przygotowanych przez dr Lectera, miałam tylko ochotę przyrządzić sobie kolejną kanapkę…Ale dość o mnie, czas przejść do gwoździa dzisiejszego programu, czyli filmu Chan-wook Parka: południowokoreańskiego reżysera i scenarzysty, którego twórczość powinnam już dawno mieć za sobą. Jak zapewne się domyślacie, nie posiadam zbyt dużej wiedzy odnośnie jego wcześniejszych dokonań, ale miałam nadzieję, że nie przeszkodzi mi to w odbiorze dzieła. Czy miałam rację, trudno mi w tej chwili spekulować, ale pewna jestem jednego: „Stoker” to stuprocentowa rozrywka dla oczu.

       Azjaci mają chyba słabość w obsadzaniu kruchych i delikatnych fizycznie bohaterek w roli niepokornych dusz- tudzież takich, które kojarzą się ze stylistyką kina grozy. Nie inaczej dzieje się w „Stokerze” [produkcji, tym razem nie skalanej dziwnym tłumaczeniem]- filmie, który główną oś produkcji wspiera na barkach młodziutkiej, bladolicej Indii Stoker, przyzwoicie zagranej przez Mię Wasikowską. India nie wygląda na typową duszę towarzystwa-woli hasać po konarach w poszukiwaniu urodzinowych prezentów i za nic ma sobie utarte konwenanse. Dlaczego? Ano może z tego prostego powodu, że w dniu tak zwanej osiemnastki dowiaduje się, że jej ojciec-Richard Stoker, ginie w wypadku samochodowym. Sytuacja jest o tyle niepokojąca, że India miała swego rodziciela za kogoś w rodzaju pokrewnej duszy: rozumieli się bez słów, a dziewczyna przede wszystkim czuła się z nim bezpieczna. W chwili pogrzebu, India dowiaduje się od matki, że na stypie pojawił się wuj Charlie (albo stryj): osobnik, którego istnienie przez cały czas było przed nią zatajone. Panna Stoker nie tylko więc czuje się skołowana przedwczesnym zgonem ojca, ale również zdziwi ją fakt, że wujek- wyskakując niczym Filip z konopi, od razu zapragnie się z nią zaprzyjaźnić. Ów problem będzie tu rzecz jasna punktem zapalnym fabuły, rozwijającym klatka po klatce rodzinne sekrety.

Zacznę od tego, że do filmu zachęcił mnie ciekawy trailer. Psychopatyczne spojrzenie Matthew Goode’a- jak i frapujące urywki,  powiedziały mi, że przynajmniej nie zawiodę się w kwestii aktorstwa. I tak też było. Jako uncle Charlie, Goode okazał się przyciągającym ogniwem, długo trzymającym akcję w ryzach. W pierwszych minutach seansu, złapałam się nawet na tym, że zaczęłam myśleć coś w stylu: ‚Ciekawe o co tu tak właściwie chodzi’. I choć nie brzmi to jak szczególny komplement, w tym dziele spełnia tę rolę. Bo już w chwili, gdy Charlie Stoker [prawie wszyscy noszą to samo nazwisko gwoli ścisłości] postanawia się zatrzymać w posiadłości Indii i jej matki Evelyn, odczuwamy pewną nutkę niepokoju: wszak nawet ciotka Stoker dość dziwnie zareaguje na widok ‚wujaszka’ (członkowie pogrzebu ograniczyli się do prostego „Nie wiedziałem/am, że Richard miał brata”). Charlie będzie więc nie tylko kalką ‚filmowego przystojniaka z tajemnicą’, który pojawia się znikąd, ale przede wszystkim zakamuflowanym manipulantem, aka socjopatą: co raz się śmieje i komplementuje, by za moment przywdziać inną maskę. Nie trzeba chyba dodawać, że kolejnym motorem podkręcającym napięcie, jest dość wyraźna- by nie powiedzieć chora obsesja Charlie’go na punkcie Indii: który wie o siostrzenicy więcej, niż jest to moralnie dozwolone. Wszystko to widać w drobnych gestach i symbolach ([spoiler] flirtowanie Charliego z matką Indii [/koniec]), a zwłaszcza w kluczowej dla wydarzeń scenie gry na fortepianie- która jest moją ulubioną.
Ok, no więc trochę posłodziłam Matthewo’wi Goode, a co z resztą? Nicole Kidman choć kiedyś należała do grona moich ulubionych aktorek w tym dziele niespecjalnie mnie powaliła. Być może wiąże się to z moją niechęcią do jej ograniczonej mimiki- spowodowanej wiadomymi czynnikami, ale w każdym razie: ni mnie ziębiła ni grzała. O dziwo z Mią Wasikowską było zupełnie inaczej, chociaż obawiałam się, że zobaczę powtórkę z „Alicji” Burtona/Disney’a. Była wycofaną obserwatorką, pełną licznych sprzeczności: w jednej chwili niewinną, a i kiedy trzeba brutalną, Niektórzy pisali w swoich recenzjach, że Mia snuje się przez pół filmu bez wyrazu (być może Klapserka, ale to nie znaczy, że mam coś do jej opinii-> po prostu to zapamiętałam), ale dla mnie był to po prostu inny rodzaj cierpienia, wewnętrznego cierpienia. Izolacja, która nie polega na waleniu ‚fuckami’ na prawo i lewo, tylko całkowity marazm połączony z gigantycznym dystansem. Bo zdając sobie sprawę z natury Indii-zwłaszcza po seansie, wcale nie dziwi mnie fakt, że wolała odcinać się od reszty, czując, że zabrakło jej mentalnego oparcia. I tak, ono się mówiąc prostolinijnie pojawi, ale czy w ten sposób, jak wygląda to w typowej obyczajówce? Oczywiście nie.

[gigantyczne spoilery] „Stoker” to po części film o dorastaniu (weźmy tę zmianę butów ‚oksfordek’ na dojrzałe, kobiecie szpilki), a po części thriller-drama o poszukiwaniu swojej tożsamości. Jest to również bazowanie na słynnym motywie, który często pojawia się w dyskusjach odnośnie dzieła. Pewnie powinnam od razu się domyślić, że chodzi o współczesny wampiryzm, bądź zabawę w skojarzenie z książką Brama Stokera: „Dracula”. Dowód? India już na samym początku akcji mówi o swym wyczulonym słuchu, wyostrzonych zmysłach-czy słyszeniu ‚głosów’, a po chwili dochodzi również sentyment, by nie powiedzieć jej fascynacja krwią i śmiercią (ugryzienie chłopaka podczas całowania, masturbacja po dokonaniu pierwszej zbrodni). India tak jak i Charlie krwawe gody rozpoczynali głównie w nocy, a gdy było ciepło, mieli na sobie przeciwsłoneczne okulary. Pojawiają się tu również skojarzenia z „Dexterem”- biorąc pod uwagę polowania Indii z ojcem i to, jaki był ostateczny wybór bohaterki. [/koniec]

Produkcja Chan-wook Parka jest niezwykle malownicza. Wszystkie elementy techniczne, począwszy od wystudiowanego plakatu, na napisach kończąc, ocierają się o wizualny perfekcjonizm. Detaliści po seansie powinni poczuć się jak ryba w wodzie. „Stoker” sprawia zatem wrażenie filmowej koronkowej roboty, która jest przygaszonym krajobrazem nierealnym, mimo elementów współczesnych. Ów gotycki dom przypomina momentami siedzibę duchów, albo miejsca, gdzie dzieją się straszne rzeczy niczym w „American Horror Story”. Nasze oko sycą nawet ułożone owalne głazy, miejsce gdzie India siedzi na drzewie, czy też jej ubrania- które są nawiasem mówiąc bardzo, ale to bardzo czyste (bądź vintage). Zdjęcia kradną powiew wiatru smagającego włos Indii, a te szepty i fragmenty- które, choć mogą przyprawiać o negatywne odczucia, w kadrach nie dają o sobie zapomnieć. Tak zwana martwa natura z czaszką.
Co jest zatem największym minusem dzieła? Wygląda na to, że jednak scenariusz. Po godzinie „Stoker” jest już bardziej stalkerem– niknie gdzieś ciekawość i dynamizm, a na pierwszy plan wypływa nuda, biorąc na tapetę dość utarte schematy. I choć może się wydawać, że nie warto zawracać sobie tym [tytułem] głowy, broni się on wyżej wspomnianymi przeze mnie czynnikami (pozwoliłam sobie pominąć fakt, że autorem scriptu jest Wentworth Milller; a nie, jednak wygadałam).

Zatem słowem końcowym: wszystko zależy od osobistych preferencji. Mi się „Stoker” podobał. Ot, bez szału, ale i w porządku, na dodatek ma całkiem interesujące utwory autorstwa Clinta Mansella-> a ja polubiłam to, co brzmiało już na napisach.

 

Wilczy apetyt.

Mieliście czasem tak, że napadała was niezdrowa chęć głodu? U mnie chwilami przejawia się to tak zwaną gastrofazą- gdzieś około północy, kiedy zapominam zjeść kolację (tak wiem, źle się odżywiam). Od dawna ludzie próbowali włożyć w mity pewne szaleństwa, czy niewyjaśnione zjawiska, stąd więc popularność wszelkich nadnaturalnych postaci jak chociażby Dracula, czy właśnie wilkołak. Z wilkołakami jest jednak tak, że ich prezencja w obecnej popkulturze (moim zdaniem) wychodzi jakoś cienko. Czy to „Zmierzch”- którego części widziałam jedynie 2 (a kolejną wyłączyłam w połowie), czy chociażby „Pamiętniki Wampirów”- zawsze te włochate bestie schodzą na dalszy plan, bo specjalnie nie zachwycają. Być może wiąże się to z naszym przywiązaniem do realizmu i przyzwyczajeniem do przedstawiania kreatur w bardziej humanoidalnej postaci (dlatego ja zawsze będę hołubić krwistym).

Nie mam zielonego pojęcia skąd wziął się u mnie pomysł nadrobienia filmu sprzed dwóch lat- czasem jest tak, że bez powodu trafiam na jakiś tytuł i BAM, siedzę przed laptopem na przemian skupiając się i kręcąc głową. Produkcja Joego Johnstona jest co prawda remakiem, ale ponieważ nie posiadam elementarnej wiedzy na temat jej poprzednika, pozostanę tylko i wyłącznie na krótkich pseudo-refleksjach. A jakie one były, dowiecie się za chwilę.

Wiktoriańska Anglia, rok xxxx. Lawrence Talbot, główny bohater „Wolfmana”, przybywa do zasuszonej posiadłości z powodu zniknięcia brata. Oczywiście nie jest tak, że kierował się rodzinnym sentymentem-jego przyszła szwagierka Gwen Conliffe, odnalazła go gdzieś w Ameryce i poinformowała o tym co się stało (Talbot w tym czasie spełniał się w karierze aktorskiej). Żeby mówić jaśniej- przejął się ową sprawą z powodu kobiety. Ale coś powoduje, że niechętnie wraca do dawnych wspomnień, by stawić im czoła- i nie tylko nim, już na pierwszy rzut oka widać, że L. ma bardzo skomplikowane relacje z ojcem. Wystarczy spojrzeć na otoczenie, w którym się wychował- ponure zamczysko, mgliste wrzosowiska, dziwne pogłoski o grasujących zabijakach. I tak się jakoś złożyło, że poszukiwany członek familii Talbotów okaże się być ofiarą tajemniczego mordercy. Dla jednych to robota zwierzęcia, dla innych demona, a nasz drogi Talbot junior postanowi sam dowieść kto przyczynił się do tragicznej śmierci brata. Niestety, w trakcie reaserchu, dociera do wioski cyganów, a tam…coś go użera. I na tym powinien skończyć się film. Ale się nie kończy, bo Lawrence, nie dość że bardzo szybko dochodzi do siebie, to w dodatku spostrzega, że wyostrzyły mu się zmysły. Tak moi drodzy- Talbot stał się wilkołakiem. No ale ktoś jeszcze musi nim być, skoro został przemieniony…

 Nie zdziwię nikogo, jeśli stwierdzę, że fabuła jest tu na maksa przewidywalna. Nie chodzi już nawet o to, jak kończą się losy samego Lawrence’a- kluczowe sprawy, mające prowadzić do wyjaśnienia zagadki, odkryć można już na początku filmu. Rodzinne tajemnice, związane z dawną śmiercią matki i demaskacja krwiożerczego zabójcy- no cóż, na tym pomyśle twórcy się chyba trochę przejechali (spoiler: spójrzcie na dom! Bardziej łopatologicznie się nie dało?). Jeśli chodzi o gamę postaci, to niestety- nawet jeśli zatrudnisz Del Toro (w fatalnej fryzurze rodem ze słynnego skeczu z Jasiem Fasolą, gdy tnie komuś włosy kładąc garnek), eteryczną Emily Blunt, Hopkinsa, czy Agenta Smitha ee to znaczy Hugo Weavinga, nie oznacza to, że udźwigną całość. Bo wiecie co najgorzej w tym wszystkim wypadło? Kreacja, tfu wygląd tytułowego wilkołaka- będącego skrzyżowaniem Wielkiej Stopy z gorylem i gremlinem. Tak więc wszystkie ujęcia, w których pojawia się nasz futrzasty osobnik psuje trochę odbiór dzieła- które staje się wtedy groteskową parodią (również z powodu scen, gdy nasz wilczek masakruje ludzi- te flaki to nie powód do przerażenia tylko czego innego). Główne starcie oponentów szału nie robi- dobra umówmy się, kiedy dwóch sztucznie zrobionych osobników naciera nie siebie niczym Power Rangers nie wiem wtedy jak powinnam zareagować. Na szczęście są również dobre strony dzieła- klimat, miejsce akcji (czyli ponura mieścina rodem z „Braci Grimm”), dużo błocka i lasów, oraz ciekawy motyw ze szpitalem psychiatrycznym. Końcówka produkcji zdaje się być niedoklejona- tak jakby twórcy nie bardzo wiedzieli w jaki sposób zwieńczyć historię. Muzyka zaś to skrzyżowanie „Draculi” Coppoli i czegoś jeszcze- co na pewno kojarzę, ale nie pamiętam z nazwy.

Cóż mogę powiedzieć na zakończenie o „Wilkołaku”? Jak dla mnie nie wykorzystano w pełni jego potencjału, godząc się na lekką wtórność, co niestety spowodowało, że produkcja jest jaka jest, a ja zaliczam ją do zwyczajnie średniej półki, z akcentem na obejrzeć i zapomnieć.

Festiwal freaków, czyli i Ty poczuj się spełnionym.

 O filmie Tima Burtona mówiono już wielokrotnie. Nie zadziwia liczba fanowskich rozczarowań, czy średnio pozytywnych opinii. Ja będąc osobą wysoce nie zorientowaną w temacie postanowiłam w końcu zabrać się za produkcję, której tytuł wyjątkowo kojarzył mi się z piosenką zespołu „The rasmus” (niech rzuci kamieniem ten, kto nie słuchał kiedyś Eski). I wszystko może byłoby całkiem znośne gdyby nie fakt, z jaką obsadą i reżyserką mieliśmy do czynienia.

Osiemnastowieczny bawidamek Barnabas Coliins (Johnny Depp), swoje miłosne podboje wspominać będzie jeszcze dość długo. Łamiąc serce Angelique Bouchard (Eva Green), nie przewidział, że tym razem słono za to zapłaci. Ta pani to bowiem nikt inny, jak żądna zemsty wiedźma, która zamienia naszego bohatera w wampira. Należy przy tym dodać, że w czasie owej tragicznej sytuacji ginie również ukochana Barnanabassa, Josette. Nasz bohater, zamknięty w trumnie prawie na dwieście lat, budzi się nieoczekiwanie  w 1972 roku. Mimo kulturowego szoku (Mc Donald’s jawi mu się jako Mefistofeles),odszukuje swych dalekich krewnych i próbuje w jakiś sposób z nimi egzystować. Barnabas poznaje również nową  guwernantkę domu Victorię, niesamowicie podobną do jego dawnej ukochanej. I tak, tak oczywiście, że Angelique też przebywa w Collinspot- równie niebezpieczna co niegdyś,w dodatku wciąż mająca za złe naszemu krwiopijcy dawne zażyłości.

Przyjrzyjmy się jednak bliżej bladolicym mieszkańcom ponurego zamczyska. Elizabeth Collins (doskonała Michelle Pfeiffer) to dość (nie)typowa pani domu, trzęsąca całą familią jak trzeba. Na jej barkach spoczywa odpowiedzialność za utrzymanie dzieci, plus nie zawsze świetnie się z nimi dogaduje. Jej córka Carolyn to podręcznikowy przykład dorastającej nastolatki, w stylu zbuntowanych dzieci kwiatów (do tego jej sposób mówienia przypomina nieco napaloną entuzjastkę blantów). Mały David, osierocony synek chciwego Rogera, swój czas spędza na sesjach z psychoterapeutką Dr Julią Hoffman. Jest jeszcze dość ekscentryczny woźny Willie i sporadycznie pojawiająca się starsza pani, lubiąca czyścić zakurzone przedmioty.

    Mimo wielu trudności, Collinsowie zawsze znajdują jakiś sposób na przetrwanie i wiedzą, że ze swoją przeszłością nie jest im łatwo żyć z zresztą świata. Dla mnie osobiście „Dark Shadows” jest właśnie filmem o odmienności- jego pierwszą reprezentantką jest zranioną Angelique, która nie umie okazywać swoich uczuć inaczej, jak przez kontrolę i manipulację. Elizabeth za wszelka cenę pragnie chronić swych najbliższych i nie cofnie się nawet przed zasztyletowaniem Barnabasa. Zaś sam główny bohater to zamknięty w skórze nieumarłego, przeklęty człowiek, który mimo wszystko sam przyczynił się do spowodowania takiego obrotu zdarzeń. Nie zapominajmy również o Vicky, którą rodzice za młodu wysłali do szpitala psychiatrycznego (swoją drogą odnoszę wrażenie,że większość wątków było mocno nie rozwiniętych).

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to dzieło Burtona błyszczy i ociera się o klimat rodem z gotyckich produkcji kina grozy. Muzyka jest bardzo mocnym dodatkiem- zwłaszcza „Night in white satin”, która do tej pory mi gdzieś tam szumi w umyśle. Szkoda tylko, że prawie na tym kończą się moje pozytywy.

Nie zdziwię nikogo, kto widział już film, jeśli powiem, że coś tu po prostu było nie tak. Czy to miała być komedia? Szczerze mówiąc momentów śmiechu nie uświadczyłam. Konwencja horrorów jest mi obca, więc pozostawiam to bez odpowiedzi. Ale jakaś głębia, czy tzw. czwarte dno zostało po prostu odsunięte na margines, tak jak miało to miejsce w „Alicji”. Jak wspomniałam już wcześniej, było parę ciekawych momentów, które niestety nie zostały przedstawione w sposób na tyle intrygujący by nie znudzić widza i nie powodować mocno przeze mnie tępionego deja vu. Ani tragizm wiedźmy, ani Barnabasa nie został na tyle wyeksponowany, by czuć się usatysfakcjonowanym.

Aktorsko najbardziej wyróżnia się Eva Green, iście perfekcyjna w ‚biczowatości’ swojej postaci. Pfeiffer udowodniła, że choć rzadko pojawia się teraz na ekranie, nadal potrafi mocno przykuć uwagę. Reszta specjalnie nie odstawała, ale jest jeden aktor, który dość mocno rozczarowuje. Tak. Johnny Depp. Wielki Johnny Depp, opłacany ze rekordowe ponoć garze, nie umiejący z siebie wykrzesać żadnej nowości. Nie będę się spierać czy jest najlepszym, czy najbardziej przereklamowanym aktorem świata, bo po pierwsze nie jestem ekspertem, a po drugie takie kwestie nigdy nie będą w stu procentach obiektywne. W każdym razie: nie było tak źle, ale mogło być lepiej. I to lepiej właśnie najmocniej boli.

Nie wiem czy mogę polecić „Dark Shadows”. Mimo, że ogląda się je dość dobrze, czuć po nich ewidentny niedosyt.