To może 10 książek, które miały na mnie wpływ?

Bo nie wiem czy wiecie, ale zostałam wytypowana przez Aeth z „Wiedźmy na Orbicie” do tego właśnie wyzwania. Byłam tym niezmiernie zaskoczona, bo literatura zbyt często nie przewija się w tematach moich (super) notek. Nie to, żebym musiała przeprowadzić ogromną burzę mózgów, ale zaczęłam zastanawiać się nad tym, co wyniosłam z książek. I tak oto wyłoniłam dziesięć tytułów, które miały na mnie jakiś wpływ. Postanowiłam uszeregować je chronologicznie.

1. Maciej Wojtyszko: „Bromba i inni”- jedna z tych lektur, które pozwoliły mi otworzyć oczy na to, że można bawić się językiem. Wymyślać nadnaturalne (albo też nietypowe) postaci, nadawać im ciekawe imiona i pozwalać przeżywać przygody. Onegdaj podejmowałam nawet próby rysowania w zeszycie Glisando, a historia Kajetana Chrumpsa była moją ulubioną. Kajetan był bowiem psem detektywem, który zapoczątkował czytanie „Przygód Sherlocka Holmes’a”. Istnieje też inna, równie mocna teoria, która mówi mi, że powieść Doyle’a czytałam z powodu Bazyla z Baker Street.

2. Maria Krüger: „Karolcia”- moje pierwsze książkowe urban fantasy, o ile nazywam rzeczy po imieniu. Uwielbiałam historię z magicznym koralikiem i to, jak dzięki niemu główna bohaterka stawała się niewidzialna. Pamiętałam też wyraźnie czarownicę Filomenę, co zbiegło się z dość traumatycznym seansem „Wiedźm” z Anjelicą Huston. „Karolcia” pozwoliła mi wejść ze entuzjazmem w światy wyobraźni, a poza tym była bardzo fajną książką.

3. J.K. Rowling: saga o „Harrym Potterze” – dorastałam razem z Harrym. Pamiętam jak za dzieciaka mój tata czytał (mi i mojej siostrze) rozdziały „Kamienia…” do poduszki. Dla mnie to nie tylko fantastycznie sklejona opowieść, ale i historia splatająca wiele lat mojego życia. Masowo zresztą chadzałam ze znajomymi na premiery Pottera do kina, wymienialiśmy się wrażeniami po najnowszym tomie, ba-  ja do tej pory nie umiem być obiektywna względem tej serii. Nawet jeśli enty raz Harry pojawi się na tvn- ie i tak go obejrzę, bo jestem prawdziwą fanką. Poza tym: magia mówi tu sama za siebie.

4. „Mity greckie” Gravesa- nie wiem ile razy czytałam tę książkę, ale wiem jedno: strasznie mi się podobała. W porównaniu do forsowanej w szkole (ciosanej) wersji Parandowskiego, Graves zdawał mi się genialnym poetą, umiejącym konstruować wciągające opowieści. Ten styl mogę spokojnie przybliżyć do narracji rodem z baśni. Był to również czas, w którym siedziałam dość często w bibliotece.

5. Lucy Maud Montgomery: „Ania z Zielonego Wzgórza”- właściwie powinnam wymienić wszystkie (sześć) części serii, razem z „Rillą ze Złotego Brzegu”. Uwielbiałam postać Ani, jej pomysły (kto pamięta sprawę z farbą?), to jak inscenizowała wiersz i jej rozmowy z ludźmi. W pamięć zapadł mi też fragment, w którym Ania odczuwała tremę z powodu występu recytatorskiego. Sama kiedyś próbowałam swoich sił w wyzwaniu, więc wiem jak się czuła

6. Meg Cabot: „Pamiętnik księżniczki”- literatura młodzieżowa, podparta popkulturalnymi momentami (majtki z królową Amidalą!) i losami amerykańskiej nastolatki Mii- która dowiaduje się, że jest następczynią tronu Genowii. Oczywiście nie była najpopularniejsza w szkole, oczywiście miała swoje zdanie. To był okres prawdziwego boomu na cykle Meg Cabot. Wspominałam niegdyś, że nagminnie wymieniałam tomy Cabot z koleżankami i skończyłam chyba na odcinku siódmym. Niestety, mój entuzjazm opadł z biegiem czasu i dało się zauważyć zabiegi, mające pokazać ‚kto zawsze zwycięży’ (niepopularna dziewczyna nagle staje się przewodniczącą szkoły i bierze mikrofon w ręce robiąc kwiecistą przemowę- mimo, że nie miała ku temu zdolności), a oliwy dodały niespójne kontynuacje filmowe. Potem już wracać do serii nie chciałam, choć sentyment pozostaje (jak i inne przeczytane dzieła: np. „Dziewczyna Ameryki”).

7. Dorota Terakowska: „Córka Czarownic”- kolejny tytuł skupiający się na aspektach fantastyki, który, co tu dużo mówić mnie ogromnie wciągnął. Motyw podróży głównej bohaterki nie wiedzącej za wiele o sobie był nader ciekawy, a i czarownice wzbudzały też zainteresowanie. Nie wiedziałam przed kim uciekały, ale z biegiem stron odkrywało się ów frapujący ciąg wydarzeń- który zasługuje na (co najmniej) przyzwoitą ekranizację.

8. Juliusz Verne: „W 80 dni dookoła świata”- książka, która kojarzy mi się z konkursem z polskiego, w którym konieczne było nadrobienie kilku lektur. Już wiem  czemu tak lubię tematy przygodowe, dreszczyki emocji i zwroty zdarzeń spajające grupę bohaterów. Wydaje mi się, że odbieram to dzieło w taki a nie inny sposób, bo miałam okazję oglądać serial ze zwierzętami w roli głównej- gdy byłam jeszcze bardzo mała. O ile wciąż ciepło wspominam oryginalne „W 80 dni..”, o tyle nie mogę dobrze wypowiedzieć się o wersji z Jackiem Chanem.

9. „Królowie Przeklęci”- cykl Maurice’a Druona, który nazywam swoistym prequelem „Gry o tron”. Autor skupiając się na losach francuskiej dynastii Kapetyngów, snuje historię od spalenia templariuszy, do momentu wojny (stuletniej) z Anglią. Dodaje do tego mnóstwo wątków dramatycznych, podstępów, romansów i postaci historycznych, mających swój (oryginalny) charakter i system wartości. Są okrutni, mili, podli, ulegli, seksualnie wyzwoleni, nietykalni. Zresztą, wspominałam kiedyś, że postać Filipa IV Pięknego uważam za prekursora Tywina Lannistera.

10. Trylogia „Millennium” Stiega Larssona- na tę serię zbiegło się moje (ponowne) zainteresowanie tematyką kryminalną. Był „Wallander” z Kennethem Branaghiem, oraz „Luther” z Idrisem Elbą. Potem- rekomendacja mej siostry po (filmowej) szwedzkiej wersji i wejście w lekturę, która odcisnęła na mnie piętno. To było.. fascynujące- usiąść z gorącym kubkiem tej sztampowo- blogerskiej herbaty i w zimny wieczór wchłaniać dochodzenie Blomkvista i los Lisbeth. Jeśli musiałabym wybierać która seria na nowo obudziła we mnie chęć konsumowania popkultury, to wskazałabym „Millennium”. Przykładowo, w tej chwili skończyłam czytać pierwszy tom Jo Nesbø o norweskim detektywie Harrym Hole.

To na tyle. Od siebie nominuję Klaudynę z „Notatnika Kulturalnego”, Salantora z „Bobrowni”, oraz Rouge z „It’s kind of fun to do the movies”.

źródło ostatniego obrazka: https://www.behance.net/gallery/7264089/Millenium-Series-Book-Covers

O pewnej słynnej szwedzkiej powieści słów kilka.

  Chciałam wiedzieć, jak wygląda Mosebacke.

    Tak się jakoś dziwnie złożyło, że lekturę ostatniej części „Millennium” skończyłam dopiero po rocznej przerwie. Czemu do tego doszło, naprawdę nie wiem, ale jestem przekonana, że wpłynęło na to kilka czynników. Po pierwsze: forma czytania. Nie ma to jak standardowa cienka oprawa i szusujące kartki papieru. Wszak nie jest to li i jedynie kwestia zwykłego przyzwyczajenia, ale też funkcjonowania naszych oczu. Bowiem w starciu: ekran kontra makulatura, ta ostatnia zwycięża w przedbiegach, bo tak ukształtowała się moja metoda percepcji. Mogę więc próbować uczyć się z monitora/tabletu/ebooka etc., ale wyjdzie mi to trzy razy gorzej niż w formie standardowej. Jeśli już o ową przywołaną kwestię chodzi, przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa. Kilka tygodni temu moja siostra poszła do kina z koleżankami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że większość dziewczynek w wieku gimnazjalnym wolała iść na produkcję z dubbingiem. Ale nie filmu animowanego, tylko obcojęzycznego, gdzie aktor używa swojego głosu- jednej z najważniejszych umiejętności w tym zawodzie. No i właśnie. Zaczęłam zastanawiać się nad problemem ‘wolę wybrać sztucznie nałożone tembry’, niż być zmuszony/a czytać napisy. Nigdy nie uważałam się za maniaczkę literatury, ale będąc w czwartej klasie podstawówki, nie przeszkadzało mi pójście na oryginalną wersję „Kamienia filozoficznego”.  Stąd właśnie widzicie moje [dość duże] zdziwienie, że takowy kłopot (czyli kłopot z czytaniem) może sprawiać problemy osobom wieku [powiedzmy] 14 lat. Lenistwo? A może coś więcej?
      Odłóżmy jednak na bok te umizgi i przejdźmy do punktu drugiego, czyli: znużenie. Kompletnie nie wkręciłam się w problemy Lisbeth Salander i nie wiem, czy jest to kwestia tego, że czytałam za pomocą elektroniki, czy tego, że mam problemy ze skupieniem. Ale czas mijał, a ja poznawałam uroki innych pisarskich trików (na przykład tego, że przyzwyczaisz się do bohatera, a on za chwilę ginie), więc z powrotem korciło mnie nadrobienie trylogii. I się udało. W przeciągu kilku dni, odcięta [po części bez zgody] od świata, zakończyłam ową kryminalno-dziennikarską opowieść o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet.
     Faktem jest, że Larsson nie pisał tu nie wiadomo jak wyszukanym stylem, ale umiał stworzyć nastrój tajemniczości i ciążącego spisku. Bowiem spisek występuje tu jako krytyka szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości. Choć niekoniecznie- bo nie da się ukryć, że każdy kraj ma swoje mroczniejsze zakamarki, gdy woli poświęcić cywilną jednostkę dla ‘spraw bezpieczeństwa’. Nie ma w tym może nic nowego, ale wcześniej nie spotkałam się z książką, która tak bezpardonowo pisałaby o tej kwestii. Poza tym-wyobrażacie sobie, żeby coś takiego wydano w naszym rodzimym państwie?* Tu, autor musiałby chyba zrobić jeszcze większy rozgardiasz i zaopatrzyć się w naprawdę mocne środki uspokajające. Trafficking. Gwałty. Pornografia. Bestialskie zamykanie w szpitalach psychiatrycznych, w celu ochrony tajnego agenta (w dodatku bydlaka i alkoholika).  Takie rzeczy nie tylko za naszym morzem.
   Media mogą zniszczyć każdego-wszak jeśli doczepią się jakiejś afery, ponosi je wtedy fantazja i tworzą tematy przeróżnej maści. Tak właśnie dzieje się w przypadku głównej bohaterki- która ledwo uchodząc z życiem, w gazetach widnieje jako lesbijka-satanistka, która ćpa i stanowi wroga numer jeden [dla pewnego inspektora, stanowiło to kosmiczne wręcz połączenie] . Tej sprawie nie pomaga również fakt, że Lisbeth jest dość zamknięta w sobie i nie zamierza wejść w dialog z policją. Oczywiście czytelnik wie, co jest przyczyną takiego zachowania, ale odkrywanie tych sekretów na rozprawie, wcale nie psuje radości ze śledzenia fabuły. Wręcz przeciwnie-ostatnie rozdziały to prawdziwa gratka dla maniaków prawnych potyczek, a ja nie odmawiałam sobie komentowania na głos niektórych zdarzeń.  Bardzo dobrym punktem zaczepienia jest zresztą fakt, że Salander była hackerką o niesamowitym umyśle. Dzięki temu strategia, którą w gruncie rzeczy umożliwił [i wymyślił] jej Blomkvist, jest naprawdę zaskakująca (patrz: spotkania w hacker republic), a to, że nie wiemy jak wszystko się potoczy, pozostawia jeszcze większy głód czytelniczy.
          Co oprócz tego? Ano mamy jeszcze [chociażby] intrygujący wątek, związany z Eriką Berger i jej przejściem do SMP- który jest kolejnym kamyczkiem do tezy autora. Kobiety w dzisiejszych czasach nadal są  narażone na prześladowanie: czy to z powodu zazdrosnego świra, uprzykrzającego im życie (wysyłanie maili z pogróżkami, rzucanie cegłą w dom, ośmieszanie), czy z powodu źle działającego prawa. Wszak nie tylko Lisbeth Salander została strasznie skrzywdzona. Weźmy na przykład zabite kobiety w cegielni, którym ktoś wcześniej zaproponował transport do Szwecji (były studentkami), bądź damskiego boksera, któremu za każdym razem uchodziło na sucho. Tych przykładów można by namnażać i namnażać. Ale jedno jest pewne. Autor rzeczowym i nieprzekoloryzowanym tonem uwiarygadnia zaprezentowaną problematykę, sprawiając, że zdarzenia działają na naszą wyobraźnię. Takie coś moglibyśmy zobaczyć w wieczornym programie telewizyjnym.
   Oczywiście są osoby, których zachowanie, czy przypisywane twisty, wyglądają na dalekie od normy. Mam tu na myśli Mikaela Blomkvista i wielokrotnie już wspomnianą Lisbeth. Bo jeśli drobna, czarnowłosa dziewczyna, mierząca tylko metr pięćdziesiąt wzrostu (ponad 20 centymetrów różnicy w odniesieniu do mnie to dość dużo) jest w stanie przywalić łopatą dryblasowi i załatwić paru typów z Sapo/RPS Sak, to jednak trudno nam w to uwierzyć bez wywalenia oczu. Choć nie wyobrażam sobie, by autor nagle uśmiercił tak dopracowanych [charakterologicznie] bohaterów. No i jeszcze raz Blomkvist. Przystojny, miły łamacz niewieścich serc, o mocnym kręgosłupie moralnym, który walczy o sprawę, wydającą się innym za przegraną. Nie da się ukryć, że on i pewna 27-latka, należą do bardziej nadnaturalnych postaci. Bo normalnie, taka dziewczyna po latach obwiązywania pasami w psychiatryku, dawno by się załamała (nie mówiąc już o towarzystwie, które ją tam otaczało), a niejeden mężczyzna rzuciłby w diabły te wszystkie korupcyjno-dziennikarskie problemy, czy niebezpieczne dochodzenia. Trzeba mieć naprawdę dużo ikry, by zadzierać z tajnymi służbami.
     Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na obszerność dzieła. Siedemset parę stron nie tak łatwo jest napisać, a zdaje się, że każda z książek była równie treściwa, co poprzednia. W dzisiejszych czasach, taka ilość kartek wzbudza różne odczucia, bo nie wiem jak wy, ale nie jestem przyzwyczajona, że każde tomiszcze jest na tyle opasłe. Ale nie ma tego złego-wszak większa ilość rozdziałów pozwala nam dłużej rozkoszować się zaprezentowaną historią. Nie to, żebym specjalnie lubiła powieści kryminalne, ale ta jakoś szczególnie mi podeszła. Dlaczego? Bo mimo, że zrezygnowałam z czytania na jakiś rok, wciąż pamiętałam  wątki i nazwiska, których w powieści Larssona nigdy dość nie było. I to może (lub nie może) być dużym atutem tej powieści.
    Słówko na koniec? Jestem bardzo ciekawa, w jaką stronę pójdzie David Fincher przy tworzeniu kolejnej adaptacji (nie remake’u;])-wszak sprawa Zalachenki stanowić będzie dlań twardy orzech do zgryzienia. Nie ukrywam też, że druga część cyklu najmniej mi się podobała-być może działo się zbyt wiele i w zbyt przeszarżowany sposób (ciekawe ile osób na serio przeżyło postrzał w głowę?). No i relacja Lisbeth-Blomkvist w „Zamku  z piasku, który runął” [3 tom]: ostatnie strony raczej mnie nie uradowały, ale może tak miało być. Choć reszty szwedzkich filmów jeszcze nie widziałam i nie wiem jak mają się do ostatniego tomu (z wyjątkiem słynnej pierwszej, ma się rozumieć).
   I tym optymistycznym akcentem wieńczę swoje mętne rozważania, kierując się w stronę półki z książkami.  „Millennium” uważam za odhaczone.
………………………………………………………………………………………………………………………
*Być może istnieje taki tytuł, a ja po prostu o nim nie słyszałam. W końcu wiecie, że ze mnie trochę błoga ignorantka.