7 najciekawszych odcinków "Martina Tajemniczego".

Żeby trochę urozmaicić, przejdę do (odkopanego z lamusa) rankingu serialu, który-jak się okazuje wciąż robi na mnie wrażenie pod względem pomysłowości.

1.”Web of the spider creature” (sezon 3)- i słowo ekscentryczny nauczyciel nabiera nowego znaczenia.

2. „Hairier and scarier” (sezon 3)-nastoletni wilkołak w wersji rysunkowej.

3.”Curse of the Necklace” (sezon 1)- klimat Halloween i ciekawa przestroga przed nadmiernym jedzeniem czekoladek.

4. „Shriek from Beyond” (sezon 1)- mitologiczne stworzenia w nieco mniej popularnej odsłonie.

5.  „The Vampire returns” (sezon 2)- znów ujawnił się mój wyjątkowy brak obiektywizmu względem wampirów (z pewnymi wyjątkami). A poza tym klimat Paryża przypomina mi wycieczkę za czasów liceum.
6. „The house of zombies” (sezon 3)- sposób nadania postaciom ruchów a la zombie wyszedł twórcom lepiej niż nieźle. Poza tym jest to kolejny powód, by nie sugerować się poradnikami.
7. „Revenge of the doppelganger” (sezon 1)- kobiety tracą twarze, a co najlepsze kojarzy mi się to z jedną ze scen w „Matrixie”.

Miśki też czasem lubią się zabawić.

     Nie jestem entuzjastką ruchomych zabawek. Taki patent sprawdził się dobrze tylko w jednym filmie, bynajmniej nie aspirującym do miana zwyczajnej komedii („Toy story”). W momencie, gdy kolejny ‚pomysłowy’ scenarzysta pragnie doścignąć sztuki jaką stworzył Pixar, pojawia się swoisty niepokój- no bo jak tu połączyć elementy komputerowe z żywymi aktorami, żeby nie powstał z tego kicz na kółkach? Gdy pojawił się zwiastun „Teda” pomyślałam sobie : ‚Może jednak coś z tego będzie’. Jednak im dalej w las, tym więcej mew, a te nieznośnie skrzecząc mi nad głową, gdzieś w połowie projekcji podpowiadały mi, że  trochę się wynudzę. I miały rację.

       John Bennett (Mark Wahlberg) w wieku ośmiu lat nie miał kolegów nawet w Wigilię. Wszystko zmienia się, gdy pewnego grudniowego wieczoru otrzymuje w prezencie pluszowego miśka. Nasz samotny bohater życzy sobie, aby jego futrzasty kompan ożył i zaczął mówić. Prośba chłopaka zostaje spełniona, a John i Ted poprzysięgają sobie przyjaźń na wieki. Ten uroczy wstęp sprowadza nas na ziemię, gdy mija kolejnych dwadzieścia-parę lat. John co prawda ma już kiepską pracę i dziewczynę, i (ba!) obchodzi z nią 4 rocznicę związku, ale jakimś cudem nie potrafi opuścić swojego miśka. Sam Ted nie jest już tak uroczy, jak kiedyś-dorastał wraz ze swoim panem, a jego ulubionym zajęciem jest oglądanie ‚Flasha Gordona’ i palenie trawki o poranku. Egzystencja ze sprośnym miśkiem najmniej podoba się Lori (Mila Kunis), która liczy na coś więcej, niż bycie tylko dziewczyną Johna. I Tak Ted zostanie w końcu wyeksmitowany z apartamentu, podejmie nawet pracę, ale John niekoniecznie będzie umiał rozstać się z  ukochaną maskotką. Musi wybrać między miłością swojego życia, a najlepszym przyjacielem, zadając sobie przy tym pytanie, na ile jest w stanie się zmienić.

        Jak można się domyślić, Ted reprezentuje wszystkie te cechy, które kochają tzw. wieczni studenci: imprezowanie, picie, wciąganie białej kreski z ex-gwiazdą Hollywood, a przede wszystkim brak zobowiązań. Jest kulą u nogi i prawdziwym obliczem Johna- człowieka na skraju kryzysu. Kto w końcu chciałby być dorosłym, jeśli można wiecznie się bawić? Z tego dzieła dowiecie się jednak, że nie jest to wcale takie fajne i nawet Ted będzie musiał pójść na pewien kompromis.

   Sam pomysł na film jest dość oryginalny. Teksty miśka, jego docinki  i zachowanie stanowią najmocniejszy punkt produkcji. Gorzej jeśli chodzi o spójność fabuły. Bo na boga, po jakiego grzyba wsadzono wątek z maniakalnym dzieckiem i jego ojcem? Rozumiem, że był to celowy zabieg, jednak dalsze wplatanie tej groteskowej parki szkodziło tylko reszcie (a ja odczuwałam coraz większe rozczarowanie). Z minuty na minutę patrzyłam coraz częściej na zegarek, zastanawiając się nad tym co widzę- końcówka była jakaś miałka i bez polotu. Aktorsko nie mam żadnych specjalnych zastrzeżeń: Mila Kunis jak zwykle dała radę,a  Mark ‚pokerface’ Wahlberg o dziwo nie irytował.

Podsumowując: nie jest to jakieś tragiczne dzieło, z drugiej strony brak w nim tej iskierki, która sprawia, że „Ted” wybija się ponad inne filmy. To taki typowy średniak, który po projekcji nie wniesie nic nowego do waszej filozofii (no chyba, że zapragniecie kupić sobie szklaną bańkę do wiadomo-czego).

Festiwal freaków, czyli i Ty poczuj się spełnionym.

 O filmie Tima Burtona mówiono już wielokrotnie. Nie zadziwia liczba fanowskich rozczarowań, czy średnio pozytywnych opinii. Ja będąc osobą wysoce nie zorientowaną w temacie postanowiłam w końcu zabrać się za produkcję, której tytuł wyjątkowo kojarzył mi się z piosenką zespołu „The rasmus” (niech rzuci kamieniem ten, kto nie słuchał kiedyś Eski). I wszystko może byłoby całkiem znośne gdyby nie fakt, z jaką obsadą i reżyserką mieliśmy do czynienia.

Osiemnastowieczny bawidamek Barnabas Coliins (Johnny Depp), swoje miłosne podboje wspominać będzie jeszcze dość długo. Łamiąc serce Angelique Bouchard (Eva Green), nie przewidział, że tym razem słono za to zapłaci. Ta pani to bowiem nikt inny, jak żądna zemsty wiedźma, która zamienia naszego bohatera w wampira. Należy przy tym dodać, że w czasie owej tragicznej sytuacji ginie również ukochana Barnanabassa, Josette. Nasz bohater, zamknięty w trumnie prawie na dwieście lat, budzi się nieoczekiwanie  w 1972 roku. Mimo kulturowego szoku (Mc Donald’s jawi mu się jako Mefistofeles),odszukuje swych dalekich krewnych i próbuje w jakiś sposób z nimi egzystować. Barnabas poznaje również nową  guwernantkę domu Victorię, niesamowicie podobną do jego dawnej ukochanej. I tak, tak oczywiście, że Angelique też przebywa w Collinspot- równie niebezpieczna co niegdyś,w dodatku wciąż mająca za złe naszemu krwiopijcy dawne zażyłości.

Przyjrzyjmy się jednak bliżej bladolicym mieszkańcom ponurego zamczyska. Elizabeth Collins (doskonała Michelle Pfeiffer) to dość (nie)typowa pani domu, trzęsąca całą familią jak trzeba. Na jej barkach spoczywa odpowiedzialność za utrzymanie dzieci, plus nie zawsze świetnie się z nimi dogaduje. Jej córka Carolyn to podręcznikowy przykład dorastającej nastolatki, w stylu zbuntowanych dzieci kwiatów (do tego jej sposób mówienia przypomina nieco napaloną entuzjastkę blantów). Mały David, osierocony synek chciwego Rogera, swój czas spędza na sesjach z psychoterapeutką Dr Julią Hoffman. Jest jeszcze dość ekscentryczny woźny Willie i sporadycznie pojawiająca się starsza pani, lubiąca czyścić zakurzone przedmioty.

    Mimo wielu trudności, Collinsowie zawsze znajdują jakiś sposób na przetrwanie i wiedzą, że ze swoją przeszłością nie jest im łatwo żyć z zresztą świata. Dla mnie osobiście „Dark Shadows” jest właśnie filmem o odmienności- jego pierwszą reprezentantką jest zranioną Angelique, która nie umie okazywać swoich uczuć inaczej, jak przez kontrolę i manipulację. Elizabeth za wszelka cenę pragnie chronić swych najbliższych i nie cofnie się nawet przed zasztyletowaniem Barnabasa. Zaś sam główny bohater to zamknięty w skórze nieumarłego, przeklęty człowiek, który mimo wszystko sam przyczynił się do spowodowania takiego obrotu zdarzeń. Nie zapominajmy również o Vicky, którą rodzice za młodu wysłali do szpitala psychiatrycznego (swoją drogą odnoszę wrażenie,że większość wątków było mocno nie rozwiniętych).

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to dzieło Burtona błyszczy i ociera się o klimat rodem z gotyckich produkcji kina grozy. Muzyka jest bardzo mocnym dodatkiem- zwłaszcza „Night in white satin”, która do tej pory mi gdzieś tam szumi w umyśle. Szkoda tylko, że prawie na tym kończą się moje pozytywy.

Nie zdziwię nikogo, kto widział już film, jeśli powiem, że coś tu po prostu było nie tak. Czy to miała być komedia? Szczerze mówiąc momentów śmiechu nie uświadczyłam. Konwencja horrorów jest mi obca, więc pozostawiam to bez odpowiedzi. Ale jakaś głębia, czy tzw. czwarte dno zostało po prostu odsunięte na margines, tak jak miało to miejsce w „Alicji”. Jak wspomniałam już wcześniej, było parę ciekawych momentów, które niestety nie zostały przedstawione w sposób na tyle intrygujący by nie znudzić widza i nie powodować mocno przeze mnie tępionego deja vu. Ani tragizm wiedźmy, ani Barnabasa nie został na tyle wyeksponowany, by czuć się usatysfakcjonowanym.

Aktorsko najbardziej wyróżnia się Eva Green, iście perfekcyjna w ‚biczowatości’ swojej postaci. Pfeiffer udowodniła, że choć rzadko pojawia się teraz na ekranie, nadal potrafi mocno przykuć uwagę. Reszta specjalnie nie odstawała, ale jest jeden aktor, który dość mocno rozczarowuje. Tak. Johnny Depp. Wielki Johnny Depp, opłacany ze rekordowe ponoć garze, nie umiejący z siebie wykrzesać żadnej nowości. Nie będę się spierać czy jest najlepszym, czy najbardziej przereklamowanym aktorem świata, bo po pierwsze nie jestem ekspertem, a po drugie takie kwestie nigdy nie będą w stu procentach obiektywne. W każdym razie: nie było tak źle, ale mogło być lepiej. I to lepiej właśnie najmocniej boli.

Nie wiem czy mogę polecić „Dark Shadows”. Mimo, że ogląda się je dość dobrze, czuć po nich ewidentny niedosyt.