O złu i innych pojęciach względnych.

death_note_ryuk_yagami_light_apples_desktop_2229x1_by_gelatin95-d5sjwrsChoć generalnie tytuł powinien brzmieć „bardzo lubię jabłka„, ponieważ bohater serii- o której będę tu pisać był wyjątkowym koneserem jabłek. A jak dodamy, iż pełnił on funkcję niejakiego Shinigami (aka boga śmierci) rysuje się co mam na myśli. Plus jak wspomnimy, że nie chodziło mi o postaci powiązane z anime „Bleach”*, większość domyśli się, że notka będzie dziś o „Death Note”. Mainstreamowym tytule, o którym wszystko zostało już powiedziane.

 Historia rozpoczyna się jak mityczna, tfu baśniowa Królowa Śniegu: śmiertelnik podnosi coś, co należało do istot nadnaturalnych. Tyle, że tym razem Notatnik Śmierci, który znajdzie się w posiadaniu Raito Yagamiego będzie odbiciem serca tego bohatera. Bo jeśli masz do wyboru niezwykły przedmiot, z pomocą którego odbierasz czyjeś życie, może to (w jakimś stopniu) odzwierciedlać jakim jesteś człowiekiem.

Ale zacznijmy od początku. Ów Raito Yagami reprezentuje podejście większości ludzi inteligentnych: jest w pewnym stopniu przekonany o swej wyższości nad innymi. Ten egocentryzm polega właściwie na tym, że wie, iż świat jest zgnilizną i już on mógłby na tym globie wszystko poukładać. Jest prymusem, ukochanym synem nie sprawiającym problemów, więc kto jak nie on winien  decydować o porządku świata? Raito też z początku będzie sceptyczny, bo nie uwierzy w to, że ten notes (z dziwnie napisanymi instrukcjami) faktycznie zadziała. Zamierza go wypróbować, wpisując imię przestępcy/rodzaj zgonu,  przy czym wie też dokładnie jak ów kryminalista wygląda. Ten gest będzie też zalążkiem istnej wojny przeciwko policji, pojęciu sprawiedliwości, a może i moralności.

ryuk_light
Raito i Ryuk

Bo oto oprócz notesu (ciekawie zaakcentowano tu konieczność ukrycia tej rzeczy przed postronnymi), za Raito podążać będzie niewidzialny obserwator, czyli Ryuk- Shinigami, który woli śledzić poczynania człowieczka, niż grać w karty ze znudzonymi kompanami z zaświatów. Ryuk będzie zatem komentować (udawane) interakcje Raito, śmiać się z jego częściowych porażek, a przede wszystkim stanie się motorem siedzącym z boku wydarzeń. Z jednej strony nie przeszkadza mu, kto właśnie zawłaszczył sobie jego przedmiot (czyli ów notes), z drugiej za kilka jabłek jest w stanie pójść na pewien kompromis. Bunny ma Lunę, Ash Ketchum Pikachu, a Raito Yagami Ryuka.

Po kilku incydentach związanych z oczyszczaniem kraju z mętów, Raito  w mediach (oraz świecie wirtualnym) zostaje ochrzczony Kirą Tyle, że do tanga trzeba dwojga- więc poza wieściami rozchodzącymi się w internecie, Kira szybko spotyka swojego antagonistę. Najlepszego detektywa od spraw beznadziejnych, noszącego chwytliwy pseudonim L. L. zacznie też szybko komplikować zamiary Yagamiego, początkowo próbując go rozpracować, aż w końcu posunie się do najbardziej ekstremalnych środków. Kto bowiem lepiej zrozumie świeżego następcę boga, jak nie ten, co również nie lubi przegrywać?

Gdy Raito i L. testują siebie nawzajem, akcja zaczyna nabierać rumieńców. Widać to w momencie ich prawdziwej konfrontacji, podpartej gonitwą myśli- gdy próbują ocenić swoje ruchy na podstawie rozmowy. Jest to z pewnością jeden z najmocniejszych punktów całego „Death Note”, bo mamy do czynienia z ponad przeciętnymi osobowościami, charakteryzującymi się gamą przeciwieństw. Raito jest przystojnym dla ogółu, interesującym mężczyzną o grzywce Justina Biebera, L. to przygarbiony kuzyn emo o (jak rzekł sam Yagami) „przyćpanych oczach” **,  konsumujący cukier w nadmiernej ilości.

L-Lawliet-death-note-35773761-704-396
L., czyli true detective

Wątki w początkowych epizodach powiązane są na tyle skrzętnie, że w każdym odcinku dowiemy się czegoś nowego. Zatem prócz relacji na linii L.- Raito, dochodzi m.in. motyw agentki badającej śmierć narzeczonego, czy problem policji bojącej się o swoje życie. Jakiś czas później, do dwójki głównych bohaterów dochodzi dziewczyna o imieniu Misa, wiążąca swe losy z naszym oziębłym killerem. Misa też posiada pewną tajemnicę, którą- na skutek niezwykłych wydarzeń, podzieli się z Raito.

Nie wiem czemu, twórcy serii obdarzyli Misę tak bardzo dziecinnym głosikiem, ale mnie to chwilami mierziło. Sam charakter bohaterki da się rozpisać na jeden paragraf. Blond piękność jest bowiem popularną celebrytką, właściwie modelką, która na pierwszy rzut oka wydaje się infantylna. Z tym, że kiedy chodzi o jej terytorium vel chłopaka Raito, jest wstanie zapłonąć gniewem i pozbyć się wszystkich, stojących na drodze miłości. Tę frazę należy (jednak) objąć w głęboki cudzysłów, bo widać od razu, że młodemu Yagamiemu chodziło tylko o własne profity. Wykorzysta Misę wedle swoich upodobań, przy czym dziewczę przyjmie to z radością, bo uważa go za rycerzyka w lśniącej zbroi. Zachowanie Raito momentami ogląda się z właściwym niesmakiem i naprawdę szkoda, że twórcy nie rozbudowali charakteru samej Misy. Brakowało mi tej dwuznaczności z początku jej interakcji z Raito, gdy dowiodła swej inteligencji. Później Misa plasuje się już w kategorii wdzięcznej zakochanej, służącej głównie do rozładowania napięcia między L. a Raito.

To, co podobało mi się od samego początku, to fakt, iż bohaterowie działają wedle swych egoistycznych pobudek. L.- choć pełni  funkcję niejakiego stróża prawa, często wykracza poza moralne zasady, co wzbudzało oburzenie jego pobratymców. Raito grał nawet ze swoją rodziną, używał każdego, kto choć trochę mógł przyczynić się do jego zwycięstwa. [możliwy spoiler] Taka Rem- choć jest Shinigami, złamie pozaziemskie prawo, żeby tylko uratować śmiertelną istotę[koniec]. Kwestia rozeznania zła i dobra, zaczyna się w pewnym momencie komplikować-stawiając pytanie jak daleko posuniemy się, by dojść do celu.

Misa, czyli kocham psychopatę

Wraz z zwrotem wydarzeń, sprawa Kiry rozprzestrzenia się na kolejne zakątki globu, tyle, że nie powoduje to wzrostu napięcia. Jestem jedną z osób, którym fabularne twisty (na dziesięć epizodów pod koniec serii) wcale się nie podobały. To, że mamy do czynienia z poszerzeniem ilości postaci, nie oznacza, że mocniej wciągniemy się w serię. Gdzieś po drodze zapodział się chyba wydźwięk całego „Death Note’ a”, a może czekałam na inne zwieńczenie fabuły.

Seria z 2006 roku charakteryzuje się nowoczesnym rozwiązaniami technicznymi. Sam krajobraz miasta- choć realistyczny, przynosi ze sobą chłód powiązany z charakterem Raito. Również design postaci jest bardziej prawdziwy, stąd brak wielkich oczu, no może z wyjątkiem niektórych przedstawicielek płci pięknej. W pamięć zapada również ścieżka dźwiękowa, która przypomina (dark?) ambientowe kawałki spółki Trent Reznor/ Atticus Ross. To konsolowe plumkanie, czy częste wibracje przywodzą na myśl soundtrack do „Dziewczyny z tatuażem”. W tle rozbrzmiewa również muzyka rockowa, a każdy odcinek przeplata się z przerywnikami, stylizowanymi na Notatnik Śmierci.

W sieci odnajdziecie porównanie serii do „Zbrodni i kary”. O ile mogę się zgodzić odnośnie kwestii Raskolnikow kontra reszta świata, o tyle nie pasuje mi utożsamianie go z Yagamim. Raito nigdy nie wzbudzał mojej sympatii, był wyzutym z człowieczeństwa robotem, który nawet dla swoich (rzekomych) przyjaciół nie był wstanie wykrzesać nic ponad formalizm.

Czy zatem warto nadrabiać „Death Note”? Nie bez powodu owo anime króluje na szczycie najlepiej ocenianych. Mi jednak brakowało oryginalnych postaci (poza L., czy Mello), choć sam pomysł na fabułę i odcinek końcowy śledziło się wyśmienicie. Seria nie jest również długa, posiada 37 epizodów, co antyfani tasiemców przyjmą pewnie z otwartymi ramionami.

DEATH NOTE - 05 - Large 18

*kiedyś chciałam napisać notkę pod tytułem „Bleach, please”, ale z drugiej strony powtarzałabym tylko to, co rzucano w kierunku niedogodności tej serii; nie biorę tu pod uwagę samej schematyczności shounenów, ale fakt, że (sam) główny bohater (rzecz jasna) musiał posiadać umiejętności z dwóch różnych światów/tudzież ras i bez problemu rozkładał trudniejszych od siebie przeciwników; infantylny Monkey D. Luffy i jego Gumowy Pistolet, czy zboczony Naruto mający obsesję na punkcie jednego faceta są już bardziej wiarygodni od Ichigo K.; idealnego prawie, że jak kryształ, męskiego przedstawiciela marysuizmu- albowiem takie odnoszę wrażenie

** chyba nie muszę dodawać, iż jest on najpopularniejszą postacią w tej serii; i wcale nie chodzi mi o żaden ship

Alicja w krainie schizy.

Ludzie piszą o Supermenach, problemach żołądkowych w Vegas i wolnej interpretacji „Opowieści z Narnii” (albo mi się tylko wydaje), a ja wciąż opóźniona w kulturze. No cóż- tak i też bywa, ale nic na to nie poradzę, że mam w sobie coś z pseudo hipstera. Ostatnimi czasy zaprzestałam nawet śledzenia [daremnych] poczynań Willa Grahama i- choć powinnam czuć odrazę w scenach konsumpcji posiłków przygotowanych przez dr Lectera, miałam tylko ochotę przyrządzić sobie kolejną kanapkę…Ale dość o mnie, czas przejść do gwoździa dzisiejszego programu, czyli filmu Chan-wook Parka: południowokoreańskiego reżysera i scenarzysty, którego twórczość powinnam już dawno mieć za sobą. Jak zapewne się domyślacie, nie posiadam zbyt dużej wiedzy odnośnie jego wcześniejszych dokonań, ale miałam nadzieję, że nie przeszkodzi mi to w odbiorze dzieła. Czy miałam rację, trudno mi w tej chwili spekulować, ale pewna jestem jednego: „Stoker” to stuprocentowa rozrywka dla oczu.

       Azjaci mają chyba słabość w obsadzaniu kruchych i delikatnych fizycznie bohaterek w roli niepokornych dusz- tudzież takich, które kojarzą się ze stylistyką kina grozy. Nie inaczej dzieje się w „Stokerze” [produkcji, tym razem nie skalanej dziwnym tłumaczeniem]- filmie, który główną oś produkcji wspiera na barkach młodziutkiej, bladolicej Indii Stoker, przyzwoicie zagranej przez Mię Wasikowską. India nie wygląda na typową duszę towarzystwa-woli hasać po konarach w poszukiwaniu urodzinowych prezentów i za nic ma sobie utarte konwenanse. Dlaczego? Ano może z tego prostego powodu, że w dniu tak zwanej osiemnastki dowiaduje się, że jej ojciec-Richard Stoker, ginie w wypadku samochodowym. Sytuacja jest o tyle niepokojąca, że India miała swego rodziciela za kogoś w rodzaju pokrewnej duszy: rozumieli się bez słów, a dziewczyna przede wszystkim czuła się z nim bezpieczna. W chwili pogrzebu, India dowiaduje się od matki, że na stypie pojawił się wuj Charlie (albo stryj): osobnik, którego istnienie przez cały czas było przed nią zatajone. Panna Stoker nie tylko więc czuje się skołowana przedwczesnym zgonem ojca, ale również zdziwi ją fakt, że wujek- wyskakując niczym Filip z konopi, od razu zapragnie się z nią zaprzyjaźnić. Ów problem będzie tu rzecz jasna punktem zapalnym fabuły, rozwijającym klatka po klatce rodzinne sekrety.

Zacznę od tego, że do filmu zachęcił mnie ciekawy trailer. Psychopatyczne spojrzenie Matthew Goode’a- jak i frapujące urywki,  powiedziały mi, że przynajmniej nie zawiodę się w kwestii aktorstwa. I tak też było. Jako uncle Charlie, Goode okazał się przyciągającym ogniwem, długo trzymającym akcję w ryzach. W pierwszych minutach seansu, złapałam się nawet na tym, że zaczęłam myśleć coś w stylu: ‚Ciekawe o co tu tak właściwie chodzi’. I choć nie brzmi to jak szczególny komplement, w tym dziele spełnia tę rolę. Bo już w chwili, gdy Charlie Stoker [prawie wszyscy noszą to samo nazwisko gwoli ścisłości] postanawia się zatrzymać w posiadłości Indii i jej matki Evelyn, odczuwamy pewną nutkę niepokoju: wszak nawet ciotka Stoker dość dziwnie zareaguje na widok ‚wujaszka’ (członkowie pogrzebu ograniczyli się do prostego „Nie wiedziałem/am, że Richard miał brata”). Charlie będzie więc nie tylko kalką ‚filmowego przystojniaka z tajemnicą’, który pojawia się znikąd, ale przede wszystkim zakamuflowanym manipulantem, aka socjopatą: co raz się śmieje i komplementuje, by za moment przywdziać inną maskę. Nie trzeba chyba dodawać, że kolejnym motorem podkręcającym napięcie, jest dość wyraźna- by nie powiedzieć chora obsesja Charlie’go na punkcie Indii: który wie o siostrzenicy więcej, niż jest to moralnie dozwolone. Wszystko to widać w drobnych gestach i symbolach ([spoiler] flirtowanie Charliego z matką Indii [/koniec]), a zwłaszcza w kluczowej dla wydarzeń scenie gry na fortepianie- która jest moją ulubioną.
Ok, no więc trochę posłodziłam Matthewo’wi Goode, a co z resztą? Nicole Kidman choć kiedyś należała do grona moich ulubionych aktorek w tym dziele niespecjalnie mnie powaliła. Być może wiąże się to z moją niechęcią do jej ograniczonej mimiki- spowodowanej wiadomymi czynnikami, ale w każdym razie: ni mnie ziębiła ni grzała. O dziwo z Mią Wasikowską było zupełnie inaczej, chociaż obawiałam się, że zobaczę powtórkę z „Alicji” Burtona/Disney’a. Była wycofaną obserwatorką, pełną licznych sprzeczności: w jednej chwili niewinną, a i kiedy trzeba brutalną, Niektórzy pisali w swoich recenzjach, że Mia snuje się przez pół filmu bez wyrazu (być może Klapserka, ale to nie znaczy, że mam coś do jej opinii-> po prostu to zapamiętałam), ale dla mnie był to po prostu inny rodzaj cierpienia, wewnętrznego cierpienia. Izolacja, która nie polega na waleniu ‚fuckami’ na prawo i lewo, tylko całkowity marazm połączony z gigantycznym dystansem. Bo zdając sobie sprawę z natury Indii-zwłaszcza po seansie, wcale nie dziwi mnie fakt, że wolała odcinać się od reszty, czując, że zabrakło jej mentalnego oparcia. I tak, ono się mówiąc prostolinijnie pojawi, ale czy w ten sposób, jak wygląda to w typowej obyczajówce? Oczywiście nie.

[gigantyczne spoilery] „Stoker” to po części film o dorastaniu (weźmy tę zmianę butów ‚oksfordek’ na dojrzałe, kobiecie szpilki), a po części thriller-drama o poszukiwaniu swojej tożsamości. Jest to również bazowanie na słynnym motywie, który często pojawia się w dyskusjach odnośnie dzieła. Pewnie powinnam od razu się domyślić, że chodzi o współczesny wampiryzm, bądź zabawę w skojarzenie z książką Brama Stokera: „Dracula”. Dowód? India już na samym początku akcji mówi o swym wyczulonym słuchu, wyostrzonych zmysłach-czy słyszeniu ‚głosów’, a po chwili dochodzi również sentyment, by nie powiedzieć jej fascynacja krwią i śmiercią (ugryzienie chłopaka podczas całowania, masturbacja po dokonaniu pierwszej zbrodni). India tak jak i Charlie krwawe gody rozpoczynali głównie w nocy, a gdy było ciepło, mieli na sobie przeciwsłoneczne okulary. Pojawiają się tu również skojarzenia z „Dexterem”- biorąc pod uwagę polowania Indii z ojcem i to, jaki był ostateczny wybór bohaterki. [/koniec]

Produkcja Chan-wook Parka jest niezwykle malownicza. Wszystkie elementy techniczne, począwszy od wystudiowanego plakatu, na napisach kończąc, ocierają się o wizualny perfekcjonizm. Detaliści po seansie powinni poczuć się jak ryba w wodzie. „Stoker” sprawia zatem wrażenie filmowej koronkowej roboty, która jest przygaszonym krajobrazem nierealnym, mimo elementów współczesnych. Ów gotycki dom przypomina momentami siedzibę duchów, albo miejsca, gdzie dzieją się straszne rzeczy niczym w „American Horror Story”. Nasze oko sycą nawet ułożone owalne głazy, miejsce gdzie India siedzi na drzewie, czy też jej ubrania- które są nawiasem mówiąc bardzo, ale to bardzo czyste (bądź vintage). Zdjęcia kradną powiew wiatru smagającego włos Indii, a te szepty i fragmenty- które, choć mogą przyprawiać o negatywne odczucia, w kadrach nie dają o sobie zapomnieć. Tak zwana martwa natura z czaszką.
Co jest zatem największym minusem dzieła? Wygląda na to, że jednak scenariusz. Po godzinie „Stoker” jest już bardziej stalkerem– niknie gdzieś ciekawość i dynamizm, a na pierwszy plan wypływa nuda, biorąc na tapetę dość utarte schematy. I choć może się wydawać, że nie warto zawracać sobie tym [tytułem] głowy, broni się on wyżej wspomnianymi przeze mnie czynnikami (pozwoliłam sobie pominąć fakt, że autorem scriptu jest Wentworth Milller; a nie, jednak wygadałam).

Zatem słowem końcowym: wszystko zależy od osobistych preferencji. Mi się „Stoker” podobał. Ot, bez szału, ale i w porządku, na dodatek ma całkiem interesujące utwory autorstwa Clinta Mansella-> a ja polubiłam to, co brzmiało już na napisach.

 

Za co można polubić, czyli subiektywne zestawienie.

Umieram.Mentalnie. Mój żołądek czuje się niczym Will Graham po przesadnym ‚scaleniu’ się z oprawcą*. Zdałam też sobie sprawę, że moja chęć do obejrzenia serialu z Madsem, wzięła się z obsesji zaszczepionej kilka lat temu przez pewnego reżysera. Amerykańskiego reżysera. A jest nim (cienkie fanfary w tle) David Fincher. Wiem, banalne, pewnie spodziewaliście się czegoś bardziej kreatywnego. Ale niestety tak już mam. Przed państwem zatem kilka punkcików, które odpowiadają z mojej (subiektywnej rzecz jasna) perspektywy, za co lubię tego reżysera.
Disclaimer: W notce nie pojawia się nawiązanie do „Alienów”, bo chcę je sobie spokojnie nadrobić.

1.Za świetne czołówki- pewnie nie tylko ja zauważyłam, że w dzisiejszych czasach rzadko stawia się na rozbudowane intro. W przypadku Finchera można uznać ten chwyt za jego znak rozpoznawczy. Owszem-biorę pod uwagę, że reżyser zaczynał od teledysków (więc mógł się w nich dobrze czuć). Ale wbrew pozorom nie musi to oznaczać, że wyglądałyby jak większość obecnych-dajmy na to hip-hopowych. „Zodiac” [btw. już mówiłam, że lubię ten film?], „Fight Club„, „Girl with the Dragon Tattoo„, a przede wszystkim „Seven” kojarzą mi się z muzycznym perfekcjonizmem. Zwłaszcza jeśli chodzi o zremiksowany utwór „Closer” Nine Inch Nails, i obecność Trenta Reznora, zawsze tam, gdzie pojawia się elektronika**. Jestem jedną z tych osób, które nie jeżą się na obecność nowoczesnego instrumentu w tle-bo i z tego można wykrzesać coś fascynującego.

2. Za tworzenie ciekawego klimatu-oczywiście tu skłaniam się ku tematom stricte kryminalnym, do których pan F. ma co by nie mówić smykałkę. Może być ciasno, może być brudno i niepokojąco, ale jest ciekawie i to bez zbędnych ozdobników. Kiedy miałam x lat, sztandarowa produkcja naszego jegomościa była swoistym tabu w kręgach gimnazjalno- podstawówkowych. Że to taki straszny film, który jest jak to mówią nie dla dzieci. Oczywiście pierwsze co zrobiłam, to dorwałam się wraz z znajomymi do wypożyczalni dvd, by móc dołączyć „Siedem” do naszego skromnego seansu. Tym sposobem rozpoczął się cykl pod tytułem ‚lubię oglądać produkcje o seryjnych mordercach’. Dodam, że podoba mi się, że bohaterowie Finchera to [często] zwykli, zmęczeni ludzie, którzy albo przejawiają choleryczne zapędy (Mills), albo lubią sobie po prostu wylać za kołnierz (Avery). A „Gra” z Michaelem Douglasem to dopiero miała zakończenie.

3. Za przedstawienie mi Rooney Mary-choć nie mogę stwierdzić, że jest najzdolniejszą aktorką swojego pokolenia, uważam, że ma w sobie coś tajemniczego i po prostu przyciągającego. Takie moje prywatne odkrycie zaraz po Noomi Rapace. Mimo szczupłej sylwetki (która w Hollywood wszak nie jest żadną nowością), Mara charakteryzuje się urodą odstającą od pojęcia super seksbomby. Uważam, że przemysł zza Oceanu cierpi na brak oryginalnych twarzy, więc zawsze cieszy mnie, gdy spotkam na ekranie kogoś, kto nie wygląda jak 3/4 pań w filmie. Gdyby kiedyś ktoś brał się za ekranizację „Najdłuższej Podróży” [choć byłoby to jedno z najtrudniejszych wyzwań] ją właśnie widziałabym w roli April Ryan.

4. Za wizualną wysoką półkę-drugie imię Finchera to chyba ‚jestem dobry w montażu’. Każda z jego produkcji ociera się o techniczny profesjonalizm [i skrzętne kadry], a kolorystyka świetnie dopełnia prezentowane weń sceny. W „Podziemnym Kręgu” urzeka ujęcie palącej Marli i zasyfione pomieszczenie naszego bohatera, a w „Zodiaku” i „Siedem” przewija się deszcz, smutek, deszcz i jakaś taka bezradność. Cenię sobie, że DF nie tylko dba o to, by skroić ciekawą historię, ale, że również umie ją zespoić z oczekiwaniami nowoczesnego widza- co by nie mówić o takim „Benjaminie Buttonie” jest on dobrym przykładem jak zaciekawić nas aspektami nie tylko fabularnymi.

5. Za zatrudnianie Brada Pitta-mimo, że Pitt nie musi już udowadniać, że poza wyglądem jest też świetnym aktorem, w latach 90’tych miał dużo większe trudności z tą kwestią. I choć wciąż obstaję, że najlepiej prezentował swe możliwości w „12 małpach” [chociaż „Wichry Namiętności” też były niczego sobie], u Finchera również nie dał się zaszufladkować. Kreacją Tylera Durdena świetnie dopełniał postać Nortona, a jako detektyw Mills idealnie plasował się w całym zamyśle pewnego filmu. A, że nie dostał Oscara za CCoBB- no cóż, może przybić piątkę z DiCaprio.

6. Za to, że nawet jeśli robi coś ‚pod Oscary’ nie musi to być bez wyrazu-byłam przekonana, że nie da się wykrzesać nic ciekawego na temat życiorysu założyciela facebooka. A tu proszę. Choć „Social Network” nie jest moim ulubionym filmem DF, muszę przyznać, że produkcja jest po prostu solidna, choć żadnych wzniosłych momentów we mnie nie wzbudziła.

* Zaczęłam zastanawiać się nad problemem posiadania empatii u Willa. W sensie-nie do końca rozumiem tej jego wiecznej łatki dziwaka wśród osób z ekipy. Bo choć ma te swoje majaki, jakoś nie zauważyłam, by specjalnie odstawał od reszty-fakt jest neurotykiem, ale żeby aż tak wyobcowanym to się nie zgodzę.

**Ja wiem, że nie tylko, ale skojarzenie przyszło mi najszybciej

O pewnej słynnej szwedzkiej powieści słów kilka.

  Chciałam wiedzieć, jak wygląda Mosebacke.

    Tak się jakoś dziwnie złożyło, że lekturę ostatniej części „Millennium” skończyłam dopiero po rocznej przerwie. Czemu do tego doszło, naprawdę nie wiem, ale jestem przekonana, że wpłynęło na to kilka czynników. Po pierwsze: forma czytania. Nie ma to jak standardowa cienka oprawa i szusujące kartki papieru. Wszak nie jest to li i jedynie kwestia zwykłego przyzwyczajenia, ale też funkcjonowania naszych oczu. Bowiem w starciu: ekran kontra makulatura, ta ostatnia zwycięża w przedbiegach, bo tak ukształtowała się moja metoda percepcji. Mogę więc próbować uczyć się z monitora/tabletu/ebooka etc., ale wyjdzie mi to trzy razy gorzej niż w formie standardowej. Jeśli już o ową przywołaną kwestię chodzi, przypomniała mi się jeszcze jedna sprawa. Kilka tygodni temu moja siostra poszła do kina z koleżankami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że większość dziewczynek w wieku gimnazjalnym wolała iść na produkcję z dubbingiem. Ale nie filmu animowanego, tylko obcojęzycznego, gdzie aktor używa swojego głosu- jednej z najważniejszych umiejętności w tym zawodzie. No i właśnie. Zaczęłam zastanawiać się nad problemem ‘wolę wybrać sztucznie nałożone tembry’, niż być zmuszony/a czytać napisy. Nigdy nie uważałam się za maniaczkę literatury, ale będąc w czwartej klasie podstawówki, nie przeszkadzało mi pójście na oryginalną wersję „Kamienia filozoficznego”.  Stąd właśnie widzicie moje [dość duże] zdziwienie, że takowy kłopot (czyli kłopot z czytaniem) może sprawiać problemy osobom wieku [powiedzmy] 14 lat. Lenistwo? A może coś więcej?
      Odłóżmy jednak na bok te umizgi i przejdźmy do punktu drugiego, czyli: znużenie. Kompletnie nie wkręciłam się w problemy Lisbeth Salander i nie wiem, czy jest to kwestia tego, że czytałam za pomocą elektroniki, czy tego, że mam problemy ze skupieniem. Ale czas mijał, a ja poznawałam uroki innych pisarskich trików (na przykład tego, że przyzwyczaisz się do bohatera, a on za chwilę ginie), więc z powrotem korciło mnie nadrobienie trylogii. I się udało. W przeciągu kilku dni, odcięta [po części bez zgody] od świata, zakończyłam ową kryminalno-dziennikarską opowieść o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet.
     Faktem jest, że Larsson nie pisał tu nie wiadomo jak wyszukanym stylem, ale umiał stworzyć nastrój tajemniczości i ciążącego spisku. Bowiem spisek występuje tu jako krytyka szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości. Choć niekoniecznie- bo nie da się ukryć, że każdy kraj ma swoje mroczniejsze zakamarki, gdy woli poświęcić cywilną jednostkę dla ‘spraw bezpieczeństwa’. Nie ma w tym może nic nowego, ale wcześniej nie spotkałam się z książką, która tak bezpardonowo pisałaby o tej kwestii. Poza tym-wyobrażacie sobie, żeby coś takiego wydano w naszym rodzimym państwie?* Tu, autor musiałby chyba zrobić jeszcze większy rozgardiasz i zaopatrzyć się w naprawdę mocne środki uspokajające. Trafficking. Gwałty. Pornografia. Bestialskie zamykanie w szpitalach psychiatrycznych, w celu ochrony tajnego agenta (w dodatku bydlaka i alkoholika).  Takie rzeczy nie tylko za naszym morzem.
   Media mogą zniszczyć każdego-wszak jeśli doczepią się jakiejś afery, ponosi je wtedy fantazja i tworzą tematy przeróżnej maści. Tak właśnie dzieje się w przypadku głównej bohaterki- która ledwo uchodząc z życiem, w gazetach widnieje jako lesbijka-satanistka, która ćpa i stanowi wroga numer jeden [dla pewnego inspektora, stanowiło to kosmiczne wręcz połączenie] . Tej sprawie nie pomaga również fakt, że Lisbeth jest dość zamknięta w sobie i nie zamierza wejść w dialog z policją. Oczywiście czytelnik wie, co jest przyczyną takiego zachowania, ale odkrywanie tych sekretów na rozprawie, wcale nie psuje radości ze śledzenia fabuły. Wręcz przeciwnie-ostatnie rozdziały to prawdziwa gratka dla maniaków prawnych potyczek, a ja nie odmawiałam sobie komentowania na głos niektórych zdarzeń.  Bardzo dobrym punktem zaczepienia jest zresztą fakt, że Salander była hackerką o niesamowitym umyśle. Dzięki temu strategia, którą w gruncie rzeczy umożliwił [i wymyślił] jej Blomkvist, jest naprawdę zaskakująca (patrz: spotkania w hacker republic), a to, że nie wiemy jak wszystko się potoczy, pozostawia jeszcze większy głód czytelniczy.
          Co oprócz tego? Ano mamy jeszcze [chociażby] intrygujący wątek, związany z Eriką Berger i jej przejściem do SMP- który jest kolejnym kamyczkiem do tezy autora. Kobiety w dzisiejszych czasach nadal są  narażone na prześladowanie: czy to z powodu zazdrosnego świra, uprzykrzającego im życie (wysyłanie maili z pogróżkami, rzucanie cegłą w dom, ośmieszanie), czy z powodu źle działającego prawa. Wszak nie tylko Lisbeth Salander została strasznie skrzywdzona. Weźmy na przykład zabite kobiety w cegielni, którym ktoś wcześniej zaproponował transport do Szwecji (były studentkami), bądź damskiego boksera, któremu za każdym razem uchodziło na sucho. Tych przykładów można by namnażać i namnażać. Ale jedno jest pewne. Autor rzeczowym i nieprzekoloryzowanym tonem uwiarygadnia zaprezentowaną problematykę, sprawiając, że zdarzenia działają na naszą wyobraźnię. Takie coś moglibyśmy zobaczyć w wieczornym programie telewizyjnym.
   Oczywiście są osoby, których zachowanie, czy przypisywane twisty, wyglądają na dalekie od normy. Mam tu na myśli Mikaela Blomkvista i wielokrotnie już wspomnianą Lisbeth. Bo jeśli drobna, czarnowłosa dziewczyna, mierząca tylko metr pięćdziesiąt wzrostu (ponad 20 centymetrów różnicy w odniesieniu do mnie to dość dużo) jest w stanie przywalić łopatą dryblasowi i załatwić paru typów z Sapo/RPS Sak, to jednak trudno nam w to uwierzyć bez wywalenia oczu. Choć nie wyobrażam sobie, by autor nagle uśmiercił tak dopracowanych [charakterologicznie] bohaterów. No i jeszcze raz Blomkvist. Przystojny, miły łamacz niewieścich serc, o mocnym kręgosłupie moralnym, który walczy o sprawę, wydającą się innym za przegraną. Nie da się ukryć, że on i pewna 27-latka, należą do bardziej nadnaturalnych postaci. Bo normalnie, taka dziewczyna po latach obwiązywania pasami w psychiatryku, dawno by się załamała (nie mówiąc już o towarzystwie, które ją tam otaczało), a niejeden mężczyzna rzuciłby w diabły te wszystkie korupcyjno-dziennikarskie problemy, czy niebezpieczne dochodzenia. Trzeba mieć naprawdę dużo ikry, by zadzierać z tajnymi służbami.
     Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na obszerność dzieła. Siedemset parę stron nie tak łatwo jest napisać, a zdaje się, że każda z książek była równie treściwa, co poprzednia. W dzisiejszych czasach, taka ilość kartek wzbudza różne odczucia, bo nie wiem jak wy, ale nie jestem przyzwyczajona, że każde tomiszcze jest na tyle opasłe. Ale nie ma tego złego-wszak większa ilość rozdziałów pozwala nam dłużej rozkoszować się zaprezentowaną historią. Nie to, żebym specjalnie lubiła powieści kryminalne, ale ta jakoś szczególnie mi podeszła. Dlaczego? Bo mimo, że zrezygnowałam z czytania na jakiś rok, wciąż pamiętałam  wątki i nazwiska, których w powieści Larssona nigdy dość nie było. I to może (lub nie może) być dużym atutem tej powieści.
    Słówko na koniec? Jestem bardzo ciekawa, w jaką stronę pójdzie David Fincher przy tworzeniu kolejnej adaptacji (nie remake’u;])-wszak sprawa Zalachenki stanowić będzie dlań twardy orzech do zgryzienia. Nie ukrywam też, że druga część cyklu najmniej mi się podobała-być może działo się zbyt wiele i w zbyt przeszarżowany sposób (ciekawe ile osób na serio przeżyło postrzał w głowę?). No i relacja Lisbeth-Blomkvist w „Zamku  z piasku, który runął” [3 tom]: ostatnie strony raczej mnie nie uradowały, ale może tak miało być. Choć reszty szwedzkich filmów jeszcze nie widziałam i nie wiem jak mają się do ostatniego tomu (z wyjątkiem słynnej pierwszej, ma się rozumieć).
   I tym optymistycznym akcentem wieńczę swoje mętne rozważania, kierując się w stronę półki z książkami.  „Millennium” uważam za odhaczone.
………………………………………………………………………………………………………………………
*Być może istnieje taki tytuł, a ja po prostu o nim nie słyszałam. W końcu wiecie, że ze mnie trochę błoga ignorantka.