Dlaczego Den Den Mushi może być gadżetem przyszłości.

Spiesząc z wyjaśnieniami: ów termin oznacza przenośny sprzęt, występujący w anime o nazwie „One Piece”. Nie będę wdrażać się za bardzo w fabułę serii, bo jest na tyle rozbudowana (przynajmniej jej świat przedstawiony), że trudno mi w tej chwili cokolwiek  napisać. Za to wypunktuję dlaczego uważam ów gadżet za dość interesujący.

złowieszczy Den Den Mushi

1. Oryginalnie- zamiast „dzwoni telefon” powiemy „dzwoni mój Den Den Mushi”, albo „muszę odebrać swojego ślimaka”. Nie cegłę (ok, raczej nikt tak nie mówi), smartfona, czy zwyczajną słuchawkę, tylko elektroniczne cudeńko- idealnie chociażby dla miłośników przyrody.

2. Wygląd- co może być ciekawego w rzeczy przypominającej (powolnego) mięczaka? Chociażby to, że jest przyjemne wizualnie i przywodzi na myśl animację. W mym wypadku ta kwestia jest niezwykle istotna, bo słowo ślimak niezbyt dobrze kojarzy mi się na co dzień. Pewnie ma to jakiś związek z ich czarnymi przedstawicielami z okolic Bałtyku i kiepskimi żartami w stylu „włożę ci ślimaka za koszulę” (mnie to w ogóle nie bawi).

reggae Den Den Mushi

3. Dla każdego- Den Den Mushi może być większe, mniejsze, młodsze, starsze, w plamki, w paski, może posiadać doklejane rzęsy, lub kropka w kropkę przypominać swojego właściciela. Dodatkową atrakcją jest fakt, że ów sprzęt porusza ustami tak, iż ma się wrażenie, że nasz ślimak żyje własnym życiem (w serii są to głównie prawdziwe stworzenia, którym nie przeszkadza taka rola). Mimika mięśni twarzowych naszego Den Den Mushi przebija niejednego komediowego aktora, co jest wisienką na torcie tej umiejętności.

4. Dzwonek- to akurat kwestia sporna. Gadżet może mieć tonację niższą, wyższą, wolną, bądź bardziej zabawną. Z tym, że to, co ja uważam za element komediowy może nie być zrozumiałe dla postronnych. Co ciekawe, istnieje specjalna forma takiego Den Den Mushi o nazwie Buster Call, która pozwala wezwać wodną marynarkę na dany teren. Problemem w takim wypadku jest to, że choć Buster Call może wyeliminować (rzekomego) wroga, taki czyn prowadzi do całkowitej destrukcji obszaru, na którym się znajdziemy. Przykładem będzie tu wyspa o nazwie Ohara, która po owym incydencie zniknęła z mapy świata (czemu, nie będę rzecz jasna zdradzać).

5. Nie tylko telefon- taki sprzęt posiada równie mocny monopol, co poniektóre współczesne firmy. W „One Piece” Den Den Mushi funkcjonują zatem nie tylko jako krótkofalówka, ale też jako kamera, aparat, faks, czy nagrywarka. Jak podaje wiki, istnieje również trudno dostępna wersja takiego sprzętu (czyli White Den Den Mushi), który pozwala wytworzyć zakłócenia- dzięki którym będziemy pewni, że nikt nas nie podsłucha. W dobie obecnej globalizacji taka rzecz byłaby autentycznym rarytasem, biorąc pod uwagę jak wiele można wyciągnąć od przeciętnego człowieka- za pomocą monitorowania sieci komórkowych.

oceniający Den Den Mushi

 6. Po prostu ciekawa rzecz- nie ma co się oszukiwać, jeżeli masz skłonność do gromadzenia drobiazgów związanych z seria(la)mi Den Den Mushi jest dla Ciebie jak znalazł. A może o to chodziło, żeby powstawiać grafiki z telefonicznymi ślimakami- już sama nie wiem.

Mroczne podsumowanie #1

Odnoszę wrażenie, że ilość cykli, które próbuję odtworzyć na swoim blogu kończy się na jednej, góra dwóch odsłonach. Owszem, są jeszcze top recenzje (notabene trudno, żeby nie cieszyły się popularnością, skoro zamieszczam dobre linki), ale drażni mnie ten brak regularności. Powyższy tytuł będzie rzecz jasna luźnym podsumowaniem popkulturalnych przeżyć, bo po cóż internet, jak nie po to właśnie, by móc dzielić się swoimi wrażeniami. A ponieważ nawet dla mnie Twitter okazał się zbyt ciasnym miejscem do takich wynurzeń, (pokrótce) będę się tu uzewnętrzniać.

Zatem po pierwsze, jak większość kinomanów pozytywnie odebrałam „Strażnikow Galaktyki”. Nie obyło się jednak bez wstępnych uprzedzeń, dotyczących głównego bohatera. Bo Peter Quill w trailerze wydawał się jedną z tych (pseudo) wyluzowanych postaci, wywołujących szczękościsk pokroju Melmana z „Madagaskaru”. Między innymi dlatego nie trawię niektórych komików (vel aktorów komediowych) takich jak Steve Martin, albo Eddie Murphy. Na ich widok żołądek ściska mi się w nieprzyjemny supełek i mam nerwowy odruch pod tytułem „przerzućcie ten kanał”. Ale wracając do filmu, nie zgadzam się z opiniami, iż był najmniej poważnym Marvela. Biorąc pod uwagę całe uniwersum (i stworzony fabularny środek ciężkości) GoTG nie odstają specjalnie pod względem komediowym. Porównując „Strażników” do takiego „Thora 2”, zauważam nieznaczne podobieństwo. Przykładowo w jednym z kulminacyjnych momentów, gdy Thor z Lokim pędzą do tzw. ukrytego miejsca, syn Laufey’a mówi coś w stylu „Tadam!” i całe napięcie zostaje humorystycznie wyważone. W skrócie: klasyfikacja produkcji pod jednym szyldem jest dla mnie bez sensu.

W trakcie dyskusji nad filmem wywiązały się interesujące wpisy, jak obrona głównego villaina przez Salantora, oraz mniej entuzjastyczne zdanie Puśka i Rusty. Dla tych, co być może jeszcze nie czytali, a zapoznali się z produkcją, polecam zerknąć na powyższe teksty.

 

Przeczytałam „Naruto 690” i jestem rozczarowana tym, co autor zrobił ze sceną walki. Pierwszy raz tak uderzyła mnie niekonsekwencja akcji- jakby ktoś wziął historię opisaną na 100 stron i po chamsku wyciął logiczny ciąg sytuacyjny. Owszem większość się czepia, że całą serię (a głównie temat przewodni) rozciągnięto do przesadnych elementów, ale są pewne granice. Za to przyjemnie ogląda mi się „One Piece”, pomimo obaw udźwignięcia takiej ilości odcinków. Widocznie cierpię na niedosyt awanturniczego klimatu i łączenia wątków przygodowych, nie rozgrywających się wyłącznie na przestrzeni ninja- spirytualnej. Design postaci, choć może nieco zadziwiać jest w OP naprawdę pomysłowy. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy bohaterowie trafiają do innych miast, albo spotykają poszczególnych wrogów. Jak na razie zamierzam śledzić tę serię.

 

Cytując klasyka: „shit just got real.”

Z tych bardziej pozytywnych kwestii, byłam też mile zaskoczona sequelem „Kapitana Ameryki”. Zimowy Żołnierz ma dla mnie nie tylko atuty w postaci interesującego plot twistu, ale przede wszystkim stawia na postaci, istotne dla dalszych losów Rogersa. Już pomijając samego L. Jacksona najlepiej wypadły akcje Czarnej Wdowy, co tylko dowodzi jak często miewam love-hate relationship względem aktorów. W tym filmie tylko czekało się na ponowne wejście Natashy do gry, bo wtedy działo się znacznie więcej. Rozmowy Black Widow z panem-tarczą korespondują nie tylko z ich różnymi charakterami, ale poniekąd ukazują system wartości współczesnego szpiegostwa. Momentami ma się wrażenie, że tak właściwie nikt nikomu nie ufa, a jak już zaufa, to zrobią go w przysłowiową trąbę.

No i scena po napisach [SPOILER] mnie mocno uradowała, bo jestem fanką rodzeństwa Maximoff  (cóż z tego, że głównie bazuję na dwóch tytułach) [koniec SPOILERA].

 

What does the wolf say?

Na koniec muszę się wreszcie pochwalić, że nadrobiłam 2 sezony „Teen Wolfa” i co tu dużo mówić, jestem po prostu wciągnięta w fandom*. Podoba mi się, że twórcy nie bawią się w robienie kilo dramy, jak ma to miejsce w niektórych paranormalnych serialach. Kiedy trzeba jest poważnie, ale z drugiej strony mamy odpowiednią dawkę luzu rodem z filmów Disney’a (nie wiem skąd to porównanie). Poza tym w każdym z bohaterów odnajduję cząstkę siebie. Czasem jestem jak Allison- rozdarta między rodzinnymi obowiązkami a własnym podejściem do życia, jako Scott nie zawsze dostaję to co bym chciała, czasem czuję się na uboczu i walę sarkastyczne teksty jak Stiles, a ukryty kompleks perfekcjonistki kojarzy mi się z Lydią. No i podejmuję decyzje w sposób nerwowy, mając zbyt duży dystans do ludzi jak Derek.

*Jak zgadniecie czyja to wina, wygrywacie wirtualnego kucyka

Paradise Kiss.

Tylko 5 tomów i niesamowity niedosyt. Niesamowity, bo nie spotkałam się wcześniej z mangą, która w tak barwny sposób opowiadałaby o losach licealnego domu mody. Oczywiście cała otoczka jest tylko pretekstem do przepięknych kreacji rodem z nie tego świata. Coś fantastycznego. Jednak to, co najbardziej wkurzyło mnie na ostatniej stroniczce, to zakończenie. Ale o tych i innych rzeczach (bez kompetentnych spoilerów) za chwilę.

„Paradise Kiss”, to tak zwana josei-manga autorstwa Yazawy Ai. Ten dziwny termin oznacza główną grupę docelową do której skierowana jest treść, czyli nastolatki i ich dojrzalsza widownia. Jednak ja uważam, że taka klasyfikacja nigdy w pełni nie odda całego przekazu mangi, więc najlepiej jak pozostawię ten opis w lekkim stanie zawieszenia.

Historia zaczyna się, gdy śledzimy losy uczennicy trzeciej klasy liceum, imieniem Yukari Hayasaki. Zostaje ona ‚wywabiona’ spośród tłumu idącego ulicą. Bowiem uczniowie pewnego artystycznego liceum Yazagaku, poszukują modelki do swojego pokazu, a ona-no co tu dużo mówić, nadaje się do tego wręcz idealnie. Tym samym rozpoczyna się pewien ciekawy proces w życiu naszej bohaterki. Yukari w trakcie obcowania z modowymi marzycielami, zaczyna dostrzegać, że ciągła nauka nie jest jej ulubionym zajęciem i wkręca się coraz mocniej w życie towarzyskie „Parakissu”. „Parakiss” zaś, to właśnie czwórka niezwykle oryginalnych osobistości, zajmująca się projektem sukni na szkolny festiwal. Wśród nich prym wiedzie Jouji „George” Koizumi- utalentowany człeczyna i oryginał, za nic mający sobie niektóre konwenanse. Jest biseksualistą i synem bogacza, z którym nie chce mieć w ogóle do czynienia (dlatego stara się pracować na własny koszt). Jego najlepsza przyjaciółka Isabella (która fizycznie jest płci męskiej), to iście kolorowy ptak i tak zwana postać matkująca w mandze (do tego uwielbia pić herbatkę). Prócz tego mamy również wybuchową parkę, czyli słodką jak cukierek (i wyglądająca niczym małe dziecko) Miwako, oraz Arashiego- nieco narwanego gitarzystę o wyglądzie j-rockowca.

Każdy mini-rozdział (oznaczony tu jako tzw.”Stage”), jest poprzedzony drzewem genealogicznym postaci i przepięknymi rysunkami- a pojedynczą okładkę zdobi wizerunek jednego z bohaterów opowieści. Fabularnie co prawda nie ma tu jakiegoś szału, ale muszę stwierdzić, że poczucie humoru wprowadzone przez panią Yazawę nawet mi odpowiadało. Kreska postaci jest naprawdę dopracowana- choć oczywiste jest, że to na ich ubraniach głównie skupiła się autorka. Co prawda nie wyobrażam sobie w tej chwili ludzi chadzających w stylizacji Isabelli czy Miwako (oczywiście mówię tu o naszym rodzimym kraju), ale jednak muszę przyznać, że na papierze robi to naprawdę mocne wrażenie. Nie mówiąc już o linii odzieżowej „Happy Berry”, której twórczynią jest siostra różowej Miwako (tzn. umówmy się- w mandze króluje szarość, ale w serialu, czy rozmowach, zaznaczono parę razy jej kolor włosów). A suknia pokazowa- no cóż, place lizać. Główny wątek miłosny jest moim zdaniem jednym z ciekawszych elementów opowieści, ale to jak go zwieńczono (bądź jakie rozwiązanie przyjęła autorka) już mi się za bardzo nie podoba.

Tak więc polecam Wam z czystym sumieniem „Paradise Kiss”, bo po pierwsze jest dość krótka (5 tomów), a po drugie jakościowo zwyczajnie wymiata.