Chcąc zostać behawiorystą.

Twórcy „Hannibala” nie zwalniają tempa. Choć pierwsze odcinki drugiego sezonu rozpoczęły się istną petardą, nie czułam się wciągnięta środkowymi epizodami. Mimo odłożenia seansu na wiele tygodni, nie miałam problemu z wejściem w dalszą akcję, która z minuty na minutę stawała się coraz bardziej absorbująca. Nie wiem jak Fuller i spółka to robią, ale udało im się wytoczyć istną armatę na zakończenie historii. Jest niezwykłą dla mnie rzeczą takie zaprezentowanie fabuły, by widzowi pozostała w głowie jedynie mocna końcówka. Muszę się też przyznać, że w niektórych scenach naprawdę się emocjonowałam, a uczucie dramatyzmu pozostało mi do teraz. Dziś będę więc odnosić się do swoich refleksji dotyczących finału „Hannibala”, więc jeżeli nie macie za sobą drugiego sezonu lepiej nie czytajcie dalej.

To co od razu przykuło moją uwagę to fakt, że postaci naprawdę przeszły przemianę w stosunku do pierwszych odcinków. Will nie miota się (dosłownie i w przenośni) w klatce, stał się wyciszony, bo wie jaką przyjąć taktykę. Freddie Lounds jest nad wyraz spokojna jak na dziennikarkę stosującą zagrania poniżej pasa. Jacka już nic nie zatrzyma by pokonać Hannibala- czując, że traci najbardziej kochaną osobę w życiu, jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Alana przestała zwalać wszystko na niestabilnego Willa, zdała sobie sprawę, że została oszukana tak jak większość ludzi. Sam Lecter zaś został obnażony. Will go poznał i odkrył w nim te cechy, które mocno chował. Co bowiem widzimy, gdy Hannibal zniża się do Willa? Smutek, prawie płacz, Lecter wciąż chyba nie może uwierzyć, że został zdradzony przez swojego towarzysza. Czyżby odruchy kanibala stawały się (o ironio) ludzkie? To katharsis dopełnia się poprzez postać Abigail, która była ważna tak dla Lectera, jak i dla Grahama. Niejednokrotnie bowiem Will ma wręcz pretensje do swojego mentora za to, że tak potraktował ich „córkę”. Graham w trakcie pierwszego sezonu znalazł wspólny język z Abigail, bo cóż innego mogłoby ich łączyć, jak nie traumatyczne doświadczenia.

Fakt, że Hannibal ukrywał rzekomo zabitą dziewczynę świadczy o jego enigmatyczności. Planowanie naprzód jest owszem- godne podziwu, choć można odnieść wrażenie, że Lecter do końca nie przewidział, jak zachowa się Will. Mimo, iż niezbyt zdziwiło mnie, co pod koniec postanowił zrobić Hannibal, poczułam ukłucie w brzuchu- być może dlatego, że historia wryła mi się w pamięć. Scena pożegnania Lectera i Willa jest pełna emocji, napięcie między tą dwójką rośnie, a zwyczajne gesty takie jak dotykanie twarzy, czy objęcia wypadają nad wyraz niezwykle. Wcale się nie dziwię, że internet tak chętnie posługuje się fragmentem, w którym Will „przywiera” do Hannibala, bo wydaje się to niezwykle intymna sprawa. Powiecie, jak to jest możliwe, że zadanie komuś rany może mieć taki charakter? Odpowiedź na to znajdziecie w jednej z rozmów, gdy Graham zapytany przez Lectera o najlepszy sposób na morderstwo mówi o zabiciu gołymi rękami. Nie pistoletem, który odbiera cały sens spełnienia zemsty, tylko zanurzenie się w osobę ofiary/killera. Kwestia takich wyznań rozpoczęła się zapewne od odcinka z pracownikiem muzeum, mającym problemy z tożsamością.

Im dalej w serial tym straszniej, a nawet i halucynogennie. Wydarzenia z pogranicza realizmu i surrealizmu szybko się mieszają, nie wiemy już co jest prawdą a co nie, a dopełnia to finał sezonu. Wszystko bowiem zdaje się groteskową radością Hannibala, przechodzi on między swoimi ofiarami, a w deszczu refleksyjnie zamyka oczy w kierunku nieba, mijając leżącą na schodach Alanę. Dodajmy do tego przejmującą muzykę, a dostaniemy dziwny sos, nie pasujący do typowych kryminałów. To właśnie wyróżnia „Hannibala” od innych pozycji, bo twórcy doskonale zdają sobie sprawę z chwytów, które wymieniłam. W żadnym wypadku nie mamy do czynienia z ordynarnym dochodzeniem, bo też i zabójca nie jest w żadnym stopniu ordynarny. Gdy Hannibal powiedział Willowi, że mu wybacza wiedziałam, że zostałam już kupiona.

Trzynasty epizod za motyw przewodni wybrał sobie odgłosy zegara. Czas jest bowiem rzeczą nieuchronną, a stwierdzenia Hannibala odnośnie tematu przypominają mi fragment z innej produkcji. W filmie „Przysięga” bogini, która obdarowała niezwykłą urodą Qingcheng, mówi jej, że wróci do swojego poprzedniego życia, jeżeli czas zacznie biec wstecz. Być może nie ma to żadnego związku z serialem, ale daje wrażenie bezsilności człowieka wobec niektórych rzeczy. Jack Crawford, siedzący obwiązany krawatem by się nie wykrwawić, prawdopodobnie nie zdąży zamienić słowa z umierającą na raka Bellą. Alana raczej na pewno nie przeżyje, w moim mniemaniu jest chyba najbardziej tragiczną postacią spośród reszty, bo uwierzyła Hannibalowi, a potem miotała się między swoimi domysłami. Will i Abigail zaś słaniają się powoli w pokoju próbując sobie pomóc, choć nie jest to możliwe w tak dewastacyjnym stanie. Fakt, że Hannibal rozpoznał podstęp Willa znów mówi nam, że nie mamy do czynienia z krzywym autentyzmem, tylko elementami oniryzmu i być może weird fiction.

Najbardziej fascynującą (dla mnie) sprawą była zasadzka Willa. Od początku dawał on do zrozumienia, że chce dopaść Hannibala, lecz zdobycie zwolenników tezy przychodziło dość topornie. Gdy Graham stawał się poplecznikiem Lectera uwierzyłam w jego zrezygnowanie, to, że postanowił płynąć z prądem i zostać behawiorystą. Will momentami zachowywał się niczym kukiełka lewitująca przy objęciach swego pana, którym był rzecz jasna sam Hannibal Lecter. Jego zatracenie się we władzy, zdobycie naśladowcy było iście epickim zagraniem ze strony Willa, niestety zniszczonym nadprzyrodzonymi zdolnościami Hannibala. I choć spodziewałam się dość krwawej końcówki, nie sądziłam, że będzie mieć ona tak dosadne fanfary.

Za niecałe dwa tygodnie rozpocznie się trzeci sezon, którego już nie mogę się doczekać. Bon appétit!

„-Wierzysz, że mógłbyś mnie zmienić tak jak, ja zmieniłem ciebie?

-Już cię zmieniłem.”

Carnival animal.

Disclaimer: nie będzie ani żadnych odniesień do książki, ani do tego, że serial strasznie mi się kojarzy z krawatami (internetowy Esquire uznał Hannibala za najlepiej ubranego bohatera TV- może stąd to nawiązanie);
       Ten wpis kiełkował w impulsywny jak zawsze sposób, łącząc mój entuzjazm z brakiem merytorycznego przygotowania. Zdałam sobie też sprawę, że pomijanie serialowych podsumowań, fatalnie wpływa na kulturalne samopoczucie mniej lub bardziej obeznanego blogera (tak uogólniam-jak bardzo złe to stwierdzenie?). Jeśli czytając to wszystko kręcicie nosem, mając dość  standardowego ‘trucia bez sensu’, dajcie mi chwilę, by się wytłumaczyć. Niedawno skończyłam intensywny kurs językowy i czuję się roztargniona, a notka- choć nie jest zbyt odkrywcza, powstała po to, żeby wyjść z marazmu. Pewnie za moment poczuję, że mogłam darować sobie ten temat, ale niech będzie-od czegoś trzeba zacząć. A nic tak nie poprawia humoru jak produkcja, która okazała się dużo bardziej interesująca, niż z początku.
              Zacznę od tego, że współczesne kryminały cierpią na tendencję gotowego scenariusza. Ciężko trafić, na coś, co nie będzie klonem swego poprzednika. Osobiście, zdarzyło mi się nawet pomylić jedną produkcję z drugą, bo są lub były w czymś do siebie podobne („Siedem”/”Złodziej życia”/”Psychopata”). Choć  procedurale wyskakują jak grzyby po deszczu, wciąż nie dają nam gwarancji na rozrywkę z wyższej półki. Wszystkiemu winien jest zarówno pedantyczny technicznie David Fincher, jak i świat po projekcji „Milczenia Owiec”. Adaptacja literackiego pierwowzoru, umożliwiła przedstawienie historii, w której główny psycho-killer nie tylko okazuje się inteligentnym osobnikiem, ale przede wszystkim jest ciekawiej skonstruowany niż niejeden protagonista-> np. biorąc pod uwagę „Czerwonego smoka” (być może to wynika z mojej nikłej sympatii do Edwarda Nortona; generalnie: nie rozumiem jego fenomenu). Jednak ożywienie, tudzież re-interpretacja ikony, pobudziła multum kontrowersji, poczynając od tych najgłośniejszych. Nie obyło się bez batów w stronę Madsa Mikkelsena, którego z marszu oceniano przez pryzmat Hopkinsa, dodając przy tym swe gorzkie żale względem ‘fatalnego’ akcentu Duńczyka. Z drugiej zaś strony Will Graham, to jeden z najmniej lubianych osobników, słynącego z hejterstwa filmweba. W dzisiejszym odcinku, postanowiłam odgrzebać z pamięci zarówno produkcję odcinkową, jak i wspominane wyżej „The Silence of the Lambs”. Będzie więc trochę lania wody, a trochę analizy pod kątem niektórych kryteriów. Zatem do dzieła.
Po tym serialu będziesz śnić o grasujących, gigantycznych jeleniach, mózgu w foliowej postaci, a przede wszystkim skomplikowanych dźwiękach, wywołujących uczucie przygnębienia. Tak, moi drodzy, dla mnie „Hannibal” to jest przede wszystkim jakaś depresyjna niemoc. Co z tego, że Willowi po części udaje się wytropić sprawcę, skoro tylko podwyższy ów stan psychozy i zbyt duże zaangażowanie w sprawę? Już nie mówiąc o zaburzeniach tożsamości i tak potwornie realistycznych snach, że ma się wrażenie, jakby ktoś celowo tego pana torturował. Fakt faktem, że nie trzeba filozofa by domyślić się o kogo mi chodzi, ale cały smaczek- związany z  pewną relacją, zostawię sobie na później.
    Poznajcie Willa Grahama- specjalistę od spraw beznadziejnych. Will to samotny posiadacz psich czworonogów, pracujący w jednostce FBI. To znaczy tak nie do końca- raz widzimy, że prowadzi wykłady, a za moment zjawia się na środku miejsca zbrodni. Jest potrzebny przy konsultacjach za żółtymi taśmami, bo nikt inny nie potrafi stworzyć odpowiedniego profilu mordercy. Kontrowersji owej kwestii dodaje fakt, że Will niekoniecznie winien pracować w podobnych warunkach. Dlaczego? Bo, gdy omawia swe krwawe refleksje, z dowodzącym sekcją Jackiem Crawfordem, od razu widać, że coś męczy go niemiłosiernie. Co uważniejsi wychwycą, że być może miał już do czynienia z tak poważnym scaleniem z mordercą, iż nie mógł przez dłuższy czas funkcjonować (i, że prawdopodobnie coś mocno wryło mu się w psychikę). I choć w pierwszych minutach, umiejętności Willa wydawać się mogą nadmiernie przesadzone*, jest to niezbędne by się zorientować, że przysporzą mu więcej kłopotów, niż radości. A czym tak właściwie dysponuje W. Graham? Dosłownie (i w przenośni) empatycznym podejściem do ściganego mordercy, którego jest w stanie zrekonstruować nie tylko pod względem  psychologicznym , ale i tym detalicznym: jak to zadawał on ciosy ofierze, czy miał konkretny motyw i tym podobne. Pełna hiperanaliza, wymagająca twardych nerwów i czaszki ze stali.

Zatem, co robi Jack Crawford, by móc spać po nocach wiedząc, że sprowadził Willa na złą drogę? Prosi o pomoc renomowanego- i chyba własnego psychiatrę, doktora Lectera (mroczne bah-dum-tss w tle), by miał oko na chwiejnego Willa i zdawał mu raport z jego postępów. Ten dość ryzykowny i kontrowersyjny pomysł, z dnia na dzień robi się coraz bardziej niewygodny. Bo po pierwsze: doktor Alana Bloom- inna psychoterapeutka, nie tylko uważa powrót Willa za zły z powodów naukowych, ale i stricte osobistych. Po drugie: na karku depczą śledczym głodni dziennikarze, z bezkompromisową Freddie Lounds na czele- a ona już wie, jak wykorzystać nietypowość Grahama. No i po trzecie: wiemy doskonale, że angażowanie Lectera w roli mentora jest jednym z najbardziej samobójczych gestów w dziejach popkultury-> to znaczy, oni tego nie wiedzą, ale po co od razu psuć zabawę.

   W trakcie serialu przewija się kilka mniej, lub bardziej istotnych zabójstw, prowadzących do satysfakcjonującego finału. I, chociaż mi też zdarzyło się psioczyć w stronę pierwszych epizodów, mam wrażenie, że celowo rozłożono akcję w ten, nieco leniwy sposób. Bowiem wszystko, co wydarzy się w początkowych minutach serii, wraca ze zdwojoną szybkością w chwili, gdy Will coraz mocniej wątpi w samego siebie- a Lecter milimetr po milimetrze, wgryza się w jego zaburzoną osobowość. Po zabójstwie Garretta Jacoba Hobbs’a, Will nie potrafi już zrozumieć, czy staje się tym samym potworem co Hobbs, czy tylko jego podświadomość-którą ktoś majstrował, robi sobie z niego, że się tak wyrażę żarty.
     Podczas projekcji poznamy feerię irytujących, bądź  intrygujących bohaterów, którzy dostali nieco krótszy czas antenowy. Jeśli o mnie chodzi, to zwróciłam uwagę na Abigail Hobbs: córkę seryjnego przestępcy, która nie tylko była świadkiem kryminalnej interwencji, ale przede wszystkim wiedziała, co robił jej ociec. Te frapujące elementy układanki odkrywamy z odcinka na odcinek, zastanawiając się przy tym, jak bardzo zmienił się charakter, muszącej radzić sobie z byciem ‘pomocnicą’ dziewczyny. Abigail- prócz dalszej konieczności kiszenia się w ośrodku dla mentalnie chorych,  bardzo szybko zostaje zmanipulowana przez naczelnego trolla serialu**, który celowo wymusza utrzymanie ich wspólnej tajemnicy.

Inną postacią, przykuwająca od razu oko jest terapeutka, tudzież stara znajoma Hannibala, czyli doktor Bedelia du Maurier, świetnie sportretowana przez Gillian Anderson. Co prawda pojawia się na jakieś pięć minut na (dajmy na to) 40, ale i tak pozostawia za sobą więcej pytań, niż odpowiedzi. Jej relacja z Hannibalem z pewnością przekracza dozwolony formalizm i widać wyraźne, że wie więcej, niż ci-wzięci w cudzysłów przyjaciele Lectera. Jest to pewien maleńki prztyczek w nos widza, mówiący z lubością : „Hej, ona też wie kim jest ten Hannibal, co ty na to?” A ja na to tyle, że chciałabym wiedzieć więcej. Na przykład jak to było z tym szemranym pacjentem Bedelii.

      Dalej: Hannibal. No i tu nie będę pisać za wiele. Rewelacyjnie oddana postać. Taki cicho-ciemny drapieżnik, zimny perfekcjonista, za nic mający sobie emocje, albo raczej emocjonalność. Mieszka w eleganckim apartamencie, lubuje się w sztuce wszelakiej maści (malarstwo, muzyka itp.), ubiera bardziej niż oryginalnie i w dodatku umie gotować. Ale tu przychodzi pewien zgrzyt. Bo my widzimy, co tak naprawdę przyrządza swym gościom i choć nie wiem jak apetyczne byłyby to frykasy, ciężko tolerować ten fakt po drugiej stronie ekranu. Oczywiście do czasu. Bo kto raz zje taką potrawę, nigdy już nie wróci do wieprzowiny. Jednak przejdźmy ponownie do mego peanu. Wielkie brawa dla Madsa  Mikkelsena za odświeżenie postaci mięsożernego konesera. Warto było poczekać do końca, bo ukazał on jedynie przedsmak geniuszu i niebezpieczeństwa . Zresztą- porównajcie sobie tę kreację z, wałkowanym niedawno „Casino Royale”: mimika Madsa w „Hannibalu” jest w pewnym stopniu martwa. Jakby to nie był człowiek, tylko… no właśnie. Te wystudiowane, dopracowane gesty przywodzą na myśl projekcję osobowości, którą wychwycą nieliczni.
   Jeśli chodzi o relację z Willem (celowo kreowanym na przeciwieństwo Lectera), początkowo ni mnie ziębiła, ni grzała. Ot, wymuszona konieczność, podparta ciekawością ze strony znudzonego Lectera. Jednak z biegiem czasu, nasz doktorek coraz mocniej przywiązuje się do tych rozmów wieczorem- przypomnijmy sobie scenę, w której Graham nie zjawia się na wizytę, a  w tle rozbrzmiewa nostalgiczny utwór. Przez ułamek sekundy wygląda tak, jakby Lecter coś przeżywał. Czy aby na pewno? Cóż, nie będę zdradzać, jak wszystko dalej się potoczy, choć przyznaję, że nie byłabym fanką serialu, gdyby nie Internet. Ogromną zasługę w tym rozbudowaniu linii Graham-Lecter ma bowiem fandom, który wielokrotnie zaskakiwał mnie, podczas przeglądania tumblr.com (i youtube’a). I, choć zdaję sobie sprawę, że taki argument niekoniecznie kogoś przekonuje, to mówię szczerze: zaciśnijcie zęby i zabierzcie się za te 13 odcinków. Mimo wszystko warto.

      To, co mi się w tej serii dodatkowo podoba, to fakt, że „Hannibal” wizualnie nie daje o sobie zapomnieć. Kolorystyka zdarzeń zmienia się w zależności od napięcia: raz jest przeraźliwie nasycona, a kiedy indziej mocno przygaszona i tak jakby mglista. Duża w tym zasługa klimatycznego świata przedstawionego, pełnego niebieskiego, smutnego krajobrazu. Muzyka również bywa raczej wrogiem, niż sprzymierzeńcem bohaterów i powoduje, że ma się wrażenie oglądania thrillera bez happy endu. Co do czołówki, to owszem: jest króciutka i być może niezauważalna, ale przez dłuższy czas taki wydaje się sam cannibal Lecter.

      No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim jest „Milczenie Owiec”? Po raz kolejny powtórzyłam sobie to wiekopomne dzieło i muszę stwierdzić, że wciąż robi na mnie wrażenie. Mimo tego, że historię znałam nie od dziś, z chęcią zajrzałam do tej (niestarzejącej się) wersji, z fantastycznym Hopkinsem i urokliwą Jodie Foster w roli głównej. Biorąc pod uwagę serię TV, z dziecinną ciekawością rozpoznawałam detale, które wcześniej mi umknęły. Dało się zauważyć pazernego i żądnego sławy Chiltona, ten sam budynek, przetrzymujący psychopatów i sposób morderstwa, który pojawił się w jednym z odcinków: tak zwany krwawy orzeł, tudzież zawieszone ciała z wyjętymi żebrami, przypominający skrzydła aniołów.
Podsumowując: jeśli marzy Wam się barokowy naturalizm i przygnębiająca atmosfera, wybierzcie „Hannibala”. Nic bowiem tak nie fascynuje, jak przekonanie się, czy współczesności wychodzi rozgrzebywanie klasyki.
…………………………………………………………………………………………………………………….
*lasery, rzecz jasna lasery
**Mysza, w podobny sposób wyraziła się w którejś ze swoich notek. Tak więc, jeśli nie zadowolą Was te wypociny idźcie czytać jej refleksje (choć założę się, że część już to zrobiła).

 

Alicja w krainie schizy.

Ludzie piszą o Supermenach, problemach żołądkowych w Vegas i wolnej interpretacji „Opowieści z Narnii” (albo mi się tylko wydaje), a ja wciąż opóźniona w kulturze. No cóż- tak i też bywa, ale nic na to nie poradzę, że mam w sobie coś z pseudo hipstera. Ostatnimi czasy zaprzestałam nawet śledzenia [daremnych] poczynań Willa Grahama i- choć powinnam czuć odrazę w scenach konsumpcji posiłków przygotowanych przez dr Lectera, miałam tylko ochotę przyrządzić sobie kolejną kanapkę…Ale dość o mnie, czas przejść do gwoździa dzisiejszego programu, czyli filmu Chan-wook Parka: południowokoreańskiego reżysera i scenarzysty, którego twórczość powinnam już dawno mieć za sobą. Jak zapewne się domyślacie, nie posiadam zbyt dużej wiedzy odnośnie jego wcześniejszych dokonań, ale miałam nadzieję, że nie przeszkodzi mi to w odbiorze dzieła. Czy miałam rację, trudno mi w tej chwili spekulować, ale pewna jestem jednego: „Stoker” to stuprocentowa rozrywka dla oczu.

       Azjaci mają chyba słabość w obsadzaniu kruchych i delikatnych fizycznie bohaterek w roli niepokornych dusz- tudzież takich, które kojarzą się ze stylistyką kina grozy. Nie inaczej dzieje się w „Stokerze” [produkcji, tym razem nie skalanej dziwnym tłumaczeniem]- filmie, który główną oś produkcji wspiera na barkach młodziutkiej, bladolicej Indii Stoker, przyzwoicie zagranej przez Mię Wasikowską. India nie wygląda na typową duszę towarzystwa-woli hasać po konarach w poszukiwaniu urodzinowych prezentów i za nic ma sobie utarte konwenanse. Dlaczego? Ano może z tego prostego powodu, że w dniu tak zwanej osiemnastki dowiaduje się, że jej ojciec-Richard Stoker, ginie w wypadku samochodowym. Sytuacja jest o tyle niepokojąca, że India miała swego rodziciela za kogoś w rodzaju pokrewnej duszy: rozumieli się bez słów, a dziewczyna przede wszystkim czuła się z nim bezpieczna. W chwili pogrzebu, India dowiaduje się od matki, że na stypie pojawił się wuj Charlie (albo stryj): osobnik, którego istnienie przez cały czas było przed nią zatajone. Panna Stoker nie tylko więc czuje się skołowana przedwczesnym zgonem ojca, ale również zdziwi ją fakt, że wujek- wyskakując niczym Filip z konopi, od razu zapragnie się z nią zaprzyjaźnić. Ów problem będzie tu rzecz jasna punktem zapalnym fabuły, rozwijającym klatka po klatce rodzinne sekrety.

Zacznę od tego, że do filmu zachęcił mnie ciekawy trailer. Psychopatyczne spojrzenie Matthew Goode’a- jak i frapujące urywki,  powiedziały mi, że przynajmniej nie zawiodę się w kwestii aktorstwa. I tak też było. Jako uncle Charlie, Goode okazał się przyciągającym ogniwem, długo trzymającym akcję w ryzach. W pierwszych minutach seansu, złapałam się nawet na tym, że zaczęłam myśleć coś w stylu: ‚Ciekawe o co tu tak właściwie chodzi’. I choć nie brzmi to jak szczególny komplement, w tym dziele spełnia tę rolę. Bo już w chwili, gdy Charlie Stoker [prawie wszyscy noszą to samo nazwisko gwoli ścisłości] postanawia się zatrzymać w posiadłości Indii i jej matki Evelyn, odczuwamy pewną nutkę niepokoju: wszak nawet ciotka Stoker dość dziwnie zareaguje na widok ‚wujaszka’ (członkowie pogrzebu ograniczyli się do prostego „Nie wiedziałem/am, że Richard miał brata”). Charlie będzie więc nie tylko kalką ‚filmowego przystojniaka z tajemnicą’, który pojawia się znikąd, ale przede wszystkim zakamuflowanym manipulantem, aka socjopatą: co raz się śmieje i komplementuje, by za moment przywdziać inną maskę. Nie trzeba chyba dodawać, że kolejnym motorem podkręcającym napięcie, jest dość wyraźna- by nie powiedzieć chora obsesja Charlie’go na punkcie Indii: który wie o siostrzenicy więcej, niż jest to moralnie dozwolone. Wszystko to widać w drobnych gestach i symbolach ([spoiler] flirtowanie Charliego z matką Indii [/koniec]), a zwłaszcza w kluczowej dla wydarzeń scenie gry na fortepianie- która jest moją ulubioną.
Ok, no więc trochę posłodziłam Matthewo’wi Goode, a co z resztą? Nicole Kidman choć kiedyś należała do grona moich ulubionych aktorek w tym dziele niespecjalnie mnie powaliła. Być może wiąże się to z moją niechęcią do jej ograniczonej mimiki- spowodowanej wiadomymi czynnikami, ale w każdym razie: ni mnie ziębiła ni grzała. O dziwo z Mią Wasikowską było zupełnie inaczej, chociaż obawiałam się, że zobaczę powtórkę z „Alicji” Burtona/Disney’a. Była wycofaną obserwatorką, pełną licznych sprzeczności: w jednej chwili niewinną, a i kiedy trzeba brutalną, Niektórzy pisali w swoich recenzjach, że Mia snuje się przez pół filmu bez wyrazu (być może Klapserka, ale to nie znaczy, że mam coś do jej opinii-> po prostu to zapamiętałam), ale dla mnie był to po prostu inny rodzaj cierpienia, wewnętrznego cierpienia. Izolacja, która nie polega na waleniu ‚fuckami’ na prawo i lewo, tylko całkowity marazm połączony z gigantycznym dystansem. Bo zdając sobie sprawę z natury Indii-zwłaszcza po seansie, wcale nie dziwi mnie fakt, że wolała odcinać się od reszty, czując, że zabrakło jej mentalnego oparcia. I tak, ono się mówiąc prostolinijnie pojawi, ale czy w ten sposób, jak wygląda to w typowej obyczajówce? Oczywiście nie.

[gigantyczne spoilery] „Stoker” to po części film o dorastaniu (weźmy tę zmianę butów ‚oksfordek’ na dojrzałe, kobiecie szpilki), a po części thriller-drama o poszukiwaniu swojej tożsamości. Jest to również bazowanie na słynnym motywie, który często pojawia się w dyskusjach odnośnie dzieła. Pewnie powinnam od razu się domyślić, że chodzi o współczesny wampiryzm, bądź zabawę w skojarzenie z książką Brama Stokera: „Dracula”. Dowód? India już na samym początku akcji mówi o swym wyczulonym słuchu, wyostrzonych zmysłach-czy słyszeniu ‚głosów’, a po chwili dochodzi również sentyment, by nie powiedzieć jej fascynacja krwią i śmiercią (ugryzienie chłopaka podczas całowania, masturbacja po dokonaniu pierwszej zbrodni). India tak jak i Charlie krwawe gody rozpoczynali głównie w nocy, a gdy było ciepło, mieli na sobie przeciwsłoneczne okulary. Pojawiają się tu również skojarzenia z „Dexterem”- biorąc pod uwagę polowania Indii z ojcem i to, jaki był ostateczny wybór bohaterki. [/koniec]

Produkcja Chan-wook Parka jest niezwykle malownicza. Wszystkie elementy techniczne, począwszy od wystudiowanego plakatu, na napisach kończąc, ocierają się o wizualny perfekcjonizm. Detaliści po seansie powinni poczuć się jak ryba w wodzie. „Stoker” sprawia zatem wrażenie filmowej koronkowej roboty, która jest przygaszonym krajobrazem nierealnym, mimo elementów współczesnych. Ów gotycki dom przypomina momentami siedzibę duchów, albo miejsca, gdzie dzieją się straszne rzeczy niczym w „American Horror Story”. Nasze oko sycą nawet ułożone owalne głazy, miejsce gdzie India siedzi na drzewie, czy też jej ubrania- które są nawiasem mówiąc bardzo, ale to bardzo czyste (bądź vintage). Zdjęcia kradną powiew wiatru smagającego włos Indii, a te szepty i fragmenty- które, choć mogą przyprawiać o negatywne odczucia, w kadrach nie dają o sobie zapomnieć. Tak zwana martwa natura z czaszką.
Co jest zatem największym minusem dzieła? Wygląda na to, że jednak scenariusz. Po godzinie „Stoker” jest już bardziej stalkerem– niknie gdzieś ciekawość i dynamizm, a na pierwszy plan wypływa nuda, biorąc na tapetę dość utarte schematy. I choć może się wydawać, że nie warto zawracać sobie tym [tytułem] głowy, broni się on wyżej wspomnianymi przeze mnie czynnikami (pozwoliłam sobie pominąć fakt, że autorem scriptu jest Wentworth Milller; a nie, jednak wygadałam).

Zatem słowem końcowym: wszystko zależy od osobistych preferencji. Mi się „Stoker” podobał. Ot, bez szału, ale i w porządku, na dodatek ma całkiem interesujące utwory autorstwa Clinta Mansella-> a ja polubiłam to, co brzmiało już na napisach.