Chcąc zostać behawiorystą.

Twórcy „Hannibala” nie zwalniają tempa. Choć pierwsze odcinki drugiego sezonu rozpoczęły się istną petardą, nie czułam się wciągnięta środkowymi epizodami. Mimo odłożenia seansu na wiele tygodni, nie miałam problemu z wejściem w dalszą akcję, która z minuty na minutę stawała się coraz bardziej absorbująca. Nie wiem jak Fuller i spółka to robią, ale udało im się wytoczyć istną armatę na zakończenie historii. Jest niezwykłą dla mnie rzeczą takie zaprezentowanie fabuły, by widzowi pozostała w głowie jedynie mocna końcówka. Muszę się też przyznać, że w niektórych scenach naprawdę się emocjonowałam, a uczucie dramatyzmu pozostało mi do teraz. Dziś będę więc odnosić się do swoich refleksji dotyczących finału „Hannibala”, więc jeżeli nie macie za sobą drugiego sezonu lepiej nie czytajcie dalej.

To co od razu przykuło moją uwagę to fakt, że postaci naprawdę przeszły przemianę w stosunku do pierwszych odcinków. Will nie miota się (dosłownie i w przenośni) w klatce, stał się wyciszony, bo wie jaką przyjąć taktykę. Freddie Lounds jest nad wyraz spokojna jak na dziennikarkę stosującą zagrania poniżej pasa. Jacka już nic nie zatrzyma by pokonać Hannibala- czując, że traci najbardziej kochaną osobę w życiu, jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Alana przestała zwalać wszystko na niestabilnego Willa, zdała sobie sprawę, że została oszukana tak jak większość ludzi. Sam Lecter zaś został obnażony. Will go poznał i odkrył w nim te cechy, które mocno chował. Co bowiem widzimy, gdy Hannibal zniża się do Willa? Smutek, prawie płacz, Lecter wciąż chyba nie może uwierzyć, że został zdradzony przez swojego towarzysza. Czyżby odruchy kanibala stawały się (o ironio) ludzkie? To katharsis dopełnia się poprzez postać Abigail, która była ważna tak dla Lectera, jak i dla Grahama. Niejednokrotnie bowiem Will ma wręcz pretensje do swojego mentora za to, że tak potraktował ich „córkę”. Graham w trakcie pierwszego sezonu znalazł wspólny język z Abigail, bo cóż innego mogłoby ich łączyć, jak nie traumatyczne doświadczenia.

Fakt, że Hannibal ukrywał rzekomo zabitą dziewczynę świadczy o jego enigmatyczności. Planowanie naprzód jest owszem- godne podziwu, choć można odnieść wrażenie, że Lecter do końca nie przewidział, jak zachowa się Will. Mimo, iż niezbyt zdziwiło mnie, co pod koniec postanowił zrobić Hannibal, poczułam ukłucie w brzuchu- być może dlatego, że historia wryła mi się w pamięć. Scena pożegnania Lectera i Willa jest pełna emocji, napięcie między tą dwójką rośnie, a zwyczajne gesty takie jak dotykanie twarzy, czy objęcia wypadają nad wyraz niezwykle. Wcale się nie dziwię, że internet tak chętnie posługuje się fragmentem, w którym Will „przywiera” do Hannibala, bo wydaje się to niezwykle intymna sprawa. Powiecie, jak to jest możliwe, że zadanie komuś rany może mieć taki charakter? Odpowiedź na to znajdziecie w jednej z rozmów, gdy Graham zapytany przez Lectera o najlepszy sposób na morderstwo mówi o zabiciu gołymi rękami. Nie pistoletem, który odbiera cały sens spełnienia zemsty, tylko zanurzenie się w osobę ofiary/killera. Kwestia takich wyznań rozpoczęła się zapewne od odcinka z pracownikiem muzeum, mającym problemy z tożsamością.

Im dalej w serial tym straszniej, a nawet i halucynogennie. Wydarzenia z pogranicza realizmu i surrealizmu szybko się mieszają, nie wiemy już co jest prawdą a co nie, a dopełnia to finał sezonu. Wszystko bowiem zdaje się groteskową radością Hannibala, przechodzi on między swoimi ofiarami, a w deszczu refleksyjnie zamyka oczy w kierunku nieba, mijając leżącą na schodach Alanę. Dodajmy do tego przejmującą muzykę, a dostaniemy dziwny sos, nie pasujący do typowych kryminałów. To właśnie wyróżnia „Hannibala” od innych pozycji, bo twórcy doskonale zdają sobie sprawę z chwytów, które wymieniłam. W żadnym wypadku nie mamy do czynienia z ordynarnym dochodzeniem, bo też i zabójca nie jest w żadnym stopniu ordynarny. Gdy Hannibal powiedział Willowi, że mu wybacza wiedziałam, że zostałam już kupiona.

Trzynasty epizod za motyw przewodni wybrał sobie odgłosy zegara. Czas jest bowiem rzeczą nieuchronną, a stwierdzenia Hannibala odnośnie tematu przypominają mi fragment z innej produkcji. W filmie „Przysięga” bogini, która obdarowała niezwykłą urodą Qingcheng, mówi jej, że wróci do swojego poprzedniego życia, jeżeli czas zacznie biec wstecz. Być może nie ma to żadnego związku z serialem, ale daje wrażenie bezsilności człowieka wobec niektórych rzeczy. Jack Crawford, siedzący obwiązany krawatem by się nie wykrwawić, prawdopodobnie nie zdąży zamienić słowa z umierającą na raka Bellą. Alana raczej na pewno nie przeżyje, w moim mniemaniu jest chyba najbardziej tragiczną postacią spośród reszty, bo uwierzyła Hannibalowi, a potem miotała się między swoimi domysłami. Will i Abigail zaś słaniają się powoli w pokoju próbując sobie pomóc, choć nie jest to możliwe w tak dewastacyjnym stanie. Fakt, że Hannibal rozpoznał podstęp Willa znów mówi nam, że nie mamy do czynienia z krzywym autentyzmem, tylko elementami oniryzmu i być może weird fiction.

Najbardziej fascynującą (dla mnie) sprawą była zasadzka Willa. Od początku dawał on do zrozumienia, że chce dopaść Hannibala, lecz zdobycie zwolenników tezy przychodziło dość topornie. Gdy Graham stawał się poplecznikiem Lectera uwierzyłam w jego zrezygnowanie, to, że postanowił płynąć z prądem i zostać behawiorystą. Will momentami zachowywał się niczym kukiełka lewitująca przy objęciach swego pana, którym był rzecz jasna sam Hannibal Lecter. Jego zatracenie się we władzy, zdobycie naśladowcy było iście epickim zagraniem ze strony Willa, niestety zniszczonym nadprzyrodzonymi zdolnościami Hannibala. I choć spodziewałam się dość krwawej końcówki, nie sądziłam, że będzie mieć ona tak dosadne fanfary.

Za niecałe dwa tygodnie rozpocznie się trzeci sezon, którego już nie mogę się doczekać. Bon appétit!

„-Wierzysz, że mógłbyś mnie zmienić tak jak, ja zmieniłem ciebie?

-Już cię zmieniłem.”

Opowiem wam jedną z szarawych historii…

… o dwóch panach, którzy poznali się przy zbrodni. Jeden zwał się Rust Cohle i widział świat w ciemnych barwach, drugi z nich-Marty Hart miał po dziurki pesymizmu swojego partnera. W końcu, gdy po trzech miesiącach znajomości wiesz tylko, że twój współpracownik ma mieszkanie składające się jedynie z łóżka, spróbujesz do niego dotrzeć, żeby jakoś przetrwać dochodzenie. W tej bowiem chwili znajdujemy się w połowie lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Stan Luizjana. Ogromne przestrzenie, samotne domostwa i wezwanie z powodu znalezienia ofiary. To jednak nie jest typowe morderstwo, zabito prostytutkę, której nałożono rogi- do tego ciało jej w niektórych miejscach związano i ozdobiono satanistycznymi symbolami. Zaczyna się więc robić niebezpiecznie nie tylko z powodu niecodziennej zbrodni. To mogło się kiedyś powtórzyć, mogło być (też) przede wszystkim solidnie zaplanowane, a sam Rust będący asem w swej dziedzinie okaże się większym nihilistą, niż ma to w zwyczaju.

Tak właśnie rozpoczyna się oś fabularna „True Detective”- produkcji określanej mianem kultowej, przez większość być może już obejrzanej. Ja jednak (nie pierwszy raz zresztą) zabrałam się za serial, o którym nic nowego nie napiszę. Mimo to, otwierający ciąg zdarzeń fragment nie przypadł mi do gustu, wydawał się przekombinowany, a para-monologi Rusta nieco męczyły, choć nie były totalnym bełkotem. Co mnie jednak przekonało do powtórnego seansu, to wybijająca się (już wtedy) gra aktorska Woody’ego Harrelsona i końcówka pierwszego odcinka: w końcu Rust pokazał pazury na jakie czekałam.

Bardzo podoba mi się wprowadzenie tak zwanego odwróconego postrzegania. Nasze stereotypowe myśli odnośnie dwójki bohaterów, wraz z rozwojem epizodów zmieniają się w zależności od wydarzeń. Poznajemy więc nie tylko sposób prowadzenia śledztwa przez Rusta i Marty’ego. Widzimy ich życie prywatne po złożeniu broni, a to powoduje, że nasz osąd względem ich podejścia może się po pewnym czasie zmienić. Co innego bowiem prawić morały odnośnie właściwego obcowania z ludźmi, gdy jest się człowiekiem raniącym najbliższych. Może i Rust momentami sprawia wrażenie co najmniej przerysowanego i jest irytujący w swej (fatalistycznej) manierze, ale nie da się ukryć, że przejawia bardziej empatyczne zachowania, niż jego znajomi z pracy.

Narracja jest równie niespieszna, co ciągnąca się rutyna Luizjany. Tam nie ma wielkomiejskiej dynamiki, a jak mawiał Rust, wygląda na obszar głęboko oddalony od Ziemi. Wpływa to zresztą na całokształt serii- nie bez powodu pewnie scenarzysta Nic Pizzolatto postanowił osadzić przebieg zdarzeń w tej aglomeracji. Wraz z Hartem i Cohlem zanurzamy się w bagniste odmęty tajemnicy, zaginionych dziewczyn i bezsensu istnienia. To być może nie brzmi zbyt zachęcająco, ale daje wyraz prawdziwych doświadczeń. Śledztwa w „True Detective” nie okażą się wcale spektakularne, często nasi policjanci będą dreptać w miejscu, próbując dokopać się do prawdy, martwiąc się przejęciem dochodzenia przez mniej kompetentny zespół. Tak naprawdę bowiem cała historia rozgrywa się w dwóch okresach: roku 1995 i 2012. W bardziej współczesnym wieku widzimy więc Rusta i Cohle’a kamerowanych przez młodszych kolegów, chcących dopytać się o szczegóły wspomnianej już sprawy. Jest to niezwykle ciekawy zabieg, ponieważ poznajemy (subiektywną) perspektywę obu panów, którzy w dodatku ze sobą już nie rozmawiają.

Samo wykonanie przywodzi mi na myśl jedno z dzieł Paula Thomasa Andersona. Jeżeli oglądaliście „Mistrza” być może zetknęliście się z plakatem prezentującym nie w pełni wypełnioną szklankę. Co to za substancja znajdująca się w obiekcie- trudno stwierdzić, lecz wygląda jakby była tym czym karmili się sam Rust i Marty (piwo i inne używki). Dodatkowo serialowa taśma sprawia wrażenie celowo zamglonej, dopełniają ją też wizje osamotnionego Rusta. Moja początkowa krytyka odnośnie serialu wiązała się ze skojarzeniem z „Hannibalem”. Mamy bowiem przytoczone wcześniej rogi (a raczej poroża) oraz bohatera żyjącego na granicy jawy oraz snu- w dodatku obdarzonego ponadprzeciętnymi umiejętnościami. Na całe szczęście „True Detective” nie okazał się cieniem produkcji Fullera, tutaj postawiono nie tyle na grozę, ale raczej na mistyczny smutek. Smutek spowodowany nieuchronnością pewnych wydarzeń, niesprawiedliwością i faktem, że naszych protagonistów można by spokojnie nazwać antybohaterami. Rust i Marty nie są w żadnym stopniu kryształowi, czasem będą odpychali swoimi czynami, bo są z krwi i kości. To z pewnością pozwoli nie tyle ich mocniej zrozumieć, co w jakimś stopniu się zżyć- bo też będą popełniali błędy w całym tym tragicznym syfie.

Soundtrack to kolejny ciekawy element serialu. Wraz z nutami country, typowymi dla kowbojskich potańcówek, zetkniemy się z utworami współczesnymi podpartymi ambientowym niepokojem. Jest to kolejny dowód na to, że muzyka łącząca elektronikę i indie świetnie nadaje się do serii detektywistycznych. Wystarczy spojrzeć na czołówkę, która poza dźwiękiem prezentuje nam nałożone obrazy oraz wizerunki z pogranicza psychodelii. Same rysunki Rusta i motywy satanistyczne powodują, iż doświadczamy czegoś więcej niż (około godzinnego) dochodzenia.

Bardzo popularne jest stwierdzenie, że „True Detective” przypomina „Twin Peaks”. Zapewne chodzi tutaj o przypadłości Rusta, fakt, że wcześniej widywał on zjawy, a jeden z przestępców mówił nawet o widzeniu jego duszy. Choć nie da się ukryć, że metafizyczne rozważania są bardzo istotne w tym serialu, byłabym ostrożna z takim przyklejaniem etykietek. „Twin Peaks” pomimo czającego się zła wokół był zaplanowaną komedio- groteską, TD celuje zaś w mocno depresyjny nastrój ukazujący destrukcję życia i nieuchronność porażki. Inaczej też prezentują się postaci kobiece: o ile w TP były one indywidualistkami z charakterem, o tyle w „True Detective” funkcjonują bardziej jako dopełnienie męskiego protagonisty. Najwięcej czasu antenowego posiada żona Marty’ego Maggie, oraz [spoiler] jego kochanka Lisa [koniec spoilera]. Jedna stara się dotrzeć do męża i ma dość bycia okłamywaną, druga zdawać się może przeciwieństwem tej wcześniejszej, co podkreśla miotanie się Marty’ego między obowiązkiem, a traumami. Takie konfiguracje nie są w żadnym stopniu oryginalne, dlatego „Detektyw” nie jest serialem, który wybija się na tle konstrukcji żeńskich bohaterek. Na obecną chwilę jestem ciekawa w którą stronę pójdą twórcy drugiego sezonu i jak poradzi sobie Rachel McAdams w roli szeryfa.

Nie da się ukryć, że siła tytułu tkwi w dialogach. Są one głównym rozgrywającym całego serialu, pozwalają zgłębić bohaterów oraz ich poglądy. Matthew McConaughey i Woody Harrleson stworzyli fantastyczne, bipolarne duo: czasem się kłócą, czasem nienawidzą, czasem będą mieli dość swojego zawodu. Ale jest coś co spaja ich jestestwo, przez co tak świetnie ogląda się ich życiowe zmagania. Naturalność, zwyczajne problemy, czy trudności z zachowaniem dystansu do sprawy. Ta niewymuszona przyjaźń dwójki mówiąc kolokwialnie robi całe dzieło i powoduje, że wrócicie do niego po pierwszym- być może nieciekawym wrażeniu.

„True Detective” nie będzie „moim” serialem, nie spowodował we mnie aż tak szerokich doznań co inne dobra kultury, ale z pewnością jest produkcją godną zainteresowania. Nawet w krainie pełnej żółci.

Ten niezręczny palec.

Pokazanie środkowego palca to całkiem ciekawe zjawisko. Kojarzy się nie tylko z symbolem totalnej frustracji, ale też krucjatą przeciw konwenansom. Nie bez powodu w końcu wiele gwiazd muzyki/filmu często wyraża w ten sposób swój stosunek do (chociażby) paparazzi. W dzisiejszym odcinku zrobię krótki przegląd moich ulubionych środkowych palców ukazanych w popkulturze.

1. Molly Ringwald w „The Breakfast Club”– kiedy uważana za reprezentantkę wyższej klasy społecznej Claire, kieruje ów manewr do niegrzecznego Bendera, w mej głowie pojawia się zawsze cień uśmiechu. Połączenie elegancji, sushi z obscenicznym gestem, jest genialnym kontrastem do pozy, którą przyjmuje bohaterka  filmu.

2. Jennifer Lawrence w „Silver Linings Playbook”– można się spierać co do trafności nagród Akademii, ale to co Lawrence prezentuje bodaj w połowie fabuły jest genialne. Kiedy Tiffany wybucha przy spotkaniu z Patem, jej środkowe palce wędrują w tanecznych podskokach, a napięcie wzrasta z każdą minutą.

3. Keanu Reeves w „Matrixie”– na pytanie o współpracę z szemranymi personami w garniturach, Mr Anderson wyraża swym gestem więcej niż tysiąc słów. Co w jakimś stopniu ukazuje jego rebeliancką postawę. Ten fragment bawi mnie również z tego powodu, że na starej płycie DVD ów moment przetłumaczono na: „To może pokażę wam palec”. Jako dziesięciolatka nie bardzo to rozumiałam.

4. Hugh Jackman w „X-Men(ach)”– jeśli nie jesteś Doktorem Coxem, to raczej na pewno lubisz Hugh Jackmana. Pointa do obrazka: nigdy nie próbuj mówić Wolverine’owi co ma robić. Zwłaszcza jak jesteś Cyklopem. Rany, jak ja nie przepadam za Scottem Summersem…

5. Dragon Ball Z– tak, zrobiłam to specjalne, umieściłam fragment z amerykańskim dubbingiem. W pierwszej odsłonie, środkowy palec występuje jako element grozy: Kuririn z niepokojem patrzy na wściekłego Vegetę, bo zdaje sobie sprawę, że nie ma z nim szans. Druga część, to próba ukazania Goku, że wcale nie taki super jego power level [uwaga, odsyłam do dziwnej przeróbki]. Chyba nie muszę dodawać jak to się zakończy.

6. Sarah Jessica Parker w „Sex and the City”– Carrie i jej miłosne zawirowania z Bigiem to z pewnością jedna z najbardziej rozpoznawalnych rzeczy w tym serialu. Nie raz i nie dwa współczułam tej bohaterce, gdy się gimnastykowała ze swoimi związkami.

7. Chris Pratt w „Guardians of the Galaxy”– tu właśnie Peter Quill w swój (jakże) charakterystyczny sposób udowadnia, że ma specyficzne poczucie humoru. No i w poważaniu cały ten kosmiczny system. Całkiem umiejętne wykorzystanie wyświechtanej kwestii.

8. Rowan Atkinson w „Bean”– tu akurat mamy do czynienia z brakiem zrozumienia pewnego zwyczaju. Jaś Fasola nieświadomie bowiem składa tak swe palce, bo myślał, iż otrzyma pozytywny wydźwięk. Rzecz jasna reakcje przechodniów będą dość konkretne.

A na koniec bonus w postaci filmiku. Między 30 a 40 sekundą pojawia się fragment z mangi „One Piece”, który ocenzurowano w anime. Dotyczy postaci będącej głównym bohaterem linku, czyli Trafalgara Law. Pierwszej osoby, ukazującej ów niezręczny palec w serii (polecam nie oglądać całości, bo może zawierać spoilery).

Drugi karnawał blogowy.

http://mabychan.tumblr.com/post/80765234991/disney-villains-genderbend-first-part
http://mabychan.tumblr.com/post/80765234991/disney-villains-genderbend-first-part

1. The ties that bind- Political Subtexts in The Princess and the Frog and Kirikou and the Sorceress– interesujące zestawienie dwóch zupełnie różnych produkcji (czyli „Księżniczki i żaby„, oraz „Kirikou i czarownicy„).

2. D. jak Disney. Wielki Mysi Detektyw– zawsze będę dzielić linki dotyczące  moich ulubionych filmów rysunkowych. A obrazek na końcu jest cudny.

3. Space opera w stylu new weird– agent konik morski i już wiem, co mnie zaciekawiło w tym tekście.

4. „Black Sails”– nie ma to jak odkryć, że w serialu o piratach gra Toby Stephens vel Rochester/książę Orsino.

5. Czy dzieci muszą słuchać słabej muzyki?– czyli temat, który od jakiegoś czasu przewija się w mej głowie.

6. Easter Eggi Broken Sworda 2– nie miałam pojęcia, że już na początku gry można zginąć przez pająka.

7. 22 rady jak być lepszym pisarzem- część I, II i III.

Mroczne podsumowanie #1

Odnoszę wrażenie, że ilość cykli, które próbuję odtworzyć na swoim blogu kończy się na jednej, góra dwóch odsłonach. Owszem, są jeszcze top recenzje (notabene trudno, żeby nie cieszyły się popularnością, skoro zamieszczam dobre linki), ale drażni mnie ten brak regularności. Powyższy tytuł będzie rzecz jasna luźnym podsumowaniem popkulturalnych przeżyć, bo po cóż internet, jak nie po to właśnie, by móc dzielić się swoimi wrażeniami. A ponieważ nawet dla mnie Twitter okazał się zbyt ciasnym miejscem do takich wynurzeń, (pokrótce) będę się tu uzewnętrzniać.

Zatem po pierwsze, jak większość kinomanów pozytywnie odebrałam „Strażnikow Galaktyki”. Nie obyło się jednak bez wstępnych uprzedzeń, dotyczących głównego bohatera. Bo Peter Quill w trailerze wydawał się jedną z tych (pseudo) wyluzowanych postaci, wywołujących szczękościsk pokroju Melmana z „Madagaskaru”. Między innymi dlatego nie trawię niektórych komików (vel aktorów komediowych) takich jak Steve Martin, albo Eddie Murphy. Na ich widok żołądek ściska mi się w nieprzyjemny supełek i mam nerwowy odruch pod tytułem „przerzućcie ten kanał”. Ale wracając do filmu, nie zgadzam się z opiniami, iż był najmniej poważnym Marvela. Biorąc pod uwagę całe uniwersum (i stworzony fabularny środek ciężkości) GoTG nie odstają specjalnie pod względem komediowym. Porównując „Strażników” do takiego „Thora 2”, zauważam nieznaczne podobieństwo. Przykładowo w jednym z kulminacyjnych momentów, gdy Thor z Lokim pędzą do tzw. ukrytego miejsca, syn Laufey’a mówi coś w stylu „Tadam!” i całe napięcie zostaje humorystycznie wyważone. W skrócie: klasyfikacja produkcji pod jednym szyldem jest dla mnie bez sensu.

W trakcie dyskusji nad filmem wywiązały się interesujące wpisy, jak obrona głównego villaina przez Salantora, oraz mniej entuzjastyczne zdanie Puśka i Rusty. Dla tych, co być może jeszcze nie czytali, a zapoznali się z produkcją, polecam zerknąć na powyższe teksty.

 

Przeczytałam „Naruto 690” i jestem rozczarowana tym, co autor zrobił ze sceną walki. Pierwszy raz tak uderzyła mnie niekonsekwencja akcji- jakby ktoś wziął historię opisaną na 100 stron i po chamsku wyciął logiczny ciąg sytuacyjny. Owszem większość się czepia, że całą serię (a głównie temat przewodni) rozciągnięto do przesadnych elementów, ale są pewne granice. Za to przyjemnie ogląda mi się „One Piece”, pomimo obaw udźwignięcia takiej ilości odcinków. Widocznie cierpię na niedosyt awanturniczego klimatu i łączenia wątków przygodowych, nie rozgrywających się wyłącznie na przestrzeni ninja- spirytualnej. Design postaci, choć może nieco zadziwiać jest w OP naprawdę pomysłowy. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy bohaterowie trafiają do innych miast, albo spotykają poszczególnych wrogów. Jak na razie zamierzam śledzić tę serię.

 

Cytując klasyka: „shit just got real.”

Z tych bardziej pozytywnych kwestii, byłam też mile zaskoczona sequelem „Kapitana Ameryki”. Zimowy Żołnierz ma dla mnie nie tylko atuty w postaci interesującego plot twistu, ale przede wszystkim stawia na postaci, istotne dla dalszych losów Rogersa. Już pomijając samego L. Jacksona najlepiej wypadły akcje Czarnej Wdowy, co tylko dowodzi jak często miewam love-hate relationship względem aktorów. W tym filmie tylko czekało się na ponowne wejście Natashy do gry, bo wtedy działo się znacznie więcej. Rozmowy Black Widow z panem-tarczą korespondują nie tylko z ich różnymi charakterami, ale poniekąd ukazują system wartości współczesnego szpiegostwa. Momentami ma się wrażenie, że tak właściwie nikt nikomu nie ufa, a jak już zaufa, to zrobią go w przysłowiową trąbę.

No i scena po napisach [SPOILER] mnie mocno uradowała, bo jestem fanką rodzeństwa Maximoff  (cóż z tego, że głównie bazuję na dwóch tytułach) [koniec SPOILERA].

 

What does the wolf say?

Na koniec muszę się wreszcie pochwalić, że nadrobiłam 2 sezony „Teen Wolfa” i co tu dużo mówić, jestem po prostu wciągnięta w fandom*. Podoba mi się, że twórcy nie bawią się w robienie kilo dramy, jak ma to miejsce w niektórych paranormalnych serialach. Kiedy trzeba jest poważnie, ale z drugiej strony mamy odpowiednią dawkę luzu rodem z filmów Disney’a (nie wiem skąd to porównanie). Poza tym w każdym z bohaterów odnajduję cząstkę siebie. Czasem jestem jak Allison- rozdarta między rodzinnymi obowiązkami a własnym podejściem do życia, jako Scott nie zawsze dostaję to co bym chciała, czasem czuję się na uboczu i walę sarkastyczne teksty jak Stiles, a ukryty kompleks perfekcjonistki kojarzy mi się z Lydią. No i podejmuję decyzje w sposób nerwowy, mając zbyt duży dystans do ludzi jak Derek.

*Jak zgadniecie czyja to wina, wygrywacie wirtualnego kucyka

Recap (Naruto Shippuuden 367- 371).

Zazdroszczę Rusty i Myszy tego, jak ładnie wychodzi im pisanie wrażeń odnośnie seriali. I choć nie zapoznałam się w całości z drugim sezonem „Hannibala”  (ani żadnym z sezonów „Teen Wolfa”), poczułam ducha inspiracji do swojej niemałej blokady. Dziś będzie zatem co nieco odnośnie popularnej serii, którą nadrabiam na bieżąco. Żadna tam oryginalność, prawda? No ale nie w tym rzecz chyba. Żeby było jasne, będę w mniejszym bądź większym stopniu spoilerować.

Fanart autorstwa: http://ahrise.tumblr.com/

I znów przed nami pijany opening, albo ja po prostu się przyczepiłam.

Celowo czekałam kilka tygodni, bo nie mam zamiaru stać w (tak zwanym) fabularnym rozkroku. Z drugiej strony, ostatnie militarne wydarzenia ciągną się jak mityczna  „Moda na Sukces”. Gdyby mnie ktoś zapytał od jak dawna czwarta wojna odbywa się w anime, miałabym duży problem z sięgnięciem do pamięci. I nie to, że mam jakąś głębszą znajomość scenerii „Bold and Beautiful”, bo zatrzymałam się na momencie, gdy Brooke i Ridge znów do siebie wrócili, ale to dzieje się chyba nagminnie…

Wracając do meritum: kilka odcinków zostało poświęconych opowieści jak doszło do powstania Konohagakure, co też ma (w jakiś sposób) pomóc Sasuke podjąć decyzję, o tym co zrobi z wioską. Co prawda bardziej, niż samą historią przejmowałabym się tym, że rozmawiam z ożywionymi martwymi, no ale każdy ma swoje schizy.

Już u zarania dziejów shinobi chlastali się więc niemożebnie, ba nie tylko poświęcali dzieci do okrutnej bitwy, ale kompletnie nie zwracali uwagi na argumenty mądrzejszych. Widać to już w momencie, gdy młody Hashirama próbuje wyperswadować swojemu ojcu pokojowe rozwiązanie. Nie tylko zostaje tym ukarany, ale- prócz tego po prostu zlekceważony. Uderzająca jest zatem totalna ignorancja, którą można podciągnąć pod każde rzeczywiste wydarzenie. My wiemy lepiej, więc siedź ta cicho.

I oto pewnego dnia, nad uspokajającym strumieniem/rzeką, Hasirama spotyka pewnego chłopaka- imieniem Madara, który szuka podobnej odskoczni. Dość dziwnie ogląda się nie tyle uśmiechniętego Madarę, co osobę z prywatnymi fazami (nerwica, nerwica everywhere). I tak podczas wspólnych treningów, powtarzających się cykliczne, Madara i Hashirama nie tylko pogłębiają swą przyjaźń, lecz przede wszystkim wypracowują wspólną strategię. Pragną założyć mieszkanie dla każdego ninja/kunoichi, gdzie nie będzie bitew, a młodzi ludzie nie tylko zaczną uczyć się fachu, ale po prostu osiągną spokój.

Niestety nie jest to takie proste, co zresztą obrazują kolejne zlepki scen. Najbardziej dobijający był chyba fragment, w którym najstarsi postanowili zaatakować najmłodszych. Późniejsza motywacja naszego main hero, pozwala jednak na odwrócenie całej sytuacji, ale wcześniejsze zdarzenia na zawsze odbiją się czkawką w każdym z ocalałych. I pomimo kompromisu pod tytułem mamy własne miasteczko, widać jak na dłoni brak zaufania do klanu Uchiha. W takim momencie trudno nie współczuć Madarze, który nie tylko stracił czwórkę rodzeństwa, lecz pomimo bycia drugim założycielem Konohy, jest (wielokrotnie) dyskredytowany z powodu niechęci/uprzedzeń podsycanych przez Tobiramę.

I ten impuls bronienia wioski za każdą cenę, staje się przyczynkiem łańcuchowej reakcji. Nie trzeba być psychologiem by stwierdzić, że trudno od tak być wciąż pozytywnie nastawionym, skoro nie ma się dla kogo żyć. Pewnie dlatego niektórzy fani widzą podobieństwo między Sasuke a Madarą. Ta chłodna kalkulacja przypomina niekiedy totalne wyzucie z uczuć, ale to raczej mętna blokada/wyparcie z powodu traumatycznych wydarzeń.

Jak dla mnie było do przewidzenia, jaką drogę obejmie Sasuke, po pierwsze dlatego, że zamysł autora skupia się na wyborach sercowych (jak to brzmi). Tym samym mamy więc wgląd w główne miejsce walki, które rysuje się mniej więcej tak: bach, pył, wariactwo Dziesięcioogoniastego, nie dam już rady, Sakura power up, pole siłowe. Z drugiej strony trudno by oczekiwać jakichś nowości, skoro za chwilę one nadejdą. To znaczy nie tak znowu za chwilę, bo jak wiadomo częstotliwość nadawania odcinków odbywa się raz na tydzień, więc pewnie znów zrobię sobie odwyk.

Jakby ktoś się pytał: tak właśnie Madara reaguje na swojego największego rywala.

 

Ulubione Shen Gong Wu

Black_Beetle_Scroll

Część z was być może wie, że w dzieciństwie lubowałam się w oglądaniu bajek na Cartoon Network. Najchętniej śledziłam tak wiekopomne tytuły, jak: „Batman Przyszłości”, „X-Men: ewolucja”, czy „Xiaolin-pojedynek mistrzów„. „Xiaolin” opowiadał o losach podopiecznych mistrza Funga, przeżywających przygody z motywem komediowo-fantastycznym. Cała seria opierała się na poszukiwaniu artefaktów zwanych Shen Gong Wu, które nie tylko pomagały rozłożyć przeciwnika, ale też posiadały niecodzienne nazwy. Przeglądając internet, natknęłam się na karty  związane z tym (wywołującym falę nostalgii) tytułem i postanowiłam zrobić krótką listę swoich ulubionych Shen Gong Wu.

1. Oko Mistrza Dashi- pewnie z powodu chwytliwej i szeleszczącej wymowy. Za pomocą tego amuletu można wytoczyć armadę błyskawic, co pozwala oślepić, bądź spuścić (dosłowny) grom z jasnego nieba. Jest to jedne z pierwszych Shen Gong Wu pojawiających się w cyklu, stąd takie a nie inne miejsce w rankingu.

2. Trzecia Ręka- jeśli kiedyś marzyliście o przysłowiowej pomocnej dłoni, Trzecia Ręka jest dla was jak znalazł. Jak widać na załączonym obrazku Jack Spicer (jedna z moich ulubionych postaci) używał jej po to, by napić się kawy, nie stroniąc od odpowiedniego relaksu. Fakt, że takich artefaktów nie powinno się wykorzystywać w bezsensownym celu, ale kto powiedział, że noszenie zakupów się do tego wlicza? Poza tym, wyobraźmy sobie, jakby to wyręczało każdego w pisaniu. Pytanie tylko, czy Trzecia Ręka byłaby z tej kwestii tak zadowolona.

3. Złote Pazury Tygrysa- po pierwsze dlatego, że pozwalają skakać między wymiarami. Po drugie, bo przypominają tak pazury Wolverine’a, jak i te pojawiające się w (słynnym) „Wejściu Smoka”. Jest coś fascynującego w połączeniu złota ze śmiercionośną bronią- co wszak udowadnia popularność tego Shen Gong Wu.

4. Moneta Modliszki- jako ekspert od spraw rozciągania potwierdzam, że Moneta Modliszki pozwala na tak niesamowite wydłużenie ciała, że przejście pięciuset metrów byłoby nie lada pestką. Dodajmy do tego elementy komediowe i mamy pojedynek rodem z filmów z Jackie Chanem.

5. Opończa Cieni- nie raz i nie dwa wolałam być niewidzialna, a ów artefakt z pewnością by to umożliwił. Poza tym, umiejętność właściwego znikania byłaby genialnym, strategicznym punktem, pozwalającym na ataki z zaskoczenia.

6. Pięść Tebigonga- zawsze ciekawiło mnie, jak to jest posiadać dużo siły w rękach. Z tego powodu, nie tylko mogłabym robić ogromne dziury w ziemi- niczym Avalanche z „X-Men(ów)”, ale też czułabym się jak prawdziwy człek z wielkimi pokładami czakry.

7. Ogon Węża- choć przenikanie między (wszelkimi) fizycznymi punktami mogłoby okazać się bolesne, to mimo wszystko czuć w tym jakąś  frajdę. Poza tym, Ogon Węża lubi sobie polatać i to w naprawdę spektakularnym stylu.

8. Kula Tornami- jest niebieska, jest owalna i aktywuje się ją za pomocą siły wody. W ten oto sposób można załatwić sobie małą fontannę na upalny dzień.

7 najciekawszych odcinków "Martina Tajemniczego".

Żeby trochę urozmaicić, przejdę do (odkopanego z lamusa) rankingu serialu, który-jak się okazuje wciąż robi na mnie wrażenie pod względem pomysłowości.

1.”Web of the spider creature” (sezon 3)- i słowo ekscentryczny nauczyciel nabiera nowego znaczenia.

2. „Hairier and scarier” (sezon 3)-nastoletni wilkołak w wersji rysunkowej.

3.”Curse of the Necklace” (sezon 1)- klimat Halloween i ciekawa przestroga przed nadmiernym jedzeniem czekoladek.

4. „Shriek from Beyond” (sezon 1)- mitologiczne stworzenia w nieco mniej popularnej odsłonie.

5.  „The Vampire returns” (sezon 2)- znów ujawnił się mój wyjątkowy brak obiektywizmu względem wampirów (z pewnymi wyjątkami). A poza tym klimat Paryża przypomina mi wycieczkę za czasów liceum.
6. „The house of zombies” (sezon 3)- sposób nadania postaciom ruchów a la zombie wyszedł twórcom lepiej niż nieźle. Poza tym jest to kolejny powód, by nie sugerować się poradnikami.
7. „Revenge of the doppelganger” (sezon 1)- kobiety tracą twarze, a co najlepsze kojarzy mi się to z jedną ze scen w „Matrixie”.

Carnival animal.

Disclaimer: nie będzie ani żadnych odniesień do książki, ani do tego, że serial strasznie mi się kojarzy z krawatami (internetowy Esquire uznał Hannibala za najlepiej ubranego bohatera TV- może stąd to nawiązanie);
       Ten wpis kiełkował w impulsywny jak zawsze sposób, łącząc mój entuzjazm z brakiem merytorycznego przygotowania. Zdałam sobie też sprawę, że pomijanie serialowych podsumowań, fatalnie wpływa na kulturalne samopoczucie mniej lub bardziej obeznanego blogera (tak uogólniam-jak bardzo złe to stwierdzenie?). Jeśli czytając to wszystko kręcicie nosem, mając dość  standardowego ‘trucia bez sensu’, dajcie mi chwilę, by się wytłumaczyć. Niedawno skończyłam intensywny kurs językowy i czuję się roztargniona, a notka- choć nie jest zbyt odkrywcza, powstała po to, żeby wyjść z marazmu. Pewnie za moment poczuję, że mogłam darować sobie ten temat, ale niech będzie-od czegoś trzeba zacząć. A nic tak nie poprawia humoru jak produkcja, która okazała się dużo bardziej interesująca, niż z początku.
              Zacznę od tego, że współczesne kryminały cierpią na tendencję gotowego scenariusza. Ciężko trafić, na coś, co nie będzie klonem swego poprzednika. Osobiście, zdarzyło mi się nawet pomylić jedną produkcję z drugą, bo są lub były w czymś do siebie podobne („Siedem”/”Złodziej życia”/”Psychopata”). Choć  procedurale wyskakują jak grzyby po deszczu, wciąż nie dają nam gwarancji na rozrywkę z wyższej półki. Wszystkiemu winien jest zarówno pedantyczny technicznie David Fincher, jak i świat po projekcji „Milczenia Owiec”. Adaptacja literackiego pierwowzoru, umożliwiła przedstawienie historii, w której główny psycho-killer nie tylko okazuje się inteligentnym osobnikiem, ale przede wszystkim jest ciekawiej skonstruowany niż niejeden protagonista-> np. biorąc pod uwagę „Czerwonego smoka” (być może to wynika z mojej nikłej sympatii do Edwarda Nortona; generalnie: nie rozumiem jego fenomenu). Jednak ożywienie, tudzież re-interpretacja ikony, pobudziła multum kontrowersji, poczynając od tych najgłośniejszych. Nie obyło się bez batów w stronę Madsa Mikkelsena, którego z marszu oceniano przez pryzmat Hopkinsa, dodając przy tym swe gorzkie żale względem ‘fatalnego’ akcentu Duńczyka. Z drugiej zaś strony Will Graham, to jeden z najmniej lubianych osobników, słynącego z hejterstwa filmweba. W dzisiejszym odcinku, postanowiłam odgrzebać z pamięci zarówno produkcję odcinkową, jak i wspominane wyżej „The Silence of the Lambs”. Będzie więc trochę lania wody, a trochę analizy pod kątem niektórych kryteriów. Zatem do dzieła.
Po tym serialu będziesz śnić o grasujących, gigantycznych jeleniach, mózgu w foliowej postaci, a przede wszystkim skomplikowanych dźwiękach, wywołujących uczucie przygnębienia. Tak, moi drodzy, dla mnie „Hannibal” to jest przede wszystkim jakaś depresyjna niemoc. Co z tego, że Willowi po części udaje się wytropić sprawcę, skoro tylko podwyższy ów stan psychozy i zbyt duże zaangażowanie w sprawę? Już nie mówiąc o zaburzeniach tożsamości i tak potwornie realistycznych snach, że ma się wrażenie, jakby ktoś celowo tego pana torturował. Fakt faktem, że nie trzeba filozofa by domyślić się o kogo mi chodzi, ale cały smaczek- związany z  pewną relacją, zostawię sobie na później.
    Poznajcie Willa Grahama- specjalistę od spraw beznadziejnych. Will to samotny posiadacz psich czworonogów, pracujący w jednostce FBI. To znaczy tak nie do końca- raz widzimy, że prowadzi wykłady, a za moment zjawia się na środku miejsca zbrodni. Jest potrzebny przy konsultacjach za żółtymi taśmami, bo nikt inny nie potrafi stworzyć odpowiedniego profilu mordercy. Kontrowersji owej kwestii dodaje fakt, że Will niekoniecznie winien pracować w podobnych warunkach. Dlaczego? Bo, gdy omawia swe krwawe refleksje, z dowodzącym sekcją Jackiem Crawfordem, od razu widać, że coś męczy go niemiłosiernie. Co uważniejsi wychwycą, że być może miał już do czynienia z tak poważnym scaleniem z mordercą, iż nie mógł przez dłuższy czas funkcjonować (i, że prawdopodobnie coś mocno wryło mu się w psychikę). I choć w pierwszych minutach, umiejętności Willa wydawać się mogą nadmiernie przesadzone*, jest to niezbędne by się zorientować, że przysporzą mu więcej kłopotów, niż radości. A czym tak właściwie dysponuje W. Graham? Dosłownie (i w przenośni) empatycznym podejściem do ściganego mordercy, którego jest w stanie zrekonstruować nie tylko pod względem  psychologicznym , ale i tym detalicznym: jak to zadawał on ciosy ofierze, czy miał konkretny motyw i tym podobne. Pełna hiperanaliza, wymagająca twardych nerwów i czaszki ze stali.

Zatem, co robi Jack Crawford, by móc spać po nocach wiedząc, że sprowadził Willa na złą drogę? Prosi o pomoc renomowanego- i chyba własnego psychiatrę, doktora Lectera (mroczne bah-dum-tss w tle), by miał oko na chwiejnego Willa i zdawał mu raport z jego postępów. Ten dość ryzykowny i kontrowersyjny pomysł, z dnia na dzień robi się coraz bardziej niewygodny. Bo po pierwsze: doktor Alana Bloom- inna psychoterapeutka, nie tylko uważa powrót Willa za zły z powodów naukowych, ale i stricte osobistych. Po drugie: na karku depczą śledczym głodni dziennikarze, z bezkompromisową Freddie Lounds na czele- a ona już wie, jak wykorzystać nietypowość Grahama. No i po trzecie: wiemy doskonale, że angażowanie Lectera w roli mentora jest jednym z najbardziej samobójczych gestów w dziejach popkultury-> to znaczy, oni tego nie wiedzą, ale po co od razu psuć zabawę.

   W trakcie serialu przewija się kilka mniej, lub bardziej istotnych zabójstw, prowadzących do satysfakcjonującego finału. I, chociaż mi też zdarzyło się psioczyć w stronę pierwszych epizodów, mam wrażenie, że celowo rozłożono akcję w ten, nieco leniwy sposób. Bowiem wszystko, co wydarzy się w początkowych minutach serii, wraca ze zdwojoną szybkością w chwili, gdy Will coraz mocniej wątpi w samego siebie- a Lecter milimetr po milimetrze, wgryza się w jego zaburzoną osobowość. Po zabójstwie Garretta Jacoba Hobbs’a, Will nie potrafi już zrozumieć, czy staje się tym samym potworem co Hobbs, czy tylko jego podświadomość-którą ktoś majstrował, robi sobie z niego, że się tak wyrażę żarty.
     Podczas projekcji poznamy feerię irytujących, bądź  intrygujących bohaterów, którzy dostali nieco krótszy czas antenowy. Jeśli o mnie chodzi, to zwróciłam uwagę na Abigail Hobbs: córkę seryjnego przestępcy, która nie tylko była świadkiem kryminalnej interwencji, ale przede wszystkim wiedziała, co robił jej ociec. Te frapujące elementy układanki odkrywamy z odcinka na odcinek, zastanawiając się przy tym, jak bardzo zmienił się charakter, muszącej radzić sobie z byciem ‘pomocnicą’ dziewczyny. Abigail- prócz dalszej konieczności kiszenia się w ośrodku dla mentalnie chorych,  bardzo szybko zostaje zmanipulowana przez naczelnego trolla serialu**, który celowo wymusza utrzymanie ich wspólnej tajemnicy.

Inną postacią, przykuwająca od razu oko jest terapeutka, tudzież stara znajoma Hannibala, czyli doktor Bedelia du Maurier, świetnie sportretowana przez Gillian Anderson. Co prawda pojawia się na jakieś pięć minut na (dajmy na to) 40, ale i tak pozostawia za sobą więcej pytań, niż odpowiedzi. Jej relacja z Hannibalem z pewnością przekracza dozwolony formalizm i widać wyraźne, że wie więcej, niż ci-wzięci w cudzysłów przyjaciele Lectera. Jest to pewien maleńki prztyczek w nos widza, mówiący z lubością : „Hej, ona też wie kim jest ten Hannibal, co ty na to?” A ja na to tyle, że chciałabym wiedzieć więcej. Na przykład jak to było z tym szemranym pacjentem Bedelii.

      Dalej: Hannibal. No i tu nie będę pisać za wiele. Rewelacyjnie oddana postać. Taki cicho-ciemny drapieżnik, zimny perfekcjonista, za nic mający sobie emocje, albo raczej emocjonalność. Mieszka w eleganckim apartamencie, lubuje się w sztuce wszelakiej maści (malarstwo, muzyka itp.), ubiera bardziej niż oryginalnie i w dodatku umie gotować. Ale tu przychodzi pewien zgrzyt. Bo my widzimy, co tak naprawdę przyrządza swym gościom i choć nie wiem jak apetyczne byłyby to frykasy, ciężko tolerować ten fakt po drugiej stronie ekranu. Oczywiście do czasu. Bo kto raz zje taką potrawę, nigdy już nie wróci do wieprzowiny. Jednak przejdźmy ponownie do mego peanu. Wielkie brawa dla Madsa  Mikkelsena za odświeżenie postaci mięsożernego konesera. Warto było poczekać do końca, bo ukazał on jedynie przedsmak geniuszu i niebezpieczeństwa . Zresztą- porównajcie sobie tę kreację z, wałkowanym niedawno „Casino Royale”: mimika Madsa w „Hannibalu” jest w pewnym stopniu martwa. Jakby to nie był człowiek, tylko… no właśnie. Te wystudiowane, dopracowane gesty przywodzą na myśl projekcję osobowości, którą wychwycą nieliczni.
   Jeśli chodzi o relację z Willem (celowo kreowanym na przeciwieństwo Lectera), początkowo ni mnie ziębiła, ni grzała. Ot, wymuszona konieczność, podparta ciekawością ze strony znudzonego Lectera. Jednak z biegiem czasu, nasz doktorek coraz mocniej przywiązuje się do tych rozmów wieczorem- przypomnijmy sobie scenę, w której Graham nie zjawia się na wizytę, a  w tle rozbrzmiewa nostalgiczny utwór. Przez ułamek sekundy wygląda tak, jakby Lecter coś przeżywał. Czy aby na pewno? Cóż, nie będę zdradzać, jak wszystko dalej się potoczy, choć przyznaję, że nie byłabym fanką serialu, gdyby nie Internet. Ogromną zasługę w tym rozbudowaniu linii Graham-Lecter ma bowiem fandom, który wielokrotnie zaskakiwał mnie, podczas przeglądania tumblr.com (i youtube’a). I, choć zdaję sobie sprawę, że taki argument niekoniecznie kogoś przekonuje, to mówię szczerze: zaciśnijcie zęby i zabierzcie się za te 13 odcinków. Mimo wszystko warto.

      To, co mi się w tej serii dodatkowo podoba, to fakt, że „Hannibal” wizualnie nie daje o sobie zapomnieć. Kolorystyka zdarzeń zmienia się w zależności od napięcia: raz jest przeraźliwie nasycona, a kiedy indziej mocno przygaszona i tak jakby mglista. Duża w tym zasługa klimatycznego świata przedstawionego, pełnego niebieskiego, smutnego krajobrazu. Muzyka również bywa raczej wrogiem, niż sprzymierzeńcem bohaterów i powoduje, że ma się wrażenie oglądania thrillera bez happy endu. Co do czołówki, to owszem: jest króciutka i być może niezauważalna, ale przez dłuższy czas taki wydaje się sam cannibal Lecter.

      No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim jest „Milczenie Owiec”? Po raz kolejny powtórzyłam sobie to wiekopomne dzieło i muszę stwierdzić, że wciąż robi na mnie wrażenie. Mimo tego, że historię znałam nie od dziś, z chęcią zajrzałam do tej (niestarzejącej się) wersji, z fantastycznym Hopkinsem i urokliwą Jodie Foster w roli głównej. Biorąc pod uwagę serię TV, z dziecinną ciekawością rozpoznawałam detale, które wcześniej mi umknęły. Dało się zauważyć pazernego i żądnego sławy Chiltona, ten sam budynek, przetrzymujący psychopatów i sposób morderstwa, który pojawił się w jednym z odcinków: tak zwany krwawy orzeł, tudzież zawieszone ciała z wyjętymi żebrami, przypominający skrzydła aniołów.
Podsumowując: jeśli marzy Wam się barokowy naturalizm i przygnębiająca atmosfera, wybierzcie „Hannibala”. Nic bowiem tak nie fascynuje, jak przekonanie się, czy współczesności wychodzi rozgrzebywanie klasyki.
…………………………………………………………………………………………………………………….
*lasery, rzecz jasna lasery
**Mysza, w podobny sposób wyraziła się w którejś ze swoich notek. Tak więc, jeśli nie zadowolą Was te wypociny idźcie czytać jej refleksje (choć założę się, że część już to zrobiła).

 

Krwawe zwycięstwo?

   Nie byłam przekonana, czy „House of cards” to moja bajka. Bo mimo tych pozytywnych opinii, czy słynnych nazwisk, poruszana w nim tematyka wciąż kazała mi dać sobie spokój. Ekspertką w sprawach establishmentu również nie jestem, a mój mechanizm obronny w obliczu frazy ‘rząd’ wciąż przywoływał negatywne skojarzenia. Również słownictwo specjalistyczne, (skądkolwiek by nie pochodziło) stanowiło wyraźny opornik w wykorzystaniu mej angielszczyzny. Stąd właśnie postanowiłam trochę przeczekać i zdać się na tłumaczenie. No trudno, nigdy nie byłam na tyle wybitna, by brać się za serial bez lekkiego wsparcia. Ale przynajmniej poczułam się zorientowana.
    Każdy wie, że brnięcie w bagno zwane polityką, kończy się pochłonięciem w jej cuchnących odmętach. Jak jednak oprzeć się pokusie władzy, gdy można poczuć ją w swoich rękach? Fincher i spółka zaprasza nas  do śledzenia tej niepowstrzymanej machiny od jej zalążka. Z pomocą głównego bohatera odwiedzimy zakamarki najwyższych federalnych stanowisk, z kongresmenami i sekretarzami staniu na czele. W tych chwilach człowiek dopiero zda sobie sprawę, że działania państwowych organów o których wiemy-i którymi karmią nas media(równie nieobiektywne nawiasem mówiąc), są li i jedynie wierzchołkiem góry lodowej, tworzącej się za zamkniętymi drzwiami.
      Poznajcie Francisa Underwooda- mężczyznę z ambicjami, któremu obiecano intratną posadę. Jednak słowo przyrzeczone nie zawsze oznacza spełnione, więc Francis będzie musiał przełknąć gorzką pigułkę rozczarowania. Wybrano nowego prezydenta, stanowisko sekretarza stanu nie dla niego, więc dalej utknie w Kongresie, by odwalać kawał roboty. Bowiem Francis wraz z swoim zapleczem ma niespełna 100 dni na stworzenie i przeforsowanie ustawy o edukacji. Dlaczego akurat takiej? Bo, jak słusznie zauważyła jedna z bohaterek: imigracja jest zbyt kontrowersyjna, a reformy podatkowe za mało sexy. Czy jednak Francis tak łatwo się podda i pozwoli zepchnąć na polityczny margines? W żadnym wypadku. Zatem gra rozpoczęta. A do niej będą potrzebne pionki.
         Zwolnienia, dotacje, awans. Słowa które nie są nam obce, są tutaj pełne ułudy i mocnych zdarzeń. „House of Cards” zatem balansuje między korupcją/pieniędzmi, seksem i ułomnością. Underwood to człowiek zdolny wykorzystać każdą, najmniejszą nawet słabość by dostać to, na czym mu zależy. Nie cofnie się przed niczym, bo poznał uroki porażki. Jest zatem drzewem pewnie osadzonym w środowisku, co pociąga za sznurki ‘mocarnych przedstawicieli’. Jego moralna zgnilizna zarówno odpycha, jak i przyciąga, bo nie da się ukryć, że bez Francisa serial straciłby na wartości. Wystarczy wspomnieć choćby jego zamiary wobec Petera Russo, stosunek do żony, czy poniekąd toksyczna relacja z młodą dziennikarką Zoe Barnes. Mam też wrażenie, że scenarzystom dużo łatwiej skonstruować ambitnego mężczyznę, niż nie w ciemię bitą kobietę. Widać to przede wszystkim w konstrukcji samej Zoe, która albo strasznie irytuje, albo wzbudza chwilowe politowanie. Jej życiowa motywacja wcale nie odbiega od zamiarów miliona innych dziewcząt, a jednak nie ma w sobie kośćca stuprocentowo przekonującego. Szkoda. Tak samo dzieje się w przypadku Claire Underwood, której również nie jestem do końca wstanie rozgryźć.

Kevin Spacey rewelacyjnie wykreował bezwzględność Underwooda, ukrywającą się za pozorną maską stoicyzmu. Zresztą ktoś, kto był tyle lat na arenie wilków, wie doskonale jak rozdawać karty. Frank opanował te triki do perfekcji, co widać już w pierwszych minutach serialu. Jego wewnętrzne przemyślenia (i to jak ‘zajął’ się psem), stanowią kwintesencję charakteru (i strategii) naszego demokraty. Bo przesiąknięty brudami Underwood nie różni się wcale od reszty swych współpracowników. Kto raz się wciągnie, ten albo zostanie na szczycie, albo zamieni się w czyjś podnóżek. My widzimy jego wszystkie twarze: te wyćwiczone i bardziej osobiste. Intrygującym zabiegiem jest również zastosowanie tak zwanego monologu-Francis w chwili, gdy uprawia jedną z politycznych (a raczej psychologicznych) manipulacji, zwraca się bezpośrednio do widza i mówi to, co mu leży na wątrobie („Nie znoszę dzieci. Widzicie, powiedziałem to.”). Dzięki temu widz czuje się w pełni zaangażowany i –czy tego chce czy nie, w jakiś sposób z nim połączony.

   Jeśli mężczyzna jest przysłowiową głową rodziny, to w przypadku Francisa jego szyją jest Claire Underwood- piękna i dystyngowana małżonka, która nie tylko stanowi dlań odpowiednie oparcie, ale gdy trzeba umie wziąć sprawy w swoje ręce.  Nie chce być podziwiana, tylko móc realizować swoje zamiary-a to Francis jest wstanie jej zagwarantować. Podejście Claire do długoletniego związku jest, co by nie mówić niesztampowe (przykład: rozmowa po tym jak Francis nie wraca na noc) . Wie doskonale co Underwood robi(ł), a mimo to trzyma się za nim jak ta statua. Można też odnieść wrażenie, że zaczęła przejawiać jego niektóre cechy. Zresztą wizualnie Claire również jest bardzo szacownym dodatkiem: jej skrojone fasony sukni i tak zwana prosta elegancja są totalnie w moim guście.
     A teraz najtrudniejsze. Wydawało mi się, że HoC wreszcie dołączy do grona zaszczytnych arcydzieł w mym skromnym zestawieniu [seriali], ale niestety-choć pierwsze 4 odcinki wyglądały niczym ciepłe słońce w szare dni, okazały się tylko utuczoną zachętą. Dlaczego? Bo środkowe epizody zaliczają wyraźny spadek formy. Nie twierdzę, że mam do czynienia z równia pochyłą, ale jednak-powyższy tytuł to dzieło tylko bardzo dobre, bądź rewelacyjnie. Czuć częstą zmianę reżyserki i to wydaje się być najsłabszym elementem serii. Gdyby Fincher brał się za to od początku do końca, mielibyśmy do czynienia z formą spójną, a nie przeciągniętą w nieodpowiednich/nieistotnych momentach. Tak się wyżalam dlatego, że z początku miałam nadzieję, że w reszcie coś powaliło mnie na kolana. A tu miałam styczność z lekko zachwianym preludium. Preludium do nowego sezonu, ma się rozumieć.
      Technicznie serial prezentuje poziom czysty jak łza. Mamy więc perfekcyjne kadrowanie, dobre zdjęcia, a nawet znośną czołówkę: trochę trąbki, trochę werbli i bijący z nich niepokój, który wiąże się z zamysłem dzieła. Nic bowiem nie jest tu stałe-stanowiska państwowe zmieniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a siła to nie stan reprezentatywny-bo zwykle są nimi figuranci. Obsada to kolosalny (by nie powiedzieć mega wielki plus), który rzutuje na odbiór całości. Kevin Spacey po raz 99 udowodnił swoją wysoką klasę, a co za tym idzie elastyczność. Zresztą-nie zapomnę tego fragmentu z Inside the Actor’s Studio, w którym udawał Ala Pacino. Coś świetnego. Miło jest też ponownie powitać Robin Wright oraz nazwisko Mara [widziałam z nią wcześniej tylko „American Horror Story”], na myśl przywodzące wcześniejszą produkcję Finchera („Girl with the Dragon Tattoo”).

House of Cards” to pozycja obowiązkowa dla fanów Kevina (nie tego samego w domu), wielbicieli dramatów nie tylko politycznych, a przede wszystkim tych, którzy lubią być zaskakiwani tak zwanymi twistami [zdarzeń]. Wszystko to bowiem marność, pogoń za kasą i los, który może się odwrócić-sam, albo z czyjąś konkretną pomocą. 13 odcinków, po 40-50 parę minut jak najbardziej nie będzie stratą czasu. Netflix ma się czym pochwalić.

“A great man once said, everything is about sex. Except sex. Sex is about power.”-Francis Underwood