Chcąc zostać behawiorystą.

Twórcy „Hannibala” nie zwalniają tempa. Choć pierwsze odcinki drugiego sezonu rozpoczęły się istną petardą, nie czułam się wciągnięta środkowymi epizodami. Mimo odłożenia seansu na wiele tygodni, nie miałam problemu z wejściem w dalszą akcję, która z minuty na minutę stawała się coraz bardziej absorbująca. Nie wiem jak Fuller i spółka to robią, ale udało im się wytoczyć istną armatę na zakończenie historii. Jest niezwykłą dla mnie rzeczą takie zaprezentowanie fabuły, by widzowi pozostała w głowie jedynie mocna końcówka. Muszę się też przyznać, że w niektórych scenach naprawdę się emocjonowałam, a uczucie dramatyzmu pozostało mi do teraz. Dziś będę więc odnosić się do swoich refleksji dotyczących finału „Hannibala”, więc jeżeli nie macie za sobą drugiego sezonu lepiej nie czytajcie dalej.

To co od razu przykuło moją uwagę to fakt, że postaci naprawdę przeszły przemianę w stosunku do pierwszych odcinków. Will nie miota się (dosłownie i w przenośni) w klatce, stał się wyciszony, bo wie jaką przyjąć taktykę. Freddie Lounds jest nad wyraz spokojna jak na dziennikarkę stosującą zagrania poniżej pasa. Jacka już nic nie zatrzyma by pokonać Hannibala- czując, że traci najbardziej kochaną osobę w życiu, jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Alana przestała zwalać wszystko na niestabilnego Willa, zdała sobie sprawę, że została oszukana tak jak większość ludzi. Sam Lecter zaś został obnażony. Will go poznał i odkrył w nim te cechy, które mocno chował. Co bowiem widzimy, gdy Hannibal zniża się do Willa? Smutek, prawie płacz, Lecter wciąż chyba nie może uwierzyć, że został zdradzony przez swojego towarzysza. Czyżby odruchy kanibala stawały się (o ironio) ludzkie? To katharsis dopełnia się poprzez postać Abigail, która była ważna tak dla Lectera, jak i dla Grahama. Niejednokrotnie bowiem Will ma wręcz pretensje do swojego mentora za to, że tak potraktował ich „córkę”. Graham w trakcie pierwszego sezonu znalazł wspólny język z Abigail, bo cóż innego mogłoby ich łączyć, jak nie traumatyczne doświadczenia.

Fakt, że Hannibal ukrywał rzekomo zabitą dziewczynę świadczy o jego enigmatyczności. Planowanie naprzód jest owszem- godne podziwu, choć można odnieść wrażenie, że Lecter do końca nie przewidział, jak zachowa się Will. Mimo, iż niezbyt zdziwiło mnie, co pod koniec postanowił zrobić Hannibal, poczułam ukłucie w brzuchu- być może dlatego, że historia wryła mi się w pamięć. Scena pożegnania Lectera i Willa jest pełna emocji, napięcie między tą dwójką rośnie, a zwyczajne gesty takie jak dotykanie twarzy, czy objęcia wypadają nad wyraz niezwykle. Wcale się nie dziwię, że internet tak chętnie posługuje się fragmentem, w którym Will „przywiera” do Hannibala, bo wydaje się to niezwykle intymna sprawa. Powiecie, jak to jest możliwe, że zadanie komuś rany może mieć taki charakter? Odpowiedź na to znajdziecie w jednej z rozmów, gdy Graham zapytany przez Lectera o najlepszy sposób na morderstwo mówi o zabiciu gołymi rękami. Nie pistoletem, który odbiera cały sens spełnienia zemsty, tylko zanurzenie się w osobę ofiary/killera. Kwestia takich wyznań rozpoczęła się zapewne od odcinka z pracownikiem muzeum, mającym problemy z tożsamością.

Im dalej w serial tym straszniej, a nawet i halucynogennie. Wydarzenia z pogranicza realizmu i surrealizmu szybko się mieszają, nie wiemy już co jest prawdą a co nie, a dopełnia to finał sezonu. Wszystko bowiem zdaje się groteskową radością Hannibala, przechodzi on między swoimi ofiarami, a w deszczu refleksyjnie zamyka oczy w kierunku nieba, mijając leżącą na schodach Alanę. Dodajmy do tego przejmującą muzykę, a dostaniemy dziwny sos, nie pasujący do typowych kryminałów. To właśnie wyróżnia „Hannibala” od innych pozycji, bo twórcy doskonale zdają sobie sprawę z chwytów, które wymieniłam. W żadnym wypadku nie mamy do czynienia z ordynarnym dochodzeniem, bo też i zabójca nie jest w żadnym stopniu ordynarny. Gdy Hannibal powiedział Willowi, że mu wybacza wiedziałam, że zostałam już kupiona.

Trzynasty epizod za motyw przewodni wybrał sobie odgłosy zegara. Czas jest bowiem rzeczą nieuchronną, a stwierdzenia Hannibala odnośnie tematu przypominają mi fragment z innej produkcji. W filmie „Przysięga” bogini, która obdarowała niezwykłą urodą Qingcheng, mówi jej, że wróci do swojego poprzedniego życia, jeżeli czas zacznie biec wstecz. Być może nie ma to żadnego związku z serialem, ale daje wrażenie bezsilności człowieka wobec niektórych rzeczy. Jack Crawford, siedzący obwiązany krawatem by się nie wykrwawić, prawdopodobnie nie zdąży zamienić słowa z umierającą na raka Bellą. Alana raczej na pewno nie przeżyje, w moim mniemaniu jest chyba najbardziej tragiczną postacią spośród reszty, bo uwierzyła Hannibalowi, a potem miotała się między swoimi domysłami. Will i Abigail zaś słaniają się powoli w pokoju próbując sobie pomóc, choć nie jest to możliwe w tak dewastacyjnym stanie. Fakt, że Hannibal rozpoznał podstęp Willa znów mówi nam, że nie mamy do czynienia z krzywym autentyzmem, tylko elementami oniryzmu i być może weird fiction.

Najbardziej fascynującą (dla mnie) sprawą była zasadzka Willa. Od początku dawał on do zrozumienia, że chce dopaść Hannibala, lecz zdobycie zwolenników tezy przychodziło dość topornie. Gdy Graham stawał się poplecznikiem Lectera uwierzyłam w jego zrezygnowanie, to, że postanowił płynąć z prądem i zostać behawiorystą. Will momentami zachowywał się niczym kukiełka lewitująca przy objęciach swego pana, którym był rzecz jasna sam Hannibal Lecter. Jego zatracenie się we władzy, zdobycie naśladowcy było iście epickim zagraniem ze strony Willa, niestety zniszczonym nadprzyrodzonymi zdolnościami Hannibala. I choć spodziewałam się dość krwawej końcówki, nie sądziłam, że będzie mieć ona tak dosadne fanfary.

Za niecałe dwa tygodnie rozpocznie się trzeci sezon, którego już nie mogę się doczekać. Bon appétit!

„-Wierzysz, że mógłbyś mnie zmienić tak jak, ja zmieniłem ciebie?

-Już cię zmieniłem.”

Opowiem wam jedną z szarawych historii…

… o dwóch panach, którzy poznali się przy zbrodni. Jeden zwał się Rust Cohle i widział świat w ciemnych barwach, drugi z nich-Marty Hart miał po dziurki pesymizmu swojego partnera. W końcu, gdy po trzech miesiącach znajomości wiesz tylko, że twój współpracownik ma mieszkanie składające się jedynie z łóżka, spróbujesz do niego dotrzeć, żeby jakoś przetrwać dochodzenie. W tej bowiem chwili znajdujemy się w połowie lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Stan Luizjana. Ogromne przestrzenie, samotne domostwa i wezwanie z powodu znalezienia ofiary. To jednak nie jest typowe morderstwo, zabito prostytutkę, której nałożono rogi- do tego ciało jej w niektórych miejscach związano i ozdobiono satanistycznymi symbolami. Zaczyna się więc robić niebezpiecznie nie tylko z powodu niecodziennej zbrodni. To mogło się kiedyś powtórzyć, mogło być (też) przede wszystkim solidnie zaplanowane, a sam Rust będący asem w swej dziedzinie okaże się większym nihilistą, niż ma to w zwyczaju.

Tak właśnie rozpoczyna się oś fabularna „True Detective”- produkcji określanej mianem kultowej, przez większość być może już obejrzanej. Ja jednak (nie pierwszy raz zresztą) zabrałam się za serial, o którym nic nowego nie napiszę. Mimo to, otwierający ciąg zdarzeń fragment nie przypadł mi do gustu, wydawał się przekombinowany, a para-monologi Rusta nieco męczyły, choć nie były totalnym bełkotem. Co mnie jednak przekonało do powtórnego seansu, to wybijająca się (już wtedy) gra aktorska Woody’ego Harrelsona i końcówka pierwszego odcinka: w końcu Rust pokazał pazury na jakie czekałam.

Bardzo podoba mi się wprowadzenie tak zwanego odwróconego postrzegania. Nasze stereotypowe myśli odnośnie dwójki bohaterów, wraz z rozwojem epizodów zmieniają się w zależności od wydarzeń. Poznajemy więc nie tylko sposób prowadzenia śledztwa przez Rusta i Marty’ego. Widzimy ich życie prywatne po złożeniu broni, a to powoduje, że nasz osąd względem ich podejścia może się po pewnym czasie zmienić. Co innego bowiem prawić morały odnośnie właściwego obcowania z ludźmi, gdy jest się człowiekiem raniącym najbliższych. Może i Rust momentami sprawia wrażenie co najmniej przerysowanego i jest irytujący w swej (fatalistycznej) manierze, ale nie da się ukryć, że przejawia bardziej empatyczne zachowania, niż jego znajomi z pracy.

Narracja jest równie niespieszna, co ciągnąca się rutyna Luizjany. Tam nie ma wielkomiejskiej dynamiki, a jak mawiał Rust, wygląda na obszar głęboko oddalony od Ziemi. Wpływa to zresztą na całokształt serii- nie bez powodu pewnie scenarzysta Nic Pizzolatto postanowił osadzić przebieg zdarzeń w tej aglomeracji. Wraz z Hartem i Cohlem zanurzamy się w bagniste odmęty tajemnicy, zaginionych dziewczyn i bezsensu istnienia. To być może nie brzmi zbyt zachęcająco, ale daje wyraz prawdziwych doświadczeń. Śledztwa w „True Detective” nie okażą się wcale spektakularne, często nasi policjanci będą dreptać w miejscu, próbując dokopać się do prawdy, martwiąc się przejęciem dochodzenia przez mniej kompetentny zespół. Tak naprawdę bowiem cała historia rozgrywa się w dwóch okresach: roku 1995 i 2012. W bardziej współczesnym wieku widzimy więc Rusta i Cohle’a kamerowanych przez młodszych kolegów, chcących dopytać się o szczegóły wspomnianej już sprawy. Jest to niezwykle ciekawy zabieg, ponieważ poznajemy (subiektywną) perspektywę obu panów, którzy w dodatku ze sobą już nie rozmawiają.

Samo wykonanie przywodzi mi na myśl jedno z dzieł Paula Thomasa Andersona. Jeżeli oglądaliście „Mistrza” być może zetknęliście się z plakatem prezentującym nie w pełni wypełnioną szklankę. Co to za substancja znajdująca się w obiekcie- trudno stwierdzić, lecz wygląda jakby była tym czym karmili się sam Rust i Marty (piwo i inne używki). Dodatkowo serialowa taśma sprawia wrażenie celowo zamglonej, dopełniają ją też wizje osamotnionego Rusta. Moja początkowa krytyka odnośnie serialu wiązała się ze skojarzeniem z „Hannibalem”. Mamy bowiem przytoczone wcześniej rogi (a raczej poroża) oraz bohatera żyjącego na granicy jawy oraz snu- w dodatku obdarzonego ponadprzeciętnymi umiejętnościami. Na całe szczęście „True Detective” nie okazał się cieniem produkcji Fullera, tutaj postawiono nie tyle na grozę, ale raczej na mistyczny smutek. Smutek spowodowany nieuchronnością pewnych wydarzeń, niesprawiedliwością i faktem, że naszych protagonistów można by spokojnie nazwać antybohaterami. Rust i Marty nie są w żadnym stopniu kryształowi, czasem będą odpychali swoimi czynami, bo są z krwi i kości. To z pewnością pozwoli nie tyle ich mocniej zrozumieć, co w jakimś stopniu się zżyć- bo też będą popełniali błędy w całym tym tragicznym syfie.

Soundtrack to kolejny ciekawy element serialu. Wraz z nutami country, typowymi dla kowbojskich potańcówek, zetkniemy się z utworami współczesnymi podpartymi ambientowym niepokojem. Jest to kolejny dowód na to, że muzyka łącząca elektronikę i indie świetnie nadaje się do serii detektywistycznych. Wystarczy spojrzeć na czołówkę, która poza dźwiękiem prezentuje nam nałożone obrazy oraz wizerunki z pogranicza psychodelii. Same rysunki Rusta i motywy satanistyczne powodują, iż doświadczamy czegoś więcej niż (około godzinnego) dochodzenia.

Bardzo popularne jest stwierdzenie, że „True Detective” przypomina „Twin Peaks”. Zapewne chodzi tutaj o przypadłości Rusta, fakt, że wcześniej widywał on zjawy, a jeden z przestępców mówił nawet o widzeniu jego duszy. Choć nie da się ukryć, że metafizyczne rozważania są bardzo istotne w tym serialu, byłabym ostrożna z takim przyklejaniem etykietek. „Twin Peaks” pomimo czającego się zła wokół był zaplanowaną komedio- groteską, TD celuje zaś w mocno depresyjny nastrój ukazujący destrukcję życia i nieuchronność porażki. Inaczej też prezentują się postaci kobiece: o ile w TP były one indywidualistkami z charakterem, o tyle w „True Detective” funkcjonują bardziej jako dopełnienie męskiego protagonisty. Najwięcej czasu antenowego posiada żona Marty’ego Maggie, oraz [spoiler] jego kochanka Lisa [koniec spoilera]. Jedna stara się dotrzeć do męża i ma dość bycia okłamywaną, druga zdawać się może przeciwieństwem tej wcześniejszej, co podkreśla miotanie się Marty’ego między obowiązkiem, a traumami. Takie konfiguracje nie są w żadnym stopniu oryginalne, dlatego „Detektyw” nie jest serialem, który wybija się na tle konstrukcji żeńskich bohaterek. Na obecną chwilę jestem ciekawa w którą stronę pójdą twórcy drugiego sezonu i jak poradzi sobie Rachel McAdams w roli szeryfa.

Nie da się ukryć, że siła tytułu tkwi w dialogach. Są one głównym rozgrywającym całego serialu, pozwalają zgłębić bohaterów oraz ich poglądy. Matthew McConaughey i Woody Harrleson stworzyli fantastyczne, bipolarne duo: czasem się kłócą, czasem nienawidzą, czasem będą mieli dość swojego zawodu. Ale jest coś co spaja ich jestestwo, przez co tak świetnie ogląda się ich życiowe zmagania. Naturalność, zwyczajne problemy, czy trudności z zachowaniem dystansu do sprawy. Ta niewymuszona przyjaźń dwójki mówiąc kolokwialnie robi całe dzieło i powoduje, że wrócicie do niego po pierwszym- być może nieciekawym wrażeniu.

„True Detective” nie będzie „moim” serialem, nie spowodował we mnie aż tak szerokich doznań co inne dobra kultury, ale z pewnością jest produkcją godną zainteresowania. Nawet w krainie pełnej żółci.

Got ekspresjonizm

1266521797147_f
Obrazy autorstwa Daniela Perron

Od kilku dni chodzi za mną przestrach połączony z dreszczykiem emocji. Uwielbiam trafiać na tytuły odpowiadające moim zainteresowaniom, a jak dodamy do tego fantasmagoryczne wrażenia i uczucie pustki, dostaniemy to co jest najlepsze w grach przygodowych. Otóż ostatnim razem udało mi się raz jeszcze powtórzyć „Art of Murder”, produkt stworzony przez nasze rodzime studio. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż dzięki tej grze zabrałam się za znane  ze słyszenia „Still Life”. SL w połączeniu z AoM wytworzyło we mnie swoiste doznania, chciałam obie gry porównać za pomocą kilku kategorii. Nie wiem jednak czy mi się to uda, bo tak po szczerości starałam się cokolwiek napisać o swoich wrażeniach.

Prota/anta– co możemy powiedzieć o wiodących bohaterkach wspomnianych tytułów? W moim odczuciu zarówno Victoria McPherson, jak i Nicole Bonnet są do siebie podobne. Obie mają czarne włosy, noszą się w dość ciemnych barwach i są w pewnym stopniu tajemnicze. Kiedy pierwszy raz spotkałam się z osobą Victorii mocno skojarzyła mi się z Angeliną Jolie za czasów „Hakerów” [czekam, aż ktoś powie „Kolekcjoner kości”]. Nie wiem czy to kwestia przykrótkiej fryzury, czy raczej pewnego wyobrażenia. Victoria bowiem nie tylko jest lekką kalką o podobnych rysach twarzy, ale jej historia (tudzież zachowanie) w jakimś stopniu kojarzy się z bohaterkami, które grała Jolie. Przykładem może być tu „Złodziej życia”, który jak to u produkcji detektywistycznych bywa, jest swoistym cieniem oniryzmu. W jednej ze scen bowiem postać Scott (w tej roli Jolie), rozmawia w opuszczonej restauracji, a ulice oraz miasto są poniekąd pozbawione życia. Może ma to związek z tym, że policjanci i agenci często są zmuszeni działać w miejscach oraz porach, które rzadko kto odwiedza. Inną kwestią jest chociażby fakt, że w jednej z lokacji Victoria będzie podrywana przez kobietę, co poniekąd pasowało mi do prywatnego życia Angeliny. Ciekawie ogląda się zresztą zmagania w pokoju rodzinnym Victorii, bo nie da się ukryć, że wygląda jakby McPherson nie miała za sobą okresu dojrzewania [raczej sobie żartuję]. Przy McPherson Nicole Bonnet z „Art of Murder” wypadnie niestety blado, o czym za chwilę*.

mature content warning– lubię kiedy dane dzieło jest dla mnie realistyczne i porusza zagadnienia nie obce współczesności. W „Still Life” jest krew, pot i mocne sceny, co na szczęście nie zostało zbytnio okrojone. Dzięki temu możemy zarówno poczuć na własnej skórze czemu partner Vick nie jest w stanie przetrzymać obiadu, ale również znienawidzić osobę mordercy i chcieć jak najszybciej rozwiązać zagadkę. AoM moim zdaniem niestety kuleje w tej kwestii: owszem-mamy krwawe rzezie, które nawiązują (tym razem) do prekolumbijskich rytuałów**, lecz bez kompletnego wglądu w same akta sprawy. Wiem, że jest to być może zabieg celowy, ale nie daje wrażenia nieuchronnej bezradności.

Innym zagadnieniem jest skupianie się na doroślejszej treści. Victoria jak się zirytuje to nie raz będzie przeklinać, a najbardziej widać to przy jej konflikcie z Browningiem. W „Art of Murder” Nicole Bonnet [później] również ma na pieńku z przełożonym, acz nie będzie to tak mocno ukazane. Mogłam sobie całkiem sprawnie wyobrazić Jolie/Victorię mówiącą „Zazwyczaj najpierw się całuję, zanim mnie ktoś wypieprzy”. Co innego zdać sobie poniekąd sprawę, jak bardzo XXI wiek zmienił się pod względem językowym- czego przykładem będzie sam dziadek Victorii, Gustav. To jak się wyraża i z jakim szacunkiem traktuje każdego człowieka- bez względu na jego pochodzenie, bądź profesję stawia go praktycznie w roli dżentelmena-herosa.

                                     MOŻLIWE SPOILERY

zbrodnia i zbrodniarz– nie wiem czy tylko ja miałam wrażenie, jakby twórcy „Art of Murder” czerpali pomysły od ludzi z Microids. Jeśli kojarzycie fabułę „Still Life” prawdopodobnie zrozumiecie to od razu. W SL mamy bowiem kilku podejrzanych, a jednym z nich jest szef Vick, czyli Tod Browning. Głównym powodem jest swoisty brak sympatii tudzież materialny dystans („Tego się właśnie po tobie spodziewałem. Bogatej dziewczynce coś idzie nie po myśli i odchodzi jak rozpieszczony gówniarz”). W „Art of Murder” Raches miał za sobą traumatyczne sytuacje, zmienił swą tożsamość, no i przede wszystkim w brutalny sposób rozprawiał się z ofiarami. W obu przypadkach można zauważyć, że chodzi o zachowanie ciągłości na głęboko osadzoną skalę- tak jakby morderstwa nigdy nie miały się skończyć, a przeciętny(a) Smith z ulicy miał(a) czuć się maksymalnie zagrożony(a). Oczywiście SL I nigdy nie powie nam kto nosił maskę killera, choć ja od początku stawiałam na osobę z okolic galerii.

technika i lokacje– mój ulubiony element, biorąc pod uwagę genialność niektórych sekwencji. Znów twórcy „Syberii” uraczyli mnie cudownym światem przedstawionym, który koncentruje się nie tylko na czasach obecnych, ale również opisuje kraniec lat 20. XX wieku. Mogłam w jakimś stopniu poczuć praski industrializm, oddech minionej epoki, czy niesamowity nastrój. Kwintesencją owej kwestii będzie sztuka, czyli drugi aktor całego „Still Life’a”. Już bowiem sam tytuł sugeruje nam, z czym będziemy obcowali. Wszak zbrodniarz z Chicago wielokrotnie ustawiał ofiary niczym modele z obrazu.

Nie chodzi wyłącznie o samiutką inspirację dziełami Ackermana: widzimy martwą naturę w dosłownym słowa znaczeniu. Mamy więc nieżywych ludzi na tle reszty statycznych przedmiotów, czy ozdoby charakterystyczne dla przytoczonego nurtu. Do tego obrazy Ackermana są nie tylko inspiracją Kubą Rozpruwaczem, ale jakimś chorym podejściem do idei sztuki. Wspominając te malunki, znaleźć można cechy charakterystyczne dla martwej natury: ulotność życia, rzekomą marność przedstawioną jako krytykę wobec złego „prowadzenia się” prostytutek. Trudno jednak widzieć w tym wyłącznie jeden aspekt, bo obrazy Ackermana mają w sobie różne cechy- zaburzona perspektywa, czy kolorystyka bardziej kojarzą  się z ekspresjonizmem. Dla mnie jednak ich reprezentantem jest sam Gustav McPherson, czego wyrazem będą dzieła znajdujące się w domu ojca Victorii. Dodatkowo McPherson reprezentuje takie postulaty, jak: niechęć wobec samotności/ zamknięcia człowieka przez wzmożone tempo egzystencji, a przede wszystkim sympatia i współczucie wobec stylu życia przyjaciółek Idy. Być może dlatego wycinek z historii Gustava odbywa się w zmechanizowanej Pradze.

W „Art of Murder” najlepiej prezentują się momenty, gdy Nicole Bonnet wyrusza w podróż do okolic Peru. Dobrze sprawdza się też przytoczone nawiązanie do prekolumbijskich rytuałów, czy sekrety pewnych absolwentów. Dzięki temu odwiedzamy muzeum sztuki, przydrożną melinę, czy też niebezpieczne wzgórza.

Oczywiście porównując „Art of Murder” ze „Still Life” to pierwsze nie robi na mnie takiego wrażenia jak sequel „Post Mortem”. Jednak nie chodzi tutaj o pastwienie się nad AoM, czy wydobywanie niedoróbek. Chciałam przede wszystkim dać do zrozumienia, jak bardzo podoba mi się klimat gier, zajmujących się tematem stricte kryminalnym. Uważam to wręcz za powrót, albo (raczej) inspirację gotycką grozą i pewną ekspresję- ekspresję nieudolności człowieka, który nie jest w stanie powstrzymać całego zła mimo, że próbuje.

* Poza tym Claire tak bardzo przywodzi mi na myśl Ruth, że zastanawiam się, czy nie wrzucam do jednego worka wszelakich postaci „matkujących”.

**i tym sposobem przeszliśmy do kolejnego skojarzenia z „Broken Swordem”

O złu i innych pojęciach względnych.

death_note_ryuk_yagami_light_apples_desktop_2229x1_by_gelatin95-d5sjwrsChoć generalnie tytuł powinien brzmieć „bardzo lubię jabłka„, ponieważ bohater serii- o której będę tu pisać był wyjątkowym koneserem jabłek. A jak dodamy, iż pełnił on funkcję niejakiego Shinigami (aka boga śmierci) rysuje się co mam na myśli. Plus jak wspomnimy, że nie chodziło mi o postaci powiązane z anime „Bleach”*, większość domyśli się, że notka będzie dziś o „Death Note”. Mainstreamowym tytule, o którym wszystko zostało już powiedziane.

 Historia rozpoczyna się jak mityczna, tfu baśniowa Królowa Śniegu: śmiertelnik podnosi coś, co należało do istot nadnaturalnych. Tyle, że tym razem Notatnik Śmierci, który znajdzie się w posiadaniu Raito Yagamiego będzie odbiciem serca tego bohatera. Bo jeśli masz do wyboru niezwykły przedmiot, z pomocą którego odbierasz czyjeś życie, może to (w jakimś stopniu) odzwierciedlać jakim jesteś człowiekiem.

Ale zacznijmy od początku. Ów Raito Yagami reprezentuje podejście większości ludzi inteligentnych: jest w pewnym stopniu przekonany o swej wyższości nad innymi. Ten egocentryzm polega właściwie na tym, że wie, iż świat jest zgnilizną i już on mógłby na tym globie wszystko poukładać. Jest prymusem, ukochanym synem nie sprawiającym problemów, więc kto jak nie on winien  decydować o porządku świata? Raito też z początku będzie sceptyczny, bo nie uwierzy w to, że ten notes (z dziwnie napisanymi instrukcjami) faktycznie zadziała. Zamierza go wypróbować, wpisując imię przestępcy/rodzaj zgonu,  przy czym wie też dokładnie jak ów kryminalista wygląda. Ten gest będzie też zalążkiem istnej wojny przeciwko policji, pojęciu sprawiedliwości, a może i moralności.

ryuk_light
Raito i Ryuk

Bo oto oprócz notesu (ciekawie zaakcentowano tu konieczność ukrycia tej rzeczy przed postronnymi), za Raito podążać będzie niewidzialny obserwator, czyli Ryuk- Shinigami, który woli śledzić poczynania człowieczka, niż grać w karty ze znudzonymi kompanami z zaświatów. Ryuk będzie zatem komentować (udawane) interakcje Raito, śmiać się z jego częściowych porażek, a przede wszystkim stanie się motorem siedzącym z boku wydarzeń. Z jednej strony nie przeszkadza mu, kto właśnie zawłaszczył sobie jego przedmiot (czyli ów notes), z drugiej za kilka jabłek jest w stanie pójść na pewien kompromis. Bunny ma Lunę, Ash Ketchum Pikachu, a Raito Yagami Ryuka.

Po kilku incydentach związanych z oczyszczaniem kraju z mętów, Raito  w mediach (oraz świecie wirtualnym) zostaje ochrzczony Kirą Tyle, że do tanga trzeba dwojga- więc poza wieściami rozchodzącymi się w internecie, Kira szybko spotyka swojego antagonistę. Najlepszego detektywa od spraw beznadziejnych, noszącego chwytliwy pseudonim L. L. zacznie też szybko komplikować zamiary Yagamiego, początkowo próbując go rozpracować, aż w końcu posunie się do najbardziej ekstremalnych środków. Kto bowiem lepiej zrozumie świeżego następcę boga, jak nie ten, co również nie lubi przegrywać?

Gdy Raito i L. testują siebie nawzajem, akcja zaczyna nabierać rumieńców. Widać to w momencie ich prawdziwej konfrontacji, podpartej gonitwą myśli- gdy próbują ocenić swoje ruchy na podstawie rozmowy. Jest to z pewnością jeden z najmocniejszych punktów całego „Death Note”, bo mamy do czynienia z ponad przeciętnymi osobowościami, charakteryzującymi się gamą przeciwieństw. Raito jest przystojnym dla ogółu, interesującym mężczyzną o grzywce Justina Biebera, L. to przygarbiony kuzyn emo o (jak rzekł sam Yagami) „przyćpanych oczach” **,  konsumujący cukier w nadmiernej ilości.

L-Lawliet-death-note-35773761-704-396
L., czyli true detective

Wątki w początkowych epizodach powiązane są na tyle skrzętnie, że w każdym odcinku dowiemy się czegoś nowego. Zatem prócz relacji na linii L.- Raito, dochodzi m.in. motyw agentki badającej śmierć narzeczonego, czy problem policji bojącej się o swoje życie. Jakiś czas później, do dwójki głównych bohaterów dochodzi dziewczyna o imieniu Misa, wiążąca swe losy z naszym oziębłym killerem. Misa też posiada pewną tajemnicę, którą- na skutek niezwykłych wydarzeń, podzieli się z Raito.

Nie wiem czemu, twórcy serii obdarzyli Misę tak bardzo dziecinnym głosikiem, ale mnie to chwilami mierziło. Sam charakter bohaterki da się rozpisać na jeden paragraf. Blond piękność jest bowiem popularną celebrytką, właściwie modelką, która na pierwszy rzut oka wydaje się infantylna. Z tym, że kiedy chodzi o jej terytorium vel chłopaka Raito, jest wstanie zapłonąć gniewem i pozbyć się wszystkich, stojących na drodze miłości. Tę frazę należy (jednak) objąć w głęboki cudzysłów, bo widać od razu, że młodemu Yagamiemu chodziło tylko o własne profity. Wykorzysta Misę wedle swoich upodobań, przy czym dziewczę przyjmie to z radością, bo uważa go za rycerzyka w lśniącej zbroi. Zachowanie Raito momentami ogląda się z właściwym niesmakiem i naprawdę szkoda, że twórcy nie rozbudowali charakteru samej Misy. Brakowało mi tej dwuznaczności z początku jej interakcji z Raito, gdy dowiodła swej inteligencji. Później Misa plasuje się już w kategorii wdzięcznej zakochanej, służącej głównie do rozładowania napięcia między L. a Raito.

To, co podobało mi się od samego początku, to fakt, iż bohaterowie działają wedle swych egoistycznych pobudek. L.- choć pełni  funkcję niejakiego stróża prawa, często wykracza poza moralne zasady, co wzbudzało oburzenie jego pobratymców. Raito grał nawet ze swoją rodziną, używał każdego, kto choć trochę mógł przyczynić się do jego zwycięstwa. [możliwy spoiler] Taka Rem- choć jest Shinigami, złamie pozaziemskie prawo, żeby tylko uratować śmiertelną istotę[koniec]. Kwestia rozeznania zła i dobra, zaczyna się w pewnym momencie komplikować-stawiając pytanie jak daleko posuniemy się, by dojść do celu.

Misa, czyli kocham psychopatę

Wraz z zwrotem wydarzeń, sprawa Kiry rozprzestrzenia się na kolejne zakątki globu, tyle, że nie powoduje to wzrostu napięcia. Jestem jedną z osób, którym fabularne twisty (na dziesięć epizodów pod koniec serii) wcale się nie podobały. To, że mamy do czynienia z poszerzeniem ilości postaci, nie oznacza, że mocniej wciągniemy się w serię. Gdzieś po drodze zapodział się chyba wydźwięk całego „Death Note’ a”, a może czekałam na inne zwieńczenie fabuły.

Seria z 2006 roku charakteryzuje się nowoczesnym rozwiązaniami technicznymi. Sam krajobraz miasta- choć realistyczny, przynosi ze sobą chłód powiązany z charakterem Raito. Również design postaci jest bardziej prawdziwy, stąd brak wielkich oczu, no może z wyjątkiem niektórych przedstawicielek płci pięknej. W pamięć zapada również ścieżka dźwiękowa, która przypomina (dark?) ambientowe kawałki spółki Trent Reznor/ Atticus Ross. To konsolowe plumkanie, czy częste wibracje przywodzą na myśl soundtrack do „Dziewczyny z tatuażem”. W tle rozbrzmiewa również muzyka rockowa, a każdy odcinek przeplata się z przerywnikami, stylizowanymi na Notatnik Śmierci.

W sieci odnajdziecie porównanie serii do „Zbrodni i kary”. O ile mogę się zgodzić odnośnie kwestii Raskolnikow kontra reszta świata, o tyle nie pasuje mi utożsamianie go z Yagamim. Raito nigdy nie wzbudzał mojej sympatii, był wyzutym z człowieczeństwa robotem, który nawet dla swoich (rzekomych) przyjaciół nie był wstanie wykrzesać nic ponad formalizm.

Czy zatem warto nadrabiać „Death Note”? Nie bez powodu owo anime króluje na szczycie najlepiej ocenianych. Mi jednak brakowało oryginalnych postaci (poza L., czy Mello), choć sam pomysł na fabułę i odcinek końcowy śledziło się wyśmienicie. Seria nie jest również długa, posiada 37 epizodów, co antyfani tasiemców przyjmą pewnie z otwartymi ramionami.

DEATH NOTE - 05 - Large 18

*kiedyś chciałam napisać notkę pod tytułem „Bleach, please”, ale z drugiej strony powtarzałabym tylko to, co rzucano w kierunku niedogodności tej serii; nie biorę tu pod uwagę samej schematyczności shounenów, ale fakt, że (sam) główny bohater (rzecz jasna) musiał posiadać umiejętności z dwóch różnych światów/tudzież ras i bez problemu rozkładał trudniejszych od siebie przeciwników; infantylny Monkey D. Luffy i jego Gumowy Pistolet, czy zboczony Naruto mający obsesję na punkcie jednego faceta są już bardziej wiarygodni od Ichigo K.; idealnego prawie, że jak kryształ, męskiego przedstawiciela marysuizmu- albowiem takie odnoszę wrażenie

** chyba nie muszę dodawać, iż jest on najpopularniejszą postacią w tej serii; i wcale nie chodzi mi o żaden ship

What is it with John Luther and people he loves?

Ostrzegam, mogą pojawić się małe spoilery. Bo nie umiem pisać bez żadnych odniesień.

  Zawsze mi się wydawało, że John Luther to taki Wallander w wersji soft. Bo, choć jego wygląd nie był równie cierpiętniczy, co u bohatera Mankella, trudno stwierdzić, by sprawiał wrażenie człeka szczęśliwego,  bez emocjonalnej skazy. Jedni radzą sobie z pechem za pomocą lampki wina i tłuczenia rzewnych melodii, inni wolą twardo stąpać po ziemi i nadchodzić szybciej, niż burza. W tej drugiej grupie rzecz jasna, miałby znajdować się główny bohater serialu BBC- stacji, która jakiś czas temu wypuściła najnowszy, trzeci sezon. Czekałam z tym oglądaniem, bo najpierw mocno zwlekałam (kogoś jeszcze to dziwi?), ale jak już się wciągnęłam, pochłonęłam tę serię w try miga. I cieszy mnie niezmiernie, że kontynuacja nie tylko utrzymała swój dobry poziom, ale i zostawiła nas z dość interesującym zakończeniem otwartym.
   Znów, po kilkusekundowej [genialnie klimatycznej zresztą] muzycznej sekwencji autorstwa Massive Attack, powracamy do zadymionych przecznic Londynu, w których niebezpieczni przestępcy są równie trudni do namierzenia co niegdyś. W pierwszym i drugim odcinku komisariat zmagać się będzie z mordercą-naśladowcą, lubującym się w rytuałach o charakterze sado-maso. Na kim się wzoruje? Dlaczego to robi? Te proste pytania, to oczywiście punkt podparcia dla rozwinięcia fabuły, która- jak to z „Lutherem” bywa, zgrabnie splata dochodzenie z prywatnymi kłopotami naszego bohatera. Bo oto nie tylko dojdzie tu kolejne, dodatkowe śledztwo, które ktoś koniecznie zapragnie mu wcisnąć. Na karku DCI Johna L. będą też dyszeć ludzie, próbujący wyrównać z nim rachunki. Zatem, po raz kolejny zobaczymy DS Erin Gray, a także dyrygującego akcją (i prawdopodobnie inicjatora pomysłu) DSU George’a Starka, czasowo przywróconego do służby. Oboje-choć z przewagą w stronę męską jeśli chodzi o brak bycia fair, szukają dowodów na wykroczenia, których ich zdaniem dopuścił się John Luther. I, choć wydawać się może, że nie znajdą wielu pobratymców, na ich stronę uda im się przekabacić jednego z policyjnych towarzyszy Johna. Ta narastająca z dnia na dzień szarpanina, robi się coraz bardziej stresująca, w chwili, gdy zakonspirowani gliniarze, postanowią trącić w najczulszą strunę, czyli nachodzenie najbliższych. Co najlepsze, rozwiązanie całej sprawy rozkłada się na wszystkie 4 epizody, więc nie mamy do czynienia ze zbędnym doczepianiem wątków.
   Drugie i równie istotne śledztwo, tyczy się tak zwanego mściciela, który postanowił wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Tom Marwood nie doczekał się adekwatnego wyroku, kiedy gwałciciel i morderca jego żony został zwolniony po odsiedzeniu (tylko!) połowy wyroku. Ten fakt bardzo mocno wpłynął na psychikę Toma, czego dowodem będą coraz częstsze eskapady w celu powybijania najgorszych społecznych mętów. Tylko, że ta [rzekoma] dobra wola szybko zmienia się w nieskoordynowany chaos i przeświadczenie o decydowaniu kto powinien umrzeć. Dobre intencje ekspresowo zmieniają się w szalone intencje, a konsekwencje czynów, prowadzić będą do niezwykle dramatycznych i przykrych wydarzeń. Bo tu nie ma ludzi kuloodpornych, jest krew i ofiary-a i sam mściciel szybko stanie się zaprzeczeniem samego siebie. Posunie się do najbardziej drastycznych i okrutnych metod, by tylko dokonać zemsty, próbując przy tym wypaść dobrze przed kamerami. Tylko jedna osoba jest wstanie powstrzymać Marwooda. Jednak czy da radę, biorąc pod uwagę, ile rzeczy/osób zdążyło się już przeciw niemu obrócić?

Fanom przyśpieszonej akcji serca przypadnie do gustu scena na dachu wieżowca i pościg za wyżej wspomnianym mścicielem. Nie da się też ukryć, że bez Idrisa Elby, serial nie zyskałby tak dużej popularności. Oddał w stu procentach charyzmę i silny charakter Luthera, który za skorupą twardego gliny, kryje wewnętrzne troski- a jej kwintesencją jest obecne mieszkanie komisarza. W chwili gdy Mary-nowo poznana sympatia, wkracza w te nieco zmurszałe pokoje, ma się wrażenie jakby była wśród intymnych wspomnień Johna [nawet policyjny partner Ripley nie był w jego domu, więc o czymś to świadczy]. Portet Zoe wciąż stoi na honorowym miejscu i widzimy pocztówki z różnych zakątków świata. Od razu zorientowałam się kto w ten sposób zaznaczył swoją obecność, ale już nie będę psuć [nikomu] zabawy. Długo też zastanawia ów dodany związek dwojga ludzi na różnych życiowych zakrętach. Bo czy Luther faktycznie szuka tej prawdziwej miłości, czy może tylko namiastki stałego uczucia, które pamiętał będąc z Zoe? A co z samą Mary, która już na starcie stoi na straconej pozycji, zwłaszcza gdy obcy ludzie wciskają jej bez pardonu teczkę z nazwiskiem Johna Luthera? Mało oczywisty jest to element, bo choć został w jakiś sposób dopowiedziany, wciąż pozostaje frapującym zalążkiem.

    Co zaś tyczy się niespodziewanych powrotów, szczęśliwa jestem, że twórcom udało się raz jeszcze złączyć losy Luthera z Alice Morgan. Owszem-mało to romantyczne w prawdziwym życiu, ale ogromną frajdę sprawia oglądanie przestępczyni w wydaniu a la heroina w natarciu. Po raz kolejny pojawia się wtedy, gdy John pakuje się w jakieś tarapaty i nie omieszka przy tym skomentować obecnego związku Luthera (Tinker Bell, seriously? Czemu ja na to wcześniej nie wpadłam). Socjopatyczna morderczyni zyskująca sympatię-tak, tu jest to możliwe, spytajcie widzów. Zdaję sobie też sprawę, że jeden moment wydaje się mocno nieprawdopodobny [scena z drzwiami], ale gdyby wszystko od samego początku opierało się na krzywym realizmie, praktycznie wszyscy bohaterowie (a zwłaszcza Luther) gryźliby piach w mniej lub bardziej spektakularny sposób. Dalej-chemia między Ruth Wilson, a Idrisem Elbą na ekranie jest podana w najbardziej satysfakcjonującym sosie. Bo wspólne przygody- tudzież wzloty i upadki, raz na zawsze splątały ich w nieskoordynowany węzeł uczuć, przypominający coś więcej, niż przyjaźń. Zwieńczeniem tej kwestii jest właśnie epizod na moście, kojarzący się z pierwszymi odcinkami serii. Wreszcie John Luther może pozbyć się tego wyświechtanego płaszcza i ruszyć dalej. A dokąd? Cóż, to już zależy wyłącznie od nas.

Brytyjczycy raz kolejny pokazali, że siła serialu może leżeć w technicznym dopracowaniu, świetnej grze aktorskiej (Złoty Glob chyba nadal coś znaczy), a przede wszystkim jakości historii, która choć nie jest najdłuższa, idealnie wpasowuje się w uniwersum depresyjno-kryminalnego światka, w którym jesteśmy równie bierni, co ci policjanci. Nie zawsze udaje się wszystkiemu zapobiec, nie zawsze też jest się nieomylnym. Plus to jedna z tych produkcji, które ogląda się do ostatnich napisów. Sprytne posunięcie. Trzeci sezon uważam za udany.

 

Za co można polubić, czyli subiektywne zestawienie.

Umieram.Mentalnie. Mój żołądek czuje się niczym Will Graham po przesadnym ‚scaleniu’ się z oprawcą*. Zdałam też sobie sprawę, że moja chęć do obejrzenia serialu z Madsem, wzięła się z obsesji zaszczepionej kilka lat temu przez pewnego reżysera. Amerykańskiego reżysera. A jest nim (cienkie fanfary w tle) David Fincher. Wiem, banalne, pewnie spodziewaliście się czegoś bardziej kreatywnego. Ale niestety tak już mam. Przed państwem zatem kilka punkcików, które odpowiadają z mojej (subiektywnej rzecz jasna) perspektywy, za co lubię tego reżysera.
Disclaimer: W notce nie pojawia się nawiązanie do „Alienów”, bo chcę je sobie spokojnie nadrobić.

1.Za świetne czołówki- pewnie nie tylko ja zauważyłam, że w dzisiejszych czasach rzadko stawia się na rozbudowane intro. W przypadku Finchera można uznać ten chwyt za jego znak rozpoznawczy. Owszem-biorę pod uwagę, że reżyser zaczynał od teledysków (więc mógł się w nich dobrze czuć). Ale wbrew pozorom nie musi to oznaczać, że wyglądałyby jak większość obecnych-dajmy na to hip-hopowych. „Zodiac” [btw. już mówiłam, że lubię ten film?], „Fight Club„, „Girl with the Dragon Tattoo„, a przede wszystkim „Seven” kojarzą mi się z muzycznym perfekcjonizmem. Zwłaszcza jeśli chodzi o zremiksowany utwór „Closer” Nine Inch Nails, i obecność Trenta Reznora, zawsze tam, gdzie pojawia się elektronika**. Jestem jedną z tych osób, które nie jeżą się na obecność nowoczesnego instrumentu w tle-bo i z tego można wykrzesać coś fascynującego.

2. Za tworzenie ciekawego klimatu-oczywiście tu skłaniam się ku tematom stricte kryminalnym, do których pan F. ma co by nie mówić smykałkę. Może być ciasno, może być brudno i niepokojąco, ale jest ciekawie i to bez zbędnych ozdobników. Kiedy miałam x lat, sztandarowa produkcja naszego jegomościa była swoistym tabu w kręgach gimnazjalno- podstawówkowych. Że to taki straszny film, który jest jak to mówią nie dla dzieci. Oczywiście pierwsze co zrobiłam, to dorwałam się wraz z znajomymi do wypożyczalni dvd, by móc dołączyć „Siedem” do naszego skromnego seansu. Tym sposobem rozpoczął się cykl pod tytułem ‚lubię oglądać produkcje o seryjnych mordercach’. Dodam, że podoba mi się, że bohaterowie Finchera to [często] zwykli, zmęczeni ludzie, którzy albo przejawiają choleryczne zapędy (Mills), albo lubią sobie po prostu wylać za kołnierz (Avery). A „Gra” z Michaelem Douglasem to dopiero miała zakończenie.

3. Za przedstawienie mi Rooney Mary-choć nie mogę stwierdzić, że jest najzdolniejszą aktorką swojego pokolenia, uważam, że ma w sobie coś tajemniczego i po prostu przyciągającego. Takie moje prywatne odkrycie zaraz po Noomi Rapace. Mimo szczupłej sylwetki (która w Hollywood wszak nie jest żadną nowością), Mara charakteryzuje się urodą odstającą od pojęcia super seksbomby. Uważam, że przemysł zza Oceanu cierpi na brak oryginalnych twarzy, więc zawsze cieszy mnie, gdy spotkam na ekranie kogoś, kto nie wygląda jak 3/4 pań w filmie. Gdyby kiedyś ktoś brał się za ekranizację „Najdłuższej Podróży” [choć byłoby to jedno z najtrudniejszych wyzwań] ją właśnie widziałabym w roli April Ryan.

4. Za wizualną wysoką półkę-drugie imię Finchera to chyba ‚jestem dobry w montażu’. Każda z jego produkcji ociera się o techniczny profesjonalizm [i skrzętne kadry], a kolorystyka świetnie dopełnia prezentowane weń sceny. W „Podziemnym Kręgu” urzeka ujęcie palącej Marli i zasyfione pomieszczenie naszego bohatera, a w „Zodiaku” i „Siedem” przewija się deszcz, smutek, deszcz i jakaś taka bezradność. Cenię sobie, że DF nie tylko dba o to, by skroić ciekawą historię, ale, że również umie ją zespoić z oczekiwaniami nowoczesnego widza- co by nie mówić o takim „Benjaminie Buttonie” jest on dobrym przykładem jak zaciekawić nas aspektami nie tylko fabularnymi.

5. Za zatrudnianie Brada Pitta-mimo, że Pitt nie musi już udowadniać, że poza wyglądem jest też świetnym aktorem, w latach 90’tych miał dużo większe trudności z tą kwestią. I choć wciąż obstaję, że najlepiej prezentował swe możliwości w „12 małpach” [chociaż „Wichry Namiętności” też były niczego sobie], u Finchera również nie dał się zaszufladkować. Kreacją Tylera Durdena świetnie dopełniał postać Nortona, a jako detektyw Mills idealnie plasował się w całym zamyśle pewnego filmu. A, że nie dostał Oscara za CCoBB- no cóż, może przybić piątkę z DiCaprio.

6. Za to, że nawet jeśli robi coś ‚pod Oscary’ nie musi to być bez wyrazu-byłam przekonana, że nie da się wykrzesać nic ciekawego na temat życiorysu założyciela facebooka. A tu proszę. Choć „Social Network” nie jest moim ulubionym filmem DF, muszę przyznać, że produkcja jest po prostu solidna, choć żadnych wzniosłych momentów we mnie nie wzbudziła.

* Zaczęłam zastanawiać się nad problemem posiadania empatii u Willa. W sensie-nie do końca rozumiem tej jego wiecznej łatki dziwaka wśród osób z ekipy. Bo choć ma te swoje majaki, jakoś nie zauważyłam, by specjalnie odstawał od reszty-fakt jest neurotykiem, ale żeby aż tak wyobcowanym to się nie zgodzę.

**Ja wiem, że nie tylko, ale skojarzenie przyszło mi najszybciej