Tylko widz wybacza.

  Znów przeważyła ciekawość, a jakże. W końcu film posiadający skrajne opinie od zawsze wzbudza  kontrowersje. I pokusę obejrzenia. Pomijając całe zamieszanie z festiwalem w Cannes (gwizdy, popłuczyny i tym podobne) zdziwiona byłam, że tak wielu chciało rozbebeszać dzieło Refna na atomy- dodając przy tym spazm narzekania na miałkość i brak koncepcji*. Bo, biorąc pod uwagę uprzednie produkcje, można zauważyć, że Refn wcale nie celował w mainstream. Zatem, cytując klasyka: o co tyle szumu? Tak jakby kino autorskie wyszło nagle z worka.
    Powinnością kinomana- nawet tego samozwańczego, jest (chociaż częściowe) nawiązanie do dorobku. Jak wiadomo, Nicolas Winding Refn to twórca, czerpiący garściami z formy specyficznej, co swe apogeum nabrała po projekcji „Drive”. Nie należy zapominać, że Duńczyk wpierw kręcił filmy nie tyle społeczne, co paradokumentalne- a ich przedstawiciel to słynna trylogia „Pusher”. Ni mnie ziębiła ni grzała informacja o tym, czy w „Only God forgives” wystąpi Ryan Gosling. Zdecydowanie bardziej wolałam wcześniejszą ‘muzę’ Refna, czyli Madsa Mikkelsena. Ale-dość tych mętnych rozważań, bo nie o preferencjach tu mowa. Skupmy się na tym, co było treścią.
Z tym jednak będzie ogromnym kłopot, bo ową treść podano w zależności od widza. Jedni stwierdzą, że fabułę da się skrócić w 10 minut** i wyśmieją artystyczne zapędy twórcy, inni oskarżą Refna o upodobania do bezsensownego mordu- podyktowane psychiczną chorobą tegoż. Ale znajdzie się też grupa zachwyconych- widząca w tytule metafizyczne przeżycia, bądź po prostu niecodzienną rozrywkę. Być może na tym polega odwieczny problem dzieł ‘innych’, że nie trafią- i nie muszą trafiać do każdego. Zresztą, można zauważyć, że Refn stoi nieco w opozycji do Larsa von Triera- co w swych dziełach [bardzo] mocno wnika w świat i osobowość kobiet. Tu jest kompletnie inaczej. Szkoda, że panowie nie zabrali się jeszcze za wspólny, kinowy projekt, bo  mogło być interesująco.
Drwi sobie ten reżyser z odbiorców i to wielokrotnie. Najpierw wydaje nam się, że postać Goslinga wieźć będzie prym w całym tym spektaklu, po czym wszystko zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bo już w pierwszych minutach, ryan’owy Julian snuje się z niewyraźną ekspresją twarzy, nie zmieniając jej przez bagatela ¾ projekcji. Nie wiadomo co mu leży na wątrobie: szuka sensu życia i czegoś co pomoże zejść z tego świata, czy po prostu taką przyjął maskę? Właściwe, to cała jego osoba jest praktycznie przemielona przez niszczarkę. [spoiler]W momencie kluczowym dla fabuły (słynne „Wanna Wight?”), kiedy chcemy by w końcu coś się rozwiązało, ten wyglancowany jegomość miast dokonać zemsty, okazuje się przegranym i pobitym posiadaczem wielkich śliw na oczach. [/koniec] Najważniejsza, czy raczej czołowa postać Changa- powiązana z resztą bohaterów, jest praktycznie niezauważalna. Być może dlatego tak trudno wniknąć w ów mglisty zamysł.
   No właśnie-wszystko jest bardzo mgliste. Pisane frazesów w stylu co autor miał na myśli wcale nie będzie powodem do wstydu. Bo przekombinowane motywy mocno zatarły historię, ograniczoną jedynie do dialogów, albo raczej para dialogów: wypowiedzi dziwnych i bardzo skrótowych. Tyle, co dowiedzieliśmy się o bohaterach można wyciągnąć przez słuchanie telefonicznej rozmowy w metrze, bądź innym systemie komunikacji. Przewrotnie też widzimy lwią część wydarzeń z perspektywy rodziny zabitego. Wcale nie mam ochoty kibicować familii gwałciciela, mordercy i (prawdopodobnie) zboczeńca ze skłonnościami pedofilskimi. A  tu poniekąd tak być miało. Ale- tylko poniekąd.
    Cała opowieść, rozgrywa się w klimacie mistycznego (a zarazem krwawiącego) Bangkoku. Moje pierwsze skojarzenie z miastem nie było zbyt pozytywne: chodzi oczywiście o seks turystykę, a mówiąc ściślej prostytucję. Dodajmy do tego mit amerykańskiego snu, który przeniósł się również do Azji, a  otrzymamy coś na kształt podium, w którym brak zwycięzców i przegranych. Bo- szczerze mówiąc, historię filmu przysłonił blask neonowych pokoi, sugerując, że nie chodzi o krzepienie się fabułą, tylko warstwą wizualną. To mi na początku zgrzytało, bo stawianie formy nad treść często prowadzi do gorszych odczuć po filmie (np. „Debiutanci”, „Wyśnione miłości”).
Cliff Martinez, okazał się wybawieniem z kinowego marazmu, tworząc ścieżkę dźwiękową, wzbijającą tytuł na wyżyny***. Być może brzmi to kiepsko, ale jednak-gdyby nie soundtrack, ciężko byłoby cokolwiek napisać. Jestem jedną z  osób, którym łatwiej wchłonąć konkretnie podany ciąg zdarzeń, a nie przeplatankę, okoloną symbolami na granicy absurdu. Weźmy przykładowo moment, w którym Chang wpada do baru z karaoke i każe kobietom zamknąć oczy. Teatralność pełną gębą. Ale, wracając jeszcze do dorobku Martineza, cieszy mnie, że postawił na ambientowe kawałki. Mieszanie tradycji (miecz) z nowoczesnością (muzyką) sprawdza się tu dobrze, choć elektronika nie należy do najbardziej wielbionych gatunków. Ożywcze bębny i groźne klawisze- to najmocniej pamiętałam z filmu. I jeszcze spokojną pieśń pod koniec.

Atmosferę bokserskiego światka, w którym znajduje się zblazowany Julian, przerywa wieść o tym, że starszy brat (Billy), został zamordowany przez policjanta- imieniem Chang. Jak się okazuje, Billy miał już na sumieniu brutalne morderstwo córki Changa. W tym momencie rozpoczyna się obustronna vendetta, podsycana przez matkę Juliana, Crystal. To jednak nic w porównaniu z szaloną ideą, czekającą na nieświadomego widza- jeśli nastawia się rzecz jasna na powtórkę z  „Drive”…

Był taki moment, w którym nie dziwiły mnie opinie, odnośnie damskich postaci u Refna (marginalizacja). Tu też pojawia się podobny wątek w osobie Mai (ładny dodatek): jest praktycznie niedostępna i takie sprawia wrażenie. Tyle, że prym w produkcji wiedzie Kristin Scott Thomas, w roli samozwańczej Crystal. Jest  szefową biznesu, ba- za nic ma zagrożenie ze strony Changa i trzęsie wrogami samym swym przybyciem. Z mej perspektywy, to kompletnie nietypowe wcielenie Scott Thomas: zawsze kojarzyła mi się z brytyjską dystynkcją, co też przekładało się na inną charakteryzację. W filmie Refna jest zaś koturnową kobietą u władzy, ni- to- krewną Donatelli Versace. Stosunek Crystal do Juliana jest- mówiąc oględnie nie uroczy, no i ma mocno zaburzony obraz zmarłego syna (Billy). Widz, słuchając tych superlatywów względem pierworodnego, odczuwa jedno wielkie zakłopotanie- co, nawiasem mówiąc pachnie inspiracją kompleksem Edypa. I, choć może się wydawać, że osoba Crystal wypada karykaturalnie, na szczęście jest [naprawdę] zacnie zaprezentowana. A Ryan Gosling? Właściwie robił to samo, co Sean Penn w „Drzewie Życia”.
Patrząc na ten wywód, dochodzę do wniosku, że zapomniałam napisać o pewnej ważnej rzeczy. Otóż, „Only God Forgives” obejrzałam, będąc pod wpływem alkoholu. Nie mogę zagwarantować, że moje zdanie byłoby lepsze/ gorsze bez wspomnianego wspomagacza. Może wyglądać, że mimo wszystko jestem zadowolona- choć nie wiem czy z powodu zaskoczenia, czy raczej musującego piwa w żołądku.

*i tak dalej
**pewnie nawet i krócej, ale po co od razu zniechęcać ludzi, którzy nie widzieli filmu
*** „Sister, Pt. 1” to jeden z moich faworytów

Carnival animal.

Disclaimer: nie będzie ani żadnych odniesień do książki, ani do tego, że serial strasznie mi się kojarzy z krawatami (internetowy Esquire uznał Hannibala za najlepiej ubranego bohatera TV- może stąd to nawiązanie);
       Ten wpis kiełkował w impulsywny jak zawsze sposób, łącząc mój entuzjazm z brakiem merytorycznego przygotowania. Zdałam sobie też sprawę, że pomijanie serialowych podsumowań, fatalnie wpływa na kulturalne samopoczucie mniej lub bardziej obeznanego blogera (tak uogólniam-jak bardzo złe to stwierdzenie?). Jeśli czytając to wszystko kręcicie nosem, mając dość  standardowego ‘trucia bez sensu’, dajcie mi chwilę, by się wytłumaczyć. Niedawno skończyłam intensywny kurs językowy i czuję się roztargniona, a notka- choć nie jest zbyt odkrywcza, powstała po to, żeby wyjść z marazmu. Pewnie za moment poczuję, że mogłam darować sobie ten temat, ale niech będzie-od czegoś trzeba zacząć. A nic tak nie poprawia humoru jak produkcja, która okazała się dużo bardziej interesująca, niż z początku.
              Zacznę od tego, że współczesne kryminały cierpią na tendencję gotowego scenariusza. Ciężko trafić, na coś, co nie będzie klonem swego poprzednika. Osobiście, zdarzyło mi się nawet pomylić jedną produkcję z drugą, bo są lub były w czymś do siebie podobne („Siedem”/”Złodziej życia”/”Psychopata”). Choć  procedurale wyskakują jak grzyby po deszczu, wciąż nie dają nam gwarancji na rozrywkę z wyższej półki. Wszystkiemu winien jest zarówno pedantyczny technicznie David Fincher, jak i świat po projekcji „Milczenia Owiec”. Adaptacja literackiego pierwowzoru, umożliwiła przedstawienie historii, w której główny psycho-killer nie tylko okazuje się inteligentnym osobnikiem, ale przede wszystkim jest ciekawiej skonstruowany niż niejeden protagonista-> np. biorąc pod uwagę „Czerwonego smoka” (być może to wynika z mojej nikłej sympatii do Edwarda Nortona; generalnie: nie rozumiem jego fenomenu). Jednak ożywienie, tudzież re-interpretacja ikony, pobudziła multum kontrowersji, poczynając od tych najgłośniejszych. Nie obyło się bez batów w stronę Madsa Mikkelsena, którego z marszu oceniano przez pryzmat Hopkinsa, dodając przy tym swe gorzkie żale względem ‘fatalnego’ akcentu Duńczyka. Z drugiej zaś strony Will Graham, to jeden z najmniej lubianych osobników, słynącego z hejterstwa filmweba. W dzisiejszym odcinku, postanowiłam odgrzebać z pamięci zarówno produkcję odcinkową, jak i wspominane wyżej „The Silence of the Lambs”. Będzie więc trochę lania wody, a trochę analizy pod kątem niektórych kryteriów. Zatem do dzieła.
Po tym serialu będziesz śnić o grasujących, gigantycznych jeleniach, mózgu w foliowej postaci, a przede wszystkim skomplikowanych dźwiękach, wywołujących uczucie przygnębienia. Tak, moi drodzy, dla mnie „Hannibal” to jest przede wszystkim jakaś depresyjna niemoc. Co z tego, że Willowi po części udaje się wytropić sprawcę, skoro tylko podwyższy ów stan psychozy i zbyt duże zaangażowanie w sprawę? Już nie mówiąc o zaburzeniach tożsamości i tak potwornie realistycznych snach, że ma się wrażenie, jakby ktoś celowo tego pana torturował. Fakt faktem, że nie trzeba filozofa by domyślić się o kogo mi chodzi, ale cały smaczek- związany z  pewną relacją, zostawię sobie na później.
    Poznajcie Willa Grahama- specjalistę od spraw beznadziejnych. Will to samotny posiadacz psich czworonogów, pracujący w jednostce FBI. To znaczy tak nie do końca- raz widzimy, że prowadzi wykłady, a za moment zjawia się na środku miejsca zbrodni. Jest potrzebny przy konsultacjach za żółtymi taśmami, bo nikt inny nie potrafi stworzyć odpowiedniego profilu mordercy. Kontrowersji owej kwestii dodaje fakt, że Will niekoniecznie winien pracować w podobnych warunkach. Dlaczego? Bo, gdy omawia swe krwawe refleksje, z dowodzącym sekcją Jackiem Crawfordem, od razu widać, że coś męczy go niemiłosiernie. Co uważniejsi wychwycą, że być może miał już do czynienia z tak poważnym scaleniem z mordercą, iż nie mógł przez dłuższy czas funkcjonować (i, że prawdopodobnie coś mocno wryło mu się w psychikę). I choć w pierwszych minutach, umiejętności Willa wydawać się mogą nadmiernie przesadzone*, jest to niezbędne by się zorientować, że przysporzą mu więcej kłopotów, niż radości. A czym tak właściwie dysponuje W. Graham? Dosłownie (i w przenośni) empatycznym podejściem do ściganego mordercy, którego jest w stanie zrekonstruować nie tylko pod względem  psychologicznym , ale i tym detalicznym: jak to zadawał on ciosy ofierze, czy miał konkretny motyw i tym podobne. Pełna hiperanaliza, wymagająca twardych nerwów i czaszki ze stali.

Zatem, co robi Jack Crawford, by móc spać po nocach wiedząc, że sprowadził Willa na złą drogę? Prosi o pomoc renomowanego- i chyba własnego psychiatrę, doktora Lectera (mroczne bah-dum-tss w tle), by miał oko na chwiejnego Willa i zdawał mu raport z jego postępów. Ten dość ryzykowny i kontrowersyjny pomysł, z dnia na dzień robi się coraz bardziej niewygodny. Bo po pierwsze: doktor Alana Bloom- inna psychoterapeutka, nie tylko uważa powrót Willa za zły z powodów naukowych, ale i stricte osobistych. Po drugie: na karku depczą śledczym głodni dziennikarze, z bezkompromisową Freddie Lounds na czele- a ona już wie, jak wykorzystać nietypowość Grahama. No i po trzecie: wiemy doskonale, że angażowanie Lectera w roli mentora jest jednym z najbardziej samobójczych gestów w dziejach popkultury-> to znaczy, oni tego nie wiedzą, ale po co od razu psuć zabawę.

   W trakcie serialu przewija się kilka mniej, lub bardziej istotnych zabójstw, prowadzących do satysfakcjonującego finału. I, chociaż mi też zdarzyło się psioczyć w stronę pierwszych epizodów, mam wrażenie, że celowo rozłożono akcję w ten, nieco leniwy sposób. Bowiem wszystko, co wydarzy się w początkowych minutach serii, wraca ze zdwojoną szybkością w chwili, gdy Will coraz mocniej wątpi w samego siebie- a Lecter milimetr po milimetrze, wgryza się w jego zaburzoną osobowość. Po zabójstwie Garretta Jacoba Hobbs’a, Will nie potrafi już zrozumieć, czy staje się tym samym potworem co Hobbs, czy tylko jego podświadomość-którą ktoś majstrował, robi sobie z niego, że się tak wyrażę żarty.
     Podczas projekcji poznamy feerię irytujących, bądź  intrygujących bohaterów, którzy dostali nieco krótszy czas antenowy. Jeśli o mnie chodzi, to zwróciłam uwagę na Abigail Hobbs: córkę seryjnego przestępcy, która nie tylko była świadkiem kryminalnej interwencji, ale przede wszystkim wiedziała, co robił jej ociec. Te frapujące elementy układanki odkrywamy z odcinka na odcinek, zastanawiając się przy tym, jak bardzo zmienił się charakter, muszącej radzić sobie z byciem ‘pomocnicą’ dziewczyny. Abigail- prócz dalszej konieczności kiszenia się w ośrodku dla mentalnie chorych,  bardzo szybko zostaje zmanipulowana przez naczelnego trolla serialu**, który celowo wymusza utrzymanie ich wspólnej tajemnicy.

Inną postacią, przykuwająca od razu oko jest terapeutka, tudzież stara znajoma Hannibala, czyli doktor Bedelia du Maurier, świetnie sportretowana przez Gillian Anderson. Co prawda pojawia się na jakieś pięć minut na (dajmy na to) 40, ale i tak pozostawia za sobą więcej pytań, niż odpowiedzi. Jej relacja z Hannibalem z pewnością przekracza dozwolony formalizm i widać wyraźne, że wie więcej, niż ci-wzięci w cudzysłów przyjaciele Lectera. Jest to pewien maleńki prztyczek w nos widza, mówiący z lubością : „Hej, ona też wie kim jest ten Hannibal, co ty na to?” A ja na to tyle, że chciałabym wiedzieć więcej. Na przykład jak to było z tym szemranym pacjentem Bedelii.

      Dalej: Hannibal. No i tu nie będę pisać za wiele. Rewelacyjnie oddana postać. Taki cicho-ciemny drapieżnik, zimny perfekcjonista, za nic mający sobie emocje, albo raczej emocjonalność. Mieszka w eleganckim apartamencie, lubuje się w sztuce wszelakiej maści (malarstwo, muzyka itp.), ubiera bardziej niż oryginalnie i w dodatku umie gotować. Ale tu przychodzi pewien zgrzyt. Bo my widzimy, co tak naprawdę przyrządza swym gościom i choć nie wiem jak apetyczne byłyby to frykasy, ciężko tolerować ten fakt po drugiej stronie ekranu. Oczywiście do czasu. Bo kto raz zje taką potrawę, nigdy już nie wróci do wieprzowiny. Jednak przejdźmy ponownie do mego peanu. Wielkie brawa dla Madsa  Mikkelsena za odświeżenie postaci mięsożernego konesera. Warto było poczekać do końca, bo ukazał on jedynie przedsmak geniuszu i niebezpieczeństwa . Zresztą- porównajcie sobie tę kreację z, wałkowanym niedawno „Casino Royale”: mimika Madsa w „Hannibalu” jest w pewnym stopniu martwa. Jakby to nie był człowiek, tylko… no właśnie. Te wystudiowane, dopracowane gesty przywodzą na myśl projekcję osobowości, którą wychwycą nieliczni.
   Jeśli chodzi o relację z Willem (celowo kreowanym na przeciwieństwo Lectera), początkowo ni mnie ziębiła, ni grzała. Ot, wymuszona konieczność, podparta ciekawością ze strony znudzonego Lectera. Jednak z biegiem czasu, nasz doktorek coraz mocniej przywiązuje się do tych rozmów wieczorem- przypomnijmy sobie scenę, w której Graham nie zjawia się na wizytę, a  w tle rozbrzmiewa nostalgiczny utwór. Przez ułamek sekundy wygląda tak, jakby Lecter coś przeżywał. Czy aby na pewno? Cóż, nie będę zdradzać, jak wszystko dalej się potoczy, choć przyznaję, że nie byłabym fanką serialu, gdyby nie Internet. Ogromną zasługę w tym rozbudowaniu linii Graham-Lecter ma bowiem fandom, który wielokrotnie zaskakiwał mnie, podczas przeglądania tumblr.com (i youtube’a). I, choć zdaję sobie sprawę, że taki argument niekoniecznie kogoś przekonuje, to mówię szczerze: zaciśnijcie zęby i zabierzcie się za te 13 odcinków. Mimo wszystko warto.

      To, co mi się w tej serii dodatkowo podoba, to fakt, że „Hannibal” wizualnie nie daje o sobie zapomnieć. Kolorystyka zdarzeń zmienia się w zależności od napięcia: raz jest przeraźliwie nasycona, a kiedy indziej mocno przygaszona i tak jakby mglista. Duża w tym zasługa klimatycznego świata przedstawionego, pełnego niebieskiego, smutnego krajobrazu. Muzyka również bywa raczej wrogiem, niż sprzymierzeńcem bohaterów i powoduje, że ma się wrażenie oglądania thrillera bez happy endu. Co do czołówki, to owszem: jest króciutka i być może niezauważalna, ale przez dłuższy czas taki wydaje się sam cannibal Lecter.

      No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim jest „Milczenie Owiec”? Po raz kolejny powtórzyłam sobie to wiekopomne dzieło i muszę stwierdzić, że wciąż robi na mnie wrażenie. Mimo tego, że historię znałam nie od dziś, z chęcią zajrzałam do tej (niestarzejącej się) wersji, z fantastycznym Hopkinsem i urokliwą Jodie Foster w roli głównej. Biorąc pod uwagę serię TV, z dziecinną ciekawością rozpoznawałam detale, które wcześniej mi umknęły. Dało się zauważyć pazernego i żądnego sławy Chiltona, ten sam budynek, przetrzymujący psychopatów i sposób morderstwa, który pojawił się w jednym z odcinków: tak zwany krwawy orzeł, tudzież zawieszone ciała z wyjętymi żebrami, przypominający skrzydła aniołów.
Podsumowując: jeśli marzy Wam się barokowy naturalizm i przygnębiająca atmosfera, wybierzcie „Hannibala”. Nic bowiem tak nie fascynuje, jak przekonanie się, czy współczesności wychodzi rozgrzebywanie klasyki.
…………………………………………………………………………………………………………………….
*lasery, rzecz jasna lasery
**Mysza, w podobny sposób wyraziła się w którejś ze swoich notek. Tak więc, jeśli nie zadowolą Was te wypociny idźcie czytać jej refleksje (choć założę się, że część już to zrobiła).