Przygoda X

 Można gdybać czemu twórcy lubią science- fiction. Można się też zastanawiać co skłania ich do przeplatania tego nurtu z prawdziwymi zdarzeniami. Można również dziwić się dlaczego raz kolejny zabieram się tytuł, czerpiący z innych dzieł i nie wnoszący nic nowego do gatunku. Choć tak nie do końca.

Pomysł na dzisiejszego bohatera notki wziął się przypadkowo. Przeglądałam bowiem listę gier przygodowych- a raczej ich ranking i w pewnym momencie natrafiłam na „Nibiru: Wysłannika Bogów”. Wiedziona impulsem postanowiłam zaopatrzyć się w ów tytuł i opisać swe refleksje w kilku słowach. Nie liczcie jednak na rewolucyjne dokonania, bo „Nibiru” to pozycja z gatunku tych dobrych, acz średnich.

Kiedy Martin Holand został wysłany w okolice Pragi nie spodziewał się, iż to zdarzenie wpłynie na dotychczasowe życie. Zresztą nie tylko jego- jak wiadomo niezwykłe odkrycia powiązanie z szemranymi personami mogą doprowadzić do wydarzeń na skalę globalną. Ale po kolei. Nasz protagonista Martin- młody student dwóch kierunków, za namową profesora wybierze się na pewną wyprawę. Wyprawę samotną, ponieważ profesor wujek- imieniem François de Wilde nie był w stanie tak żwawo się ruszać. Zatem Martin (niekoniecznie w totalnych skowronkach) opuszcza francuskie rewiry i zmierza do Mostu Karola znajdującego się w Czechach. Tam właśnie miał spotkać się z informatorką wuja- Barborą Kanską. Jak pewnie się domyślacie o Barborze słuch zaginął, nie było jej w umówionym miejscu, w dodatku podobno kogoś się tam bała. Skąd to całe zamieszanie? Okazuje się, że na terenie Czech znaleziono pewien bunkier z czasów II wojny światowej. Co ciekawe należał on do nazistowskich okupantów i (surprise, surprise!) był prawdopodobnie miejscem nielegalnych eksperymentów, bazujących na kulturze Majów.

Co zatem robi nasz protagonista? Chodzi po moście przeczesując teren i próbuje dowiedzieć się gdzie podziała się Barbora. Jednak takie sytuacje prowadzić mogą do krwawego finału co oznacza, że zabawa się skończyła. Tu muszę wtrącić swoją króciutką dygresję, że podoba mi się, iż w tej grze ludzie naprawdę giną. Wiem, że brzmi to co najmniej okropnie, ale chodzi mi o zachowanie swoistego realizmu. Dzięki temu gracz właściwie wczuwa się w podaną sytuację, wiedząc, że przeciwstawianie się obsesji może prowadzić do strat.

Znów zatem musimy działać poza ramami prawnymi, uciekamy przed policją i szukamy drogi do archiwum. W końcu skoro za niektóre informacje można stracić życie, Martin również będzie  działać na (tak zwaną) własną rękę. Jeśli już o eskapadach mowa, najlepiej sprawdza się epizod w przytoczonym wcześniej bunkrze. W strzeżonej przez wojsko kopalni problemem będą nie tylko wścibscy archeologowie, ale też morderstwo- ktoś zacznie podszywać się pod innego osobnika, kraść tożsamość i tak, będzie próbował przeszkodzić również Martinowi. W momencie, gdy trafiamy w czeluści nieznanego bunkru czuć faktyczny dreszczyk i akcja nabiera rumieńców. Mamy zatem kręte drogi, stare mechanizmy i dziwne kluczyki otwierające coś więcej niż baśniowy skarbiec. Najbardziej przypadły mi do gustu retrospekcje ze starego dziennika szalonego naukowca Dietricha Raumharta, opisującego swą klaustrofobiczną [psycho] fazę. Raumhart mówi zatem o swojej wielkości i niedocenieniu, a w tle przeplata się moment narastającego upadku III Rzeszy.

To jednak połowa naszych zmagań, w dodatku okraszona quick time eventami. W niektórych momentach trzeba będzie zatem w jak najszybszym czasie uporać się z przeciwnikami, bo jak nie, nie uda nam się spełnić misji profesora. Szczerze mówiąc średnio się to klei z resztą dynamiki w grze, bo postaci w „Nibiru” są przesadnie wolne.

Podczas zmagań odwiedzamy kilka istotnych lokacji. Mamy zatem Pragę, Most Karola (w dodatku dość wiernie odwzorowany), wspomniane archiwum, Paryż oraz Meksyk. Twórcy z Czech nie omieszkali w swoim dziele zawrzeć kilku stereotypowych elementów. Jak mamy Niemców rzecz jasna muszą mówić z akcentem, w którym angielskie „t” wypada nietypowo, a w paryskim hotelu Martin spotyka między innymi polskiego klienta zalanego w trupa. W tym momencie wzrasta mój podziw dla włodarzy z Revolution Software, którzy świetnie przełożyli owo schematyczne postrzeganie na dowcipny komentarz społeczny.

Co do techniki wykonania, najlepiej wypada interfejs i sterowanie. Jak to zatem w point’and klick bywa zmuszeni jesteśmy zestawiać ze sobą przedmioty, przy czym dobre ich złączenie sygnalizują świecące ikonki. W grze Martin przygląda się niektórym obiektom tylko po to, by wygłosić stosowną opinię. Grafika przypomina tę z „Tunguski”, co brzmi dość ciekawie, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że „Nibiru” powstało rok wcześniej. Mamy więc dwuwymiarową okolicę o soczystych barwach, splecioną niekiedy delikatną mgiełką, by podkreślić porę dnia (np. gdy stoimy przed archiwum). Czasem też spotykamy filmowe przerywniki w stylu przemieszczania się po mapie świata. Te wymienione kwestie faktycznie są do siebie podobne, jednak w „Nibiru” postaci wypadają dużo bladziej. Już pomijając brak większej ilości protagonistów, irytuje kwadratowa (chwilami) postura samego Martina- chodzi on też dość topornie, a reszta „ludzkiego tła” wygląda na doklejoną z Painta.

Czy są zatem pozytywy? Oczywiście. Historia wciąga od pierwszej minuty, jest odpowiednio niezwykła intryga, w dodatku epizod w kopalni przywodzi na myśl „Zimowego żołnierza”. Co do zagadek, nie są one specjalnie trudne czy absorbujące, może za wyjątkiem tych pojawiających się w meksykańskich piramidach (kuleczki, bleh). Szkoda również, że końcówka, mająca być dobrym zwieńczeniem serii jest…cóż, powiedzmy że pełna niedosytu.

Starzy wyjadacze być może nie będą aż tak zafascynowani „Nibiru”, ale jeżeli jesteście ludźmi łaknącymi ciekawej fabuły- przy wtórze bębnowej elektro muzyki, możecie „Wysłannikowi bogów” dać szansę.

Ten niezręczny palec.

Pokazanie środkowego palca to całkiem ciekawe zjawisko. Kojarzy się nie tylko z symbolem totalnej frustracji, ale też krucjatą przeciw konwenansom. Nie bez powodu w końcu wiele gwiazd muzyki/filmu często wyraża w ten sposób swój stosunek do (chociażby) paparazzi. W dzisiejszym odcinku zrobię krótki przegląd moich ulubionych środkowych palców ukazanych w popkulturze.

1. Molly Ringwald w „The Breakfast Club”– kiedy uważana za reprezentantkę wyższej klasy społecznej Claire, kieruje ów manewr do niegrzecznego Bendera, w mej głowie pojawia się zawsze cień uśmiechu. Połączenie elegancji, sushi z obscenicznym gestem, jest genialnym kontrastem do pozy, którą przyjmuje bohaterka  filmu.

2. Jennifer Lawrence w „Silver Linings Playbook”– można się spierać co do trafności nagród Akademii, ale to co Lawrence prezentuje bodaj w połowie fabuły jest genialne. Kiedy Tiffany wybucha przy spotkaniu z Patem, jej środkowe palce wędrują w tanecznych podskokach, a napięcie wzrasta z każdą minutą.

3. Keanu Reeves w „Matrixie”– na pytanie o współpracę z szemranymi personami w garniturach, Mr Anderson wyraża swym gestem więcej niż tysiąc słów. Co w jakimś stopniu ukazuje jego rebeliancką postawę. Ten fragment bawi mnie również z tego powodu, że na starej płycie DVD ów moment przetłumaczono na: „To może pokażę wam palec”. Jako dziesięciolatka nie bardzo to rozumiałam.

4. Hugh Jackman w „X-Men(ach)”– jeśli nie jesteś Doktorem Coxem, to raczej na pewno lubisz Hugh Jackmana. Pointa do obrazka: nigdy nie próbuj mówić Wolverine’owi co ma robić. Zwłaszcza jak jesteś Cyklopem. Rany, jak ja nie przepadam za Scottem Summersem…

5. Dragon Ball Z– tak, zrobiłam to specjalne, umieściłam fragment z amerykańskim dubbingiem. W pierwszej odsłonie, środkowy palec występuje jako element grozy: Kuririn z niepokojem patrzy na wściekłego Vegetę, bo zdaje sobie sprawę, że nie ma z nim szans. Druga część, to próba ukazania Goku, że wcale nie taki super jego power level [uwaga, odsyłam do dziwnej przeróbki]. Chyba nie muszę dodawać jak to się zakończy.

6. Sarah Jessica Parker w „Sex and the City”– Carrie i jej miłosne zawirowania z Bigiem to z pewnością jedna z najbardziej rozpoznawalnych rzeczy w tym serialu. Nie raz i nie dwa współczułam tej bohaterce, gdy się gimnastykowała ze swoimi związkami.

7. Chris Pratt w „Guardians of the Galaxy”– tu właśnie Peter Quill w swój (jakże) charakterystyczny sposób udowadnia, że ma specyficzne poczucie humoru. No i w poważaniu cały ten kosmiczny system. Całkiem umiejętne wykorzystanie wyświechtanej kwestii.

8. Rowan Atkinson w „Bean”– tu akurat mamy do czynienia z brakiem zrozumienia pewnego zwyczaju. Jaś Fasola nieświadomie bowiem składa tak swe palce, bo myślał, iż otrzyma pozytywny wydźwięk. Rzecz jasna reakcje przechodniów będą dość konkretne.

A na koniec bonus w postaci filmiku. Między 30 a 40 sekundą pojawia się fragment z mangi „One Piece”, który ocenzurowano w anime. Dotyczy postaci będącej głównym bohaterem linku, czyli Trafalgara Law. Pierwszej osoby, ukazującej ów niezręczny palec w serii (polecam nie oglądać całości, bo może zawierać spoilery).

Humanizm?

Ciężka sprawa z tym filmem. Z jednej strony świetne efekty specjalne, podparte interesującą problematyką, z drugiej zakończenie będące kołowrotkiem zaprzepaszczonej nadziei. Dlaczego to mówię? Bo uważam, że najnowsze dzieło Nolana posiada jeden wyraźny mankament i kilka iście epickich momentów.

Na całe szczęście podchodziłam do „Interstellar” na sucho: bez czytania recenzji i robienia wrzawy przed premierą. Moim głównym problemem odnośnie pisania o filmach jest właśnie kwestia wtórności. Mam wrażenie, że skoro inni wypowiedzieli się na dany temat, to nie mam nic nowego do dodania. Ten moment coraz częściej świdruje w mej głowie i jak tak dalej pójdzie będę ignorować co świeższe tytuły. Kiedyś, na starym blogu miałam nawet taką sytuację, że 3/4 blogrolki zapełniały wpisy o tym samym dziele. Może jestem hipokrytką, ale w pewnej chwili miałam tego już powyżej uszu i wciąż próbuję się w tej kwestii odblokować.

Christopher Nolan po raz kolejny czyni swoim bohaterem samotnego mężczyznę. Czy to w „Memento”, czy to w „Incepcji”, mieliśmy do czynienia albo z wdowcem, który stracił ukochaną w fatalnych okolicznościach, albo z ojcem chowającym dwójkę dzieci. Nie chcę tutaj bawić się w przypadki, czy teorie spiskowe, ale zauważam powtarzalność pewnego schematu. Nie zapominajmy też o neurotycznych paniach, albo takich, które można nazwać jakby skomplikowanymi. To znaczy nie dla wszystkich, bo o ile nie przeszkadzała mi Carrie- Anne Moss, o tyle z czystym sumieniem przyznam, że drażniła mnie postać Marion Cotillard (Mall i Miranda Tate są do siebie zbyt podobne i nie w pozytywnym słowa znaczeniu).

Moje pierwsze skojarzenie z „Interstellar” to rzecz jasna „WALL-E”: mamy zatem Ziemię chylącą się ku upadkowi. Przy czym gdy w produkcji Pixara wszystko tyczy się problemu globalnego, w fabule Nolana mamy tylko Amerykę. Nie wiemy co działo się na innych zakątkach świata (swoją drogą konflikt rosyjskich, tudzież chińskich specjalistów byłby całkiem niegłupim pomysłem). Jedno jest pewne: czas ucieka. Za chwilę skończą się zapasy, na farmach podnosi się dziwny pył i tylko kilka osób jest wstanie coś z tym fantem zrobić.

Odpowiedzialność za ludzkość spada zatem na pewną rodzinę, a raczej jej głowę, czyli byłego astronautę i inżyniera Coopa. Między swoimi obowiązkami, odkrywa dziwne ślady prowadzące do tajnego miejsca, badającego pewną anomalię. Copp zatem, z trójką innych ochotników wybierze się w podróż do niezbadanych zakątków kosmosu, aby znaleźć nowe miejsce do życia.

dfds

W filmie dominuje kwestia odkupienia przez poświęcenie. Coop bowiem nie dogaduje się ze swoją zdolną córką (którą nawiasem mówiąc trochę faworyzował), popada też w spięcia z współczesnym szkolnictwem, no i jest zdany na łaskę robota, który średnio go rozśmiesza. Mamy też starcie na linii emocje kontra naukowy pragmatyzm. Jeden członek ekspedycji myśli o tym za ile lat spotka bliskich, inny ma w głowie rozpoczęcie nowej ery. Rzecz jasna nie należy tych kwestii rozpatrywać dosłownie, bo żaden człowiek nie jest w stu procentach zły, lub dobry.

Największe wrażenie robi fragment pozaziemski. Mamy kompletną ciszę w trakcie odłączania statku, problemy z pogodzeniem klaustrofobii, a przede wszystkim drobinki na tle innych ciał niebieskich. Nie wiadomo które z nich posiada surowce dla ludzi, wszystko jest grą po omacku i to momentami zastanawia. Bo czy faktycznie można stawiać na szali byty miliardów istnień? Tę sprawę podkreślają chociażby wideo rozmowy. Dla reszty czas nie stanął i jest coraz gorzej.

Postać doktor Brand to zauważalna przeciwwaga dla ryzykownego Coopera. Ona też ma swoje racje i chce walczyć o przetrwanie gatunku, ale częściej wejdzie w konflikt, niż dojdzie z Cooperem do rozwiązania. Na całe szczęście tych niesnasek nie będzie zbyt wiele, choć nie ukrywam, że wodny fragment trochę zadziałał mi na nerwy. Przy okazji: liczyłam na to, że jeden z robotów zmodyfikuje pewne nagranie i będziemy mieć do czynienia z większym dramatyzmem. Bo w filmie najlepiej wypada zagubienie na lodowej planecie. Gdyby reżyser postanowił pójść w inną stronę, być może bylibyśmy świadkami iście hardkorowego zakończenia. Czy jednak skrajny pesymizm (a może i fatalizm) przypadłby każdemu do gustu? Nie sądzę.

Porównanie do „Odysei” Kubricka, czy dzieła Malicka przychodzi naturalnie. We wszystkich przypadkach mamy wszak do czynienia z kosmosem, tyle, że Kubrick stawia na przemoc i bunt, a Malick i Nolan na miłość. Dwie opozycyjne teorie, które jak widać można przedstawić w zupełnie różnej formie. I to mi się akurat podoba, że nie trzeba tych zagadnień pakować w taki sam sposób: jedni wolą słuchać opery, inni organowych ekstaz Zimmera.

[możliwy spoiler]Za to nie jestem szczęśliwa z tego, co stało się po tym jak Coop wysłał TARSA do czarnej dziury. [/koniec]Po prostu tego nie kupiłam, nie mogłam do końca w to uwierzyć, a mówi wam to osoba przyjmująca naprawdę dziwaczne pomysły twórców. Sama końcówka jest dla mnie do przełknięcia, tyle, że wyżej wspomniany fragment mocno rzutuje na całość. Oczywiście- jak to mówi moja mama, science- fiction to jest bardziej fiction, niż science, ale wszystko zależy od indywidualnego podejścia.

Dlatego jeśli wciąż nie widzieliście „Interstellar” idźcie do kina, by wyrobić własną opinię o tym filmie. Moja większości nie zainteresuje, bo cóż mogę jeszcze o tym dziele powiedzieć, poza tym, że jest cudowne wizualnie? Matthew McConaughey dobrze wywiązał się ze swej roli, Anne Hathaway również. Michael Caine wystarczy, że coś zarecytuje a już jest dobrze, poza tym Jessica Chastain jak tylko gdzieś się pojawia, kradnie scenę (najbardziej podobało mi się, gdy ‚mówiła’ do swojego ojca, przypominając mu o obietnicy powrotu). Tak, to jest ten moment, gdy nie wiesz w jaki sposób podsumować daną produkcję. Co ma swoje dobre i nieco mniej kolorowe strony.

Interstellar-Latest-Movie-Wallpaper-4082

Drugi karnawał blogowy.

http://mabychan.tumblr.com/post/80765234991/disney-villains-genderbend-first-part
http://mabychan.tumblr.com/post/80765234991/disney-villains-genderbend-first-part

1. The ties that bind- Political Subtexts in The Princess and the Frog and Kirikou and the Sorceress– interesujące zestawienie dwóch zupełnie różnych produkcji (czyli „Księżniczki i żaby„, oraz „Kirikou i czarownicy„).

2. D. jak Disney. Wielki Mysi Detektyw– zawsze będę dzielić linki dotyczące  moich ulubionych filmów rysunkowych. A obrazek na końcu jest cudny.

3. Space opera w stylu new weird– agent konik morski i już wiem, co mnie zaciekawiło w tym tekście.

4. „Black Sails”– nie ma to jak odkryć, że w serialu o piratach gra Toby Stephens vel Rochester/książę Orsino.

5. Czy dzieci muszą słuchać słabej muzyki?– czyli temat, który od jakiegoś czasu przewija się w mej głowie.

6. Easter Eggi Broken Sworda 2– nie miałam pojęcia, że już na początku gry można zginąć przez pająka.

7. 22 rady jak być lepszym pisarzem- część I, II i III.

Mroczne podsumowanie #1

Odnoszę wrażenie, że ilość cykli, które próbuję odtworzyć na swoim blogu kończy się na jednej, góra dwóch odsłonach. Owszem, są jeszcze top recenzje (notabene trudno, żeby nie cieszyły się popularnością, skoro zamieszczam dobre linki), ale drażni mnie ten brak regularności. Powyższy tytuł będzie rzecz jasna luźnym podsumowaniem popkulturalnych przeżyć, bo po cóż internet, jak nie po to właśnie, by móc dzielić się swoimi wrażeniami. A ponieważ nawet dla mnie Twitter okazał się zbyt ciasnym miejscem do takich wynurzeń, (pokrótce) będę się tu uzewnętrzniać.

Zatem po pierwsze, jak większość kinomanów pozytywnie odebrałam „Strażnikow Galaktyki”. Nie obyło się jednak bez wstępnych uprzedzeń, dotyczących głównego bohatera. Bo Peter Quill w trailerze wydawał się jedną z tych (pseudo) wyluzowanych postaci, wywołujących szczękościsk pokroju Melmana z „Madagaskaru”. Między innymi dlatego nie trawię niektórych komików (vel aktorów komediowych) takich jak Steve Martin, albo Eddie Murphy. Na ich widok żołądek ściska mi się w nieprzyjemny supełek i mam nerwowy odruch pod tytułem „przerzućcie ten kanał”. Ale wracając do filmu, nie zgadzam się z opiniami, iż był najmniej poważnym Marvela. Biorąc pod uwagę całe uniwersum (i stworzony fabularny środek ciężkości) GoTG nie odstają specjalnie pod względem komediowym. Porównując „Strażników” do takiego „Thora 2”, zauważam nieznaczne podobieństwo. Przykładowo w jednym z kulminacyjnych momentów, gdy Thor z Lokim pędzą do tzw. ukrytego miejsca, syn Laufey’a mówi coś w stylu „Tadam!” i całe napięcie zostaje humorystycznie wyważone. W skrócie: klasyfikacja produkcji pod jednym szyldem jest dla mnie bez sensu.

W trakcie dyskusji nad filmem wywiązały się interesujące wpisy, jak obrona głównego villaina przez Salantora, oraz mniej entuzjastyczne zdanie Puśka i Rusty. Dla tych, co być może jeszcze nie czytali, a zapoznali się z produkcją, polecam zerknąć na powyższe teksty.

 

Przeczytałam „Naruto 690” i jestem rozczarowana tym, co autor zrobił ze sceną walki. Pierwszy raz tak uderzyła mnie niekonsekwencja akcji- jakby ktoś wziął historię opisaną na 100 stron i po chamsku wyciął logiczny ciąg sytuacyjny. Owszem większość się czepia, że całą serię (a głównie temat przewodni) rozciągnięto do przesadnych elementów, ale są pewne granice. Za to przyjemnie ogląda mi się „One Piece”, pomimo obaw udźwignięcia takiej ilości odcinków. Widocznie cierpię na niedosyt awanturniczego klimatu i łączenia wątków przygodowych, nie rozgrywających się wyłącznie na przestrzeni ninja- spirytualnej. Design postaci, choć może nieco zadziwiać jest w OP naprawdę pomysłowy. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy bohaterowie trafiają do innych miast, albo spotykają poszczególnych wrogów. Jak na razie zamierzam śledzić tę serię.

 

Cytując klasyka: „shit just got real.”

Z tych bardziej pozytywnych kwestii, byłam też mile zaskoczona sequelem „Kapitana Ameryki”. Zimowy Żołnierz ma dla mnie nie tylko atuty w postaci interesującego plot twistu, ale przede wszystkim stawia na postaci, istotne dla dalszych losów Rogersa. Już pomijając samego L. Jacksona najlepiej wypadły akcje Czarnej Wdowy, co tylko dowodzi jak często miewam love-hate relationship względem aktorów. W tym filmie tylko czekało się na ponowne wejście Natashy do gry, bo wtedy działo się znacznie więcej. Rozmowy Black Widow z panem-tarczą korespondują nie tylko z ich różnymi charakterami, ale poniekąd ukazują system wartości współczesnego szpiegostwa. Momentami ma się wrażenie, że tak właściwie nikt nikomu nie ufa, a jak już zaufa, to zrobią go w przysłowiową trąbę.

No i scena po napisach [SPOILER] mnie mocno uradowała, bo jestem fanką rodzeństwa Maximoff  (cóż z tego, że głównie bazuję na dwóch tytułach) [koniec SPOILERA].

 

What does the wolf say?

Na koniec muszę się wreszcie pochwalić, że nadrobiłam 2 sezony „Teen Wolfa” i co tu dużo mówić, jestem po prostu wciągnięta w fandom*. Podoba mi się, że twórcy nie bawią się w robienie kilo dramy, jak ma to miejsce w niektórych paranormalnych serialach. Kiedy trzeba jest poważnie, ale z drugiej strony mamy odpowiednią dawkę luzu rodem z filmów Disney’a (nie wiem skąd to porównanie). Poza tym w każdym z bohaterów odnajduję cząstkę siebie. Czasem jestem jak Allison- rozdarta między rodzinnymi obowiązkami a własnym podejściem do życia, jako Scott nie zawsze dostaję to co bym chciała, czasem czuję się na uboczu i walę sarkastyczne teksty jak Stiles, a ukryty kompleks perfekcjonistki kojarzy mi się z Lydią. No i podejmuję decyzje w sposób nerwowy, mając zbyt duży dystans do ludzi jak Derek.

*Jak zgadniecie czyja to wina, wygrywacie wirtualnego kucyka

Nie wszystko da się zrecenzować, czyli linkowisko (1).*

 

1. (ang.)  Thicker Than Blood- Naruto and Sasuke – obszerna i niezwykle trafna analiza wybuchowej relacji z uniwersum świata „Naruto”. Cały tekst oparto na tak zwanej pierwszej części serii.

 

2. Dwa słowa w obronie Wesa Andersona– kreatywny styl Wesa Andersona nie jest mi obcy, ale od jakiegoś czasu zwróciłam uwagę na trend, w którym jego filmy nazywa się per „hipsterskie”. Nie wiem czy dlatego, że trudno je włożyć do jednej szufladki, czy po prostu po to, by kogoś celowo (?) urazić. Inne argumenty przytacza tu Noida.

 

3. Sentymentalnie 2- Fox Kids, Cartoon Network, Minimax i inne– ustalmy fakt: jestem sentymentalna i lubię czytać luźne posty.

Bonusowo dodaję tu wpis o lordzie Zeddzie.

 

4. W kwestii recenzji: Milczący krytyk ujmuje to, co stanowi kwintesencję „Igrzysk Śmierci”, a Fraa umieściła kiedyś fajny tekst o „Muszkieterach” (szukałam czegoś adekwatnego do mojej opinii).

 

5. Czytam o grze, której na oczy nie widziałam. How cool is that?

Plus przyznaję się do oglądania let’s playów (tego  i tego).

 

6. Mysza odpowiada na moje pytanie odnośnie filmów Disney’a i wychodzi, że mam 74 punkty w skali Zwierza.

 


*bo „karnawał blogowy z datą wsteczną” jakoś mi nie pasuje.

Filmowe fragmenty, które ostatnio siedzą mi w głowie (obrazki).

rs_1024x759-130719130320-1024.divergent2.mh.071913

1. Z cyklu ostatnio widziane, czyli Tris i Christina skaczące z pociągu („Niezgodna”).

 

2. Mr President próbujący nawiązać kontakt z kosmitami przy pomocy słynnego utworu „Axel F” („Potwory kontra Obcy”).

 
 
 

3. Lord Farquaad torturujący Ciastka ze „Shreka” („Ty i ta twoja hałastra, która psuje mój idealny świat” + „Nic mu nie mów!”).

 

 

hp7204

4. Voldemort i jego niezręczny śmiech („Harry Potter is dead!”).

 

 

5. Syndrome mówiący: „O ty świnko, zacząłem monolog” („Iniemamocni”).

7 najciekawszych odcinków "Martina Tajemniczego".

Żeby trochę urozmaicić, przejdę do (odkopanego z lamusa) rankingu serialu, który-jak się okazuje wciąż robi na mnie wrażenie pod względem pomysłowości.

1.”Web of the spider creature” (sezon 3)- i słowo ekscentryczny nauczyciel nabiera nowego znaczenia.

2. „Hairier and scarier” (sezon 3)-nastoletni wilkołak w wersji rysunkowej.

3.”Curse of the Necklace” (sezon 1)- klimat Halloween i ciekawa przestroga przed nadmiernym jedzeniem czekoladek.

4. „Shriek from Beyond” (sezon 1)- mitologiczne stworzenia w nieco mniej popularnej odsłonie.

5.  „The Vampire returns” (sezon 2)- znów ujawnił się mój wyjątkowy brak obiektywizmu względem wampirów (z pewnymi wyjątkami). A poza tym klimat Paryża przypomina mi wycieczkę za czasów liceum.
6. „The house of zombies” (sezon 3)- sposób nadania postaciom ruchów a la zombie wyszedł twórcom lepiej niż nieźle. Poza tym jest to kolejny powód, by nie sugerować się poradnikami.
7. „Revenge of the doppelganger” (sezon 1)- kobiety tracą twarze, a co najlepsze kojarzy mi się to z jedną ze scen w „Matrixie”.

HAL, WAT R U DOIN? HAL, STAHP.

Wiecie, że wcześniej nie widziałam tego filmu? Wiecie, że podchodziłam do niego jak pies do jeża? A wiecie, że nawet jak jadę w linii prostej rowerem, i tak nim skręcam, bo mam problemy z koordynacją? Dobra, dość o mnie, przejdźmy do meritum. Ostatnim razem zabrałam się za (cytując znawców) ‚arcydzieło gatunku science-fiction’ , potocznie zwane „Odyseją kosmiczną”. I mój kłopot-a raczej kłopoty z nim związane mogłabym rozbić na multum paragrafów, ale skupię się na tych najważniejszych.
Więc po pierwsze: fabuła. Chwalenie się, że SO oglądałam na raty, jest rzeczą naprawdę słabą. Lecz nic na to nie poradzę. Bo nie jest najdłuższym dziełem w mej amatorsko- kinowej karierze, a  jednak pewne sprawy spowodowały, że seans musiałam przełożyć/odłożyć. Ale nie ma tego złego: okazało się, że dzień drugi nie wywietrzył wcześniejszych detali z mej głowy, więc kontynuować mogłam z zupełnym spokojem. I o dziwo się wkręciłam. Znaczy w epizod z HALem. Który uważam za najlepszy w tych partiach. Bo początek mnie specjalnie nie porwał-i nie chodzi o utwory klasyczne, które były nawiasem mówiąc świetne. Po prostu obstawiam za stwierdzeniem, że „Odyseja” jest momentami za długa. Tak jak „Mistrz”. Tylko, czy w całości oceniłam je nisko? Wręcz przeciwnie.

Każdy, kto film Kubricka ma już za sobą (czyli jakieś 65% społeczeństwa?), wie dokładnie, że przedstawia trzy historie, dziejące się w kilku przestrzeniach czasowych. Numer jeden: z prehistorycznymi małpami człekokształtnymi (prawdopodobnie nasi przodkowie), numera dwa: czyli rok 2001 i trzy: podróż na Jowisza, powiązane z jednym i tym samym elementem. Czyli [spoiler] monolitem [/koniec]. Są to również konkretne etapy w rozwoju człowieka, które dają ostrzeżenie (i interpretację) odnośnie naszej ewolucji (reinkarnacji?). Kubrick być może mierzy się z tematem grzechu pychy, twierdząc, że wszystko wzięło się od przemocy, a może uważa, że scalenie z uniwersum będzie najlepszym krokiem w przyszłość. Nie wiem sama. Zresztą-tych refleksji jest zapewne od groma, bo nie sposób zebrać każdej*.
Bardzo, bardzo ciekawym zabiegiem, są miarowe oddechy kosmonautów, które podkreślają ich położenie, oraz wyczuwalną panikę. I cisza w kosmosie-tam nie ma dźwięków postrzału jak w „Gwiezdnych wojnach”, tylko próżnia, która fascynuje i jednocześnie pochłania. Wszak trudno skakać z radości, kiedy robot, co miał bezpiecznie prowadzić misję, okaże się odstawiać fanaberie typu fałszywy alarm i kolejne idące za tym konsekwencje. Z drugiej strony HAL jest postacią wyjątkowo interesującą. Obawia się misji, pyta, zaczyna mieć wątpliwości. Czy to nie są typowo ludzkie zachowania? Jak na ironię, to Dawid Bowman za chwilę okaże się jego totalnym przeciwieństwem, bo praktycznie bez skrupułów postanowi [spoiler] HALa rozkręcić aka dokonać nań lobotomii [/koniec]. Oczywiście ktoś może skontrować, że HAL robił takie rzeczy, że należało się go pozbyć. No, ale i tak było to emocjonujące.
Zestawienie ze sobą małości/nicości człowieka, a ogromu kosmosu nie jest niczym nowym, chociaż winnam się zastanowić z tym osądem produkcji z 1968. Czyli była czymś świeżym, nowatorskim i bardzo długo realizowanym-perfekcjonizm się opłacił. Zatem strona techniczna to absolutny majstersztyk i z tym się zgadzam. Do tej pory ujęcia wydają się wyjątkowo absorbujące, zwłaszcza [spoiler] podróż ostatniego pasażera przez inny wymiar [/koniec]: te kolory i barwy różnych skupisk podobały mi się najbardziej. Pomyślałam też, że Terrence Malick w „Drzewu Życia” mógł inspirować się tutejszymi zabiegami (widok na kosmos, opera). Nie mówię, że na pewno, ale podniosła muzyka jest podobna.

Kwestia inna: odbiór. Science-fiction nie jest moim życiowym konikiem. Nie potrafię więc zgłębić tego, co przetrawili inni. Przedstawianie nowinek, bądź wizji technologicznych było dla mnie rzeczą najnudniejszą li i jedynie opóźniająca dynamikę akcji. Zapewne celowo, by dać upust widowni, która rok później ujrzy pierwszą stopę postawioną na Księżycu. A więc mamy wideo rozmowy, polecenia głosowe i mnóstwo innych rzeczy, które pominęłam. Tu również ktoś wziął pod uwagę służbowe podróże w przyszłości. W tamtych latach takie coś mogło robić gigantyczne wrażenie, ale nie na kimś, kto miał styczność ze współczesną, szybką (i nie zawsze dobrą) sieczką.Więc epizod środkowy uważam za najmniej interesujący, choć rzecz jasna kluczowy dla całej reszty.
„2001: A Space Odyssey” to w wielkim skrócie filozofia plus realizm, choć punkt drugi przejawia się dużo częściej, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu. Mamy więc mnóstwo owalnych, prostokątnych i matematycznych kształtów, które wieńczy tajemniczy [spoiler] monolit [/koniec], wzbudzający duże znaki zapytania. Inny plus to działania astronautów w przestrzeni. Jest tak, jakbym oglądała autentyczną naprawę statku/jego przegląd za szybą. Gra aktorska? No niestety się nie wybija, bo nie działa na mnie ta stylistyka. Ale- ostatnie pół godziny owszem [z drugiej strony podobała mi się kreacja Noomi Rapace i Michaela Fassbendera w „Prometeuszu”, więc może nie o to biega].
Skojarzenia słowne? Oczywiście Odyseja-Odyseusz, kosmos-niezgłębiony świat, najdłuższa podróż, czy nawet 20 tys.mil podmorskiej żeglugi z powodu liczbowego podobieństwa. Jaka szkoda, że nie widziałam tej produkcji wcześniej, być może moja opinia byłaby dużo bardziej entuzjastyczna. Bo oto wchodzę na najtrudniejsze pole manewru, czyli ‚czy to jest klasyk, czy może jednak nie?’. Z tym właśnie ja mam największy problem, bo nie lubię opinii, narzucających z góry jakieś myślenie. Ale- nie to jest najgorsze. Smutek wychodzi wtedy, kiedy oczernia się kogoś bezpodstawnie. W rzeczy samej chodzi mi o te liczne filmowe fora, w których waszmoście i panie chętnie obrzucają się błotem, by udowodnić swą wyższość nad resztą. Szkoda, że są jak to mówią ludzie i parapety.

Słówko wieńczące: takie produkcje naprawdę warto obejrzeć, by skonfrontować podejście do spraw okrzykniętych, czyli arcydzieł. Bo mój problem nie leży z zaakceptowaniem tej łatki, tylko z tym, że wolę  oglądać ten film w częściach, niż w całości.


 

*Bunt maszyn też, ale sobie daruję.

Ps. Właśnie przeglądam galerię zdjęć. Są wspaniałe.
Źródło [1] [2]