Alicja w krainie schizy.

Ludzie piszą o Supermenach, problemach żołądkowych w Vegas i wolnej interpretacji „Opowieści z Narnii” (albo mi się tylko wydaje), a ja wciąż opóźniona w kulturze. No cóż- tak i też bywa, ale nic na to nie poradzę, że mam w sobie coś z pseudo hipstera. Ostatnimi czasy zaprzestałam nawet śledzenia [daremnych] poczynań Willa Grahama i- choć powinnam czuć odrazę w scenach konsumpcji posiłków przygotowanych przez dr Lectera, miałam tylko ochotę przyrządzić sobie kolejną kanapkę…Ale dość o mnie, czas przejść do gwoździa dzisiejszego programu, czyli filmu Chan-wook Parka: południowokoreańskiego reżysera i scenarzysty, którego twórczość powinnam już dawno mieć za sobą. Jak zapewne się domyślacie, nie posiadam zbyt dużej wiedzy odnośnie jego wcześniejszych dokonań, ale miałam nadzieję, że nie przeszkodzi mi to w odbiorze dzieła. Czy miałam rację, trudno mi w tej chwili spekulować, ale pewna jestem jednego: „Stoker” to stuprocentowa rozrywka dla oczu.

       Azjaci mają chyba słabość w obsadzaniu kruchych i delikatnych fizycznie bohaterek w roli niepokornych dusz- tudzież takich, które kojarzą się ze stylistyką kina grozy. Nie inaczej dzieje się w „Stokerze” [produkcji, tym razem nie skalanej dziwnym tłumaczeniem]- filmie, który główną oś produkcji wspiera na barkach młodziutkiej, bladolicej Indii Stoker, przyzwoicie zagranej przez Mię Wasikowską. India nie wygląda na typową duszę towarzystwa-woli hasać po konarach w poszukiwaniu urodzinowych prezentów i za nic ma sobie utarte konwenanse. Dlaczego? Ano może z tego prostego powodu, że w dniu tak zwanej osiemnastki dowiaduje się, że jej ojciec-Richard Stoker, ginie w wypadku samochodowym. Sytuacja jest o tyle niepokojąca, że India miała swego rodziciela za kogoś w rodzaju pokrewnej duszy: rozumieli się bez słów, a dziewczyna przede wszystkim czuła się z nim bezpieczna. W chwili pogrzebu, India dowiaduje się od matki, że na stypie pojawił się wuj Charlie (albo stryj): osobnik, którego istnienie przez cały czas było przed nią zatajone. Panna Stoker nie tylko więc czuje się skołowana przedwczesnym zgonem ojca, ale również zdziwi ją fakt, że wujek- wyskakując niczym Filip z konopi, od razu zapragnie się z nią zaprzyjaźnić. Ów problem będzie tu rzecz jasna punktem zapalnym fabuły, rozwijającym klatka po klatce rodzinne sekrety.

Zacznę od tego, że do filmu zachęcił mnie ciekawy trailer. Psychopatyczne spojrzenie Matthew Goode’a- jak i frapujące urywki,  powiedziały mi, że przynajmniej nie zawiodę się w kwestii aktorstwa. I tak też było. Jako uncle Charlie, Goode okazał się przyciągającym ogniwem, długo trzymającym akcję w ryzach. W pierwszych minutach seansu, złapałam się nawet na tym, że zaczęłam myśleć coś w stylu: ‚Ciekawe o co tu tak właściwie chodzi’. I choć nie brzmi to jak szczególny komplement, w tym dziele spełnia tę rolę. Bo już w chwili, gdy Charlie Stoker [prawie wszyscy noszą to samo nazwisko gwoli ścisłości] postanawia się zatrzymać w posiadłości Indii i jej matki Evelyn, odczuwamy pewną nutkę niepokoju: wszak nawet ciotka Stoker dość dziwnie zareaguje na widok ‚wujaszka’ (członkowie pogrzebu ograniczyli się do prostego „Nie wiedziałem/am, że Richard miał brata”). Charlie będzie więc nie tylko kalką ‚filmowego przystojniaka z tajemnicą’, który pojawia się znikąd, ale przede wszystkim zakamuflowanym manipulantem, aka socjopatą: co raz się śmieje i komplementuje, by za moment przywdziać inną maskę. Nie trzeba chyba dodawać, że kolejnym motorem podkręcającym napięcie, jest dość wyraźna- by nie powiedzieć chora obsesja Charlie’go na punkcie Indii: który wie o siostrzenicy więcej, niż jest to moralnie dozwolone. Wszystko to widać w drobnych gestach i symbolach ([spoiler] flirtowanie Charliego z matką Indii [/koniec]), a zwłaszcza w kluczowej dla wydarzeń scenie gry na fortepianie- która jest moją ulubioną.
Ok, no więc trochę posłodziłam Matthewo’wi Goode, a co z resztą? Nicole Kidman choć kiedyś należała do grona moich ulubionych aktorek w tym dziele niespecjalnie mnie powaliła. Być może wiąże się to z moją niechęcią do jej ograniczonej mimiki- spowodowanej wiadomymi czynnikami, ale w każdym razie: ni mnie ziębiła ni grzała. O dziwo z Mią Wasikowską było zupełnie inaczej, chociaż obawiałam się, że zobaczę powtórkę z „Alicji” Burtona/Disney’a. Była wycofaną obserwatorką, pełną licznych sprzeczności: w jednej chwili niewinną, a i kiedy trzeba brutalną, Niektórzy pisali w swoich recenzjach, że Mia snuje się przez pół filmu bez wyrazu (być może Klapserka, ale to nie znaczy, że mam coś do jej opinii-> po prostu to zapamiętałam), ale dla mnie był to po prostu inny rodzaj cierpienia, wewnętrznego cierpienia. Izolacja, która nie polega na waleniu ‚fuckami’ na prawo i lewo, tylko całkowity marazm połączony z gigantycznym dystansem. Bo zdając sobie sprawę z natury Indii-zwłaszcza po seansie, wcale nie dziwi mnie fakt, że wolała odcinać się od reszty, czując, że zabrakło jej mentalnego oparcia. I tak, ono się mówiąc prostolinijnie pojawi, ale czy w ten sposób, jak wygląda to w typowej obyczajówce? Oczywiście nie.

[gigantyczne spoilery] „Stoker” to po części film o dorastaniu (weźmy tę zmianę butów ‚oksfordek’ na dojrzałe, kobiecie szpilki), a po części thriller-drama o poszukiwaniu swojej tożsamości. Jest to również bazowanie na słynnym motywie, który często pojawia się w dyskusjach odnośnie dzieła. Pewnie powinnam od razu się domyślić, że chodzi o współczesny wampiryzm, bądź zabawę w skojarzenie z książką Brama Stokera: „Dracula”. Dowód? India już na samym początku akcji mówi o swym wyczulonym słuchu, wyostrzonych zmysłach-czy słyszeniu ‚głosów’, a po chwili dochodzi również sentyment, by nie powiedzieć jej fascynacja krwią i śmiercią (ugryzienie chłopaka podczas całowania, masturbacja po dokonaniu pierwszej zbrodni). India tak jak i Charlie krwawe gody rozpoczynali głównie w nocy, a gdy było ciepło, mieli na sobie przeciwsłoneczne okulary. Pojawiają się tu również skojarzenia z „Dexterem”- biorąc pod uwagę polowania Indii z ojcem i to, jaki był ostateczny wybór bohaterki. [/koniec]

Produkcja Chan-wook Parka jest niezwykle malownicza. Wszystkie elementy techniczne, począwszy od wystudiowanego plakatu, na napisach kończąc, ocierają się o wizualny perfekcjonizm. Detaliści po seansie powinni poczuć się jak ryba w wodzie. „Stoker” sprawia zatem wrażenie filmowej koronkowej roboty, która jest przygaszonym krajobrazem nierealnym, mimo elementów współczesnych. Ów gotycki dom przypomina momentami siedzibę duchów, albo miejsca, gdzie dzieją się straszne rzeczy niczym w „American Horror Story”. Nasze oko sycą nawet ułożone owalne głazy, miejsce gdzie India siedzi na drzewie, czy też jej ubrania- które są nawiasem mówiąc bardzo, ale to bardzo czyste (bądź vintage). Zdjęcia kradną powiew wiatru smagającego włos Indii, a te szepty i fragmenty- które, choć mogą przyprawiać o negatywne odczucia, w kadrach nie dają o sobie zapomnieć. Tak zwana martwa natura z czaszką.
Co jest zatem największym minusem dzieła? Wygląda na to, że jednak scenariusz. Po godzinie „Stoker” jest już bardziej stalkerem– niknie gdzieś ciekawość i dynamizm, a na pierwszy plan wypływa nuda, biorąc na tapetę dość utarte schematy. I choć może się wydawać, że nie warto zawracać sobie tym [tytułem] głowy, broni się on wyżej wspomnianymi przeze mnie czynnikami (pozwoliłam sobie pominąć fakt, że autorem scriptu jest Wentworth Milller; a nie, jednak wygadałam).

Zatem słowem końcowym: wszystko zależy od osobistych preferencji. Mi się „Stoker” podobał. Ot, bez szału, ale i w porządku, na dodatek ma całkiem interesujące utwory autorstwa Clinta Mansella-> a ja polubiłam to, co brzmiało już na napisach.

 

Who watches the Watchmen?

    Człowiek, który nie zna komiksu-będącego podstawą adaptacji, ma dwa wyjścia. Albo zacznie przeszukiwać Internet i nadrobi rysunkowy pierwowzór, albo zda się na intuicję i podejdzie do filmu w całkowitej niewiedzy. Tę ostatnią grupę reprezentuje oczywiście moja skromna osoba i jej chroniczny znak rozpoznawczy-czyli ogromne lenistwo.  Mimo, że o „Watchmen. Strażnicy”  słyszałam już kilka pozytywów, dopiero niedawno postanowiłam nadrobić ten dość popularny tytuł. I choć z początku mój stosunek do  produkcji był dość obojętny, z biegiem minut coraz mocniej angażowałam się w problemy wykreowanego tam uniwersum.
     Zack Snyder znany z takich produkcji jak „300”, czy „Sucker Punch”, wziął się za kolejną pop kulturalną ramkę, czyli zdezelowanych super bohaterów. Bowiem rzadko kiedy spotyka się gońców sprawiedliwości, którzy albo są przesiąknięci wewnętrznymi ranami, albo mają gdzieś, czy staną po stronie zła, czy dobra. Jest to niezwykle oryginalna sprawa, bo praktycznie w każdym ‘kryształowym’ osobniku znaleźć można poważną skazę- która spowoduje, że Watchmeni będą bardziej rzeczywiści, niż byśmy tego oczekiwali.
    Zanim przejdę do omówienia tak zwanej fabuły, przyłączę się do głosów oczarowanych openingiem. Piąta minuta filmu, to rewelacyjny kalejdoskop z życia pierwszych ‘herosów’, opiewający na lata ich działalności. W rytm „The Times they are a-changin” Boba Dylana, pulsują kolejne daty, na przemian spajające i niszczące ideę „Strażników” od środka. Są więc tematem nagłówków z pierwszych stron gazet, jest i wspólne zdjęcie w 1940 roku (Silk Spectre to kwintesencja inspiracji stylem pin-up girl), a nawet nawiązanie do kultowego zdjęcia żołnierza i pielęgniarki po powrocie z II wojny. Później mamy totalne odwrócenie sytuacji i powolną rozsypkę drużyny- np. samobójstwo i zabójstwo z powodu ujawnienia homoseksualizmu. Na koniec poznajemy tytułowych Watchmenów i ich ewolucję do dnia obecnego [w produkcji]*. W tle przeplatają się również autentyczne wydarzenia, w których ważną rolę odgrywają ludzie związani ze Strażnikami.
   Nasza historia rozpoczyna się w roku 1985. W alternatywnej wizji przeszłości, prezydent Nixon rządzi w Stanach Zjednoczonych kolejną kadencję, a nikt nie ma pojęcia o (słynnej) aferze Watergate. W tym świecie bowiem zamaskowani mściciele nie tylko czynią to, co  powinni, ale też to, co im się bardziej opłaca-dlatego więc podejrzenia względem ‘męża stanu’ nigdy nie wyszły na światło dzienne. Ale jest jedna rzecz, która spędza sen z powiek amerykańskim obywatelom: chodzi o zagrożenie nuklearnej wojny ze strony Związku Radzieckiego. I właśnie w tym momencie, podczas telewizyjnej debaty, w jednym z mieszkań były członek drużyny „Watchmen”- Komediant, zostaje zabity wypchnięciem przez okno.
    Ta niespodziewana informacja jest początkiem ważnej sytuacji. Bo kolejny eks- druh „Watchmenów”, czyli Rorschach (którego maska przypomina owe słynne malowidła), na własną rękę postanowi dowiedzieć się kto doprowadził do ‘sprzątnięcia’ Komedianta. Zatem niczym ten tułacz, odwiedzi starych towarzyszy, informując ich o tragicznym wydarzeniu- starając się przy tym ponownie ich zjednoczyć. Jednak Strażnicy już dawno wrzucili kostiumy na dno szafy i niekoniecznie pragną znów bawić się w bohaterów. Pierwszym, który „łamie się” w tej narastającej rutynie jest Daniel, znany też jako Nocny Puchacz (Nite Owl brzmi lepiej, czy mi się tylko wydaje?). Sam więc odwiedzi kolejnego członka ekipy, czyli Adriana Veidta aka Ozymandiasza [zwanego najmądrzejszym człowiekiem świata], który jako jedyny ujawnił prasie swą prawdziwą tożsamość. Rorschach zaś zmierzać będzie do ostatnich Watchmenów, czyli Jedwabnej Zjawy/ Laurie, mieszkającej razem z doktorem Manhattanem. Tak jak i Adrian, ci dwoje również niezbyt przejmą się zaistniałym faktem, bardziej skupiając się na globalnym niebezpieczeństwie (konflikt z Rosją). Oczywiście do pewnego czasu.

    Dzieło Snydera to efektowna mieszanka kilku gatunków filmowych. Mamy więc deszcz i samotnego bohatera- Rorschacha, który nie tylko posługuje się pierwszoosobową narracją, ale również pisze dziennik. Pachnie wam to stylistyką noir? I prawidłowo, bo tak właśnie skonstruowana jest postać /osobowość Rorschacha: ma swój system wartości, jest cyniczny i wyznaje zasadę „No compromise”. Ale jest też domieszka psychologii i dramatu, zwłaszcza we wspomnieniach Silk Spectre (Jedwabne Widmo)-matki Laurie. W „Watchmen” nie zabraknie również akcji w Wietnamie, nawiązującej do „Czasu Apokalipsy” Coppoli. Sam epizod badania śmierci Komedianta, w pewnej chwili ociera się o kino akcji, czy czysty thriller. „Strażnicy” to też przede wszystkim kino science- fiction-> jeśli weźmiemy pod uwagę zdolności doktora Manhattana i to, że może przemieszczać się w kosmosie, czy teleportować jak Nightcrawler. Można też odnieść wrażenie, że „Watchmeni” wielokrotnie stawiają na autoparodię. Nixon nie bez kozery posiada nos przypominający pewien męski narząd, a najbardziej komediowe elementy leżą w dobranej ścieżce dźwiękowej: w dramatycznej scenie walki przewija się wesoła nutka, scenę seksu okraszono utworem Leonarda Cohena „Hallelujah”, a pogrzeb Komedianta rozpoczyna „The Sound of Silence” Simona & Garfunkela.

       Oczywiście nie zabraknie tu technicznych elementów, idealnie balansujących na krawędzi komiksu i ciętego realizmu. Jest i slow-motion w scenach walki, unikanie pocisków, pięści przebijające ściany (te amerykańskie chyba nigdy nie były dość mocne), czy paradowanie w odpowiednio obcisłych strojach. Jeszcze wracając do elementów stricte komicznych, można zauważyć, że strój Ozymandiasza (z wyjątkiem kolorystyki) wyraźnie bazuje na kostiumie Batmana, prezentowanym w produkcji Schumachera „Batman i Robin”. Tam również obrońca sprawiedliwości posiadał taki element jak opływowa maska i… metalowe sutki. Jest to z pewnością mrugnięcie okiem w stronę widza, a i sama orientacja seksualna Veidta jest zasugerowana w dość aluzyjny sposób.
    „Watchmeni” w dużej mierze rozliczają się z wizerunkiem perfekcyjnych i moralnie doskonałych superherosów. Tu każdy zmaga się ze swoimi problemami, nie może do reszty odnaleźć się w życiu, albo odcina się od szarej egzystencji ze względu na posiadanie umiejętności, wykraczających poza zwykłe człowieczeństwo (doktor Manhattan). Jeśli pamiętacie „Iniemamocnych” Pixara, wiedzcie, że „Strażnicy” stanowili inspirację dla pewnych elementów fabularnych- zwłaszcza jeśli chodzi o podejście Boba i kłopoty jego dzieci. Niezwykłe jest również to, że praktycznie każdy z bohaterów mógłby mieć swój scenariusz na oddzielny film. To, że w ciągu 160 minut jesteśmy w stanie wejść tylko w najważniejszy wycinek ich wspomnień, jedynie zaostrza apetyt na więcej. Osobiście, najchętniej dowiedziałabym się czegoś więcej o Rorschachu i Ozymandiaszu- bo ci dwaj panowie nie tylko wydali się najbardziej interesującymi postaciami, ale wybijali się również aktorsko**.
    Zakończenie filmu jest dość zaskakujące i daje mentalnego kopniaka w kwestii wyborów. Czy możliwe jest więc osiągnięcie pokoju bez żadnych ofiar? A co z tymi, których poświęcono dla idei: czy może być słuszna, skoro i tak ucierpią na niej postronne osoby? Te i mnóstwo innych pytań przewija się w punkcie kulminacyjnym, dając do zrozumienia, że nigdy nie wiadomo co kreuje publiczną świadomość (pełną iluzji). Mechanizm rządzący światem idealnie zaprezentował sam Komediant: przerażająco okrutny wobec ludzi, ale i w pełni świadom jak brudne są jego czyny i wszyscy, którzy posiadają władzę.
   Podsumowując: naprawdę warto obejrzeć ten film. Bo „Watchmen. Strażnicy” to nie tylko gratka dla fanów, ale przede wszystkim interesująca wizja, która jest aktualna i dziś.

*Nite Owl w roli muzy Warhola był całkiem udanym pomysłem.
**Plus jeszcze Carla Gugino, która mogła być dużo częściej.