Ćpuńskie wizje.

Wirujące i czerwone niczym usta Jokera napisy początkowe, stanowią kwintesencję najnowszej produkcji Jima Jarmuscha. Będzie ciasno, będzie duszno, momentami zbyt przytłaczająco, ale przynajmniej da się na tym filmie wysiedzieć. Długo się wzbraniałam przed pójściem do kina, bo nie jestem fanką powyższego reżysera i jego nabrzmiałej estetyki (patrz: „Mystery Train”). Wiedziałam, że być może się zawiodę, ale duet Swinton- Hiddleston, na którego barkach osadzono przebieg dzieła mnie-co by nie mówić przyciągał.

  Znów za dużo pseudo filozofii, ja się wzbraniam przed takimi zabiegami, bo o ile mogę zrozumieć teorię snutą przez Einsteina w wykonaniu Adama, tak nie do końca kupuję to roztkliwianie się nad pamiętnymi czasami. Główny bohater  przesiaduje w sypiącym się domostwie, grywa rzewne melodie i mamy [łopatologicznie] myśleć nad przemijalnością życia. Bo w miejscu cichej egzystencji Adama nie dzieje się nic: Detroit, które niegdyś stanowiło żywą metropolię, stało się symbolem, a właściwie znakiem czasu. Wszystko wokół pozostało opuszczone, nie ma już teatru, tylko wielki moloch, połknięty przez masowy konsumpcjonizm. To, co się zachowało, przypomina niechcianą kartę z historii Ameryki- zresztą nie tylko jej, bo gdzieniegdzie widzi się rozpaczliwą pogoń za zmianami, podyktowaną beznadzieją i szybkim tempem życia. Widz w maniakalny niekiedy sposób jest zmuszony oglądać  sekwencje obrazów, mówiących „ale tu smutnawo”.  Wolno, wolniej i najwolniej.

Ale, czy na pewno stanowi to zarzut? Jak się dłużej zastanowić, mamy tyle filmów spod znaku akcji, że mała odmiana jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Zwłaszcza, kiedy na tapetę weźmiemy schematy utarte i uważane za banalne- czyli wampiry. Cieszyło mnie po cichu, że reżyser skusił się na taką tematykę, bo to zawsze pozytywnie wpływa na odbiór dzieła (przeze mnie). Zatem mamy techno party w wykonaniu „Blade’a” , a tutaj  postanowiono rzucić się na rock lat 60. i muzyczno-gitarowy eargasm.   

Bo soundtrack jest świetny. Tyle w nim sensualizmu, płynności i przekazu, że wystarczy, by przekonać się do seansu. Zasługa w tym również orientalnych rytmów, które nawiązują do kultury z obszarów Maroka. Wszak uczucia wyraża się w różny sposób i nie za pomocą jednego gatunku.

Cały zamysł filmu śledzimy z perspektywy Adama-konesera muzyki i twórcy, wolącego zostać incognito. Szybko można zauważyć, że nie jest człowiekiem, tylko wampirem, żyjącym od kilkuset lat. Nie jest jednak żywiołowy, a bardzo melancholijny. Adam coraz bardziej stacza się w swym ‚samo przeżywaniu’, czego apogeum stanowi zakup pewnego przedmiotu.

W innym miejscu widzimy tajemniczą (i równie bladą) osobę płci żeńskiej, imieniem Eve. Ta mieszkanka Tangieru, odwiedza starszego wampira- co zwie się Marlowe, oraz postanawia wybrać się z wizytą do ukochanego. Jest nim nie kto inny, tylko właśnie Adam- a ich [telefoniczna] rozmowa doskonale nakreśla relację tej dwójki. Są co prawda oddaleni [od siebie] wiele mil, lecz to nie przeszkadza by wspólnie przeżywać każdy dzień (a właściwie noc). Bo choć są od siebie różni, można rzec, że idealnie się uzupełniają i właściwie nikt i nic do szczęścia nie jest im potrzebne.

Adama i Evę (daruję sobie biblijne skojarzenie) można przyrównać do intelektualistów [i erudytów], zarówno w kwestii muzyki, jak i literatury. Eva czyta z pasją mnóstwo książek, a Adam z uporem fetyszysty zachwyca się nowo nabytymi gitarami. Kiedy Adam podaje wampirzycy Gibsona, ta umie rzec za pomocą dotyku z czego jest zrobiony, a wszelkie stworzenia (jak choćby skunks, czy muchomor) nazywa ich łacińskim odpowiednikiem- dodając gromkie „How beautiful”. Eva ma także inne podejście do długowieczności: rozumie mechanizm tego świata, nie traktuje ludzi jak zombie i mimo wszystko stara się odnaleźć w tej ciemnej codzienności. W pewnym momencie zarówno Eve, jak i Adam snują się gdzieś na koncercie, albo siedzą zmęczeni, stanowiąc iście wizualną perfekcję.

Otóż taka wizja ludzi nocy mi pasuje. Gdybym miała do wyboru idealne loki „Pamiętników wampirów” i fryzurę Tildy, wybrałabym fryzurę Tildy. Podoba mi się też to, że mimo, iż zachowanie krwiopijców jest w dużej mierze poważne, nawet w chwilach podbramkowych wyjdą z tekstem dalekim od poezji (Adam nie raz wymówi słowo na k, albo nie omieszka powiedzieć  „Ale to draństwo jest brzydkie”). Dzięki temu dostajemy momenty autoparodii, jak na przykład fragment żeru, czy szybkie ruchy wampirów- niczym współczesne  serie telewizyjne.

Czy jednak sielankowa stagnacja będzie trwać wiecznie? Przerwie ją dynamiczna Ava, w wykonaniu Mii Wasikowskiej, która znów błyszczy jak za czasów  „In treatment” (polecam, zwłaszcza pierwszy sezon). Nie odpowiadają jej jednotorowe i nudne czynności Adama i Evy, w końcu przyjechała z L.A., które nie należy miast cichych. Tak więc Ava zamiesza w rutynie obojga kochanków- co trzykrotnie już brali ślub, bo chce wchłonąć energię i poczuć dreszczyk emocji. Oczywiście można się domyślić, że najmniej zadowolony z tej kwestii będzie Adam, a wszystko poprowadzi do konkretnego finału.

Wydaje mi się, że najgorzej sprawdza się końcówka filmu. W pewnym momencie można odczuć przeciąganie wątków, a produkcja nie do końca wie gdzie zmierza. To myślę jest największą wadą dzieła, bo skoro jest o kochankach, będących [jakoby] ostatnim bastionem  świata (wszak nawet Marlowe nie wyglądał tak zdrowo jak kiedyś), powinno być bardziej absorbujące.

Zatem dochodzimy do tak zwanej konkluzji. Tilda Swinton i Tom Hiddleston świetnie spisali się w roli dopełniających się ogniw, jedno jest bardziej praktyczne i wyrozumiałe, drugie skupia się na emocjonalnej pustce i (bez)sensie istnienia. Muszę też dodać, że charakteryzacja Adama niesamowicie przypominała mi Gary’ego Oldmana za czasów  „Sid and Nancy”.

Jeśli chcecie wiedzieć, czy da się upajać krwią i zaspokoić żądzę za pomocą instrumentalnej i wolnej narracji, wybierzcie „Tylko kochankowie przeżyją”. W końcu każdy z nas ma swojego wewnętrznego wampira.

Ps. Film jest przepełniony idealnymi  kadrami, ale tego chyba mówić nie muszę.

Wilczy apetyt.

Mieliście czasem tak, że napadała was niezdrowa chęć głodu? U mnie chwilami przejawia się to tak zwaną gastrofazą- gdzieś około północy, kiedy zapominam zjeść kolację (tak wiem, źle się odżywiam). Od dawna ludzie próbowali włożyć w mity pewne szaleństwa, czy niewyjaśnione zjawiska, stąd więc popularność wszelkich nadnaturalnych postaci jak chociażby Dracula, czy właśnie wilkołak. Z wilkołakami jest jednak tak, że ich prezencja w obecnej popkulturze (moim zdaniem) wychodzi jakoś cienko. Czy to „Zmierzch”- którego części widziałam jedynie 2 (a kolejną wyłączyłam w połowie), czy chociażby „Pamiętniki Wampirów”- zawsze te włochate bestie schodzą na dalszy plan, bo specjalnie nie zachwycają. Być może wiąże się to z naszym przywiązaniem do realizmu i przyzwyczajeniem do przedstawiania kreatur w bardziej humanoidalnej postaci (dlatego ja zawsze będę hołubić krwistym).

Nie mam zielonego pojęcia skąd wziął się u mnie pomysł nadrobienia filmu sprzed dwóch lat- czasem jest tak, że bez powodu trafiam na jakiś tytuł i BAM, siedzę przed laptopem na przemian skupiając się i kręcąc głową. Produkcja Joego Johnstona jest co prawda remakiem, ale ponieważ nie posiadam elementarnej wiedzy na temat jej poprzednika, pozostanę tylko i wyłącznie na krótkich pseudo-refleksjach. A jakie one były, dowiecie się za chwilę.

Wiktoriańska Anglia, rok xxxx. Lawrence Talbot, główny bohater „Wolfmana”, przybywa do zasuszonej posiadłości z powodu zniknięcia brata. Oczywiście nie jest tak, że kierował się rodzinnym sentymentem-jego przyszła szwagierka Gwen Conliffe, odnalazła go gdzieś w Ameryce i poinformowała o tym co się stało (Talbot w tym czasie spełniał się w karierze aktorskiej). Żeby mówić jaśniej- przejął się ową sprawą z powodu kobiety. Ale coś powoduje, że niechętnie wraca do dawnych wspomnień, by stawić im czoła- i nie tylko nim, już na pierwszy rzut oka widać, że L. ma bardzo skomplikowane relacje z ojcem. Wystarczy spojrzeć na otoczenie, w którym się wychował- ponure zamczysko, mgliste wrzosowiska, dziwne pogłoski o grasujących zabijakach. I tak się jakoś złożyło, że poszukiwany członek familii Talbotów okaże się być ofiarą tajemniczego mordercy. Dla jednych to robota zwierzęcia, dla innych demona, a nasz drogi Talbot junior postanowi sam dowieść kto przyczynił się do tragicznej śmierci brata. Niestety, w trakcie reaserchu, dociera do wioski cyganów, a tam…coś go użera. I na tym powinien skończyć się film. Ale się nie kończy, bo Lawrence, nie dość że bardzo szybko dochodzi do siebie, to w dodatku spostrzega, że wyostrzyły mu się zmysły. Tak moi drodzy- Talbot stał się wilkołakiem. No ale ktoś jeszcze musi nim być, skoro został przemieniony…

 Nie zdziwię nikogo, jeśli stwierdzę, że fabuła jest tu na maksa przewidywalna. Nie chodzi już nawet o to, jak kończą się losy samego Lawrence’a- kluczowe sprawy, mające prowadzić do wyjaśnienia zagadki, odkryć można już na początku filmu. Rodzinne tajemnice, związane z dawną śmiercią matki i demaskacja krwiożerczego zabójcy- no cóż, na tym pomyśle twórcy się chyba trochę przejechali (spoiler: spójrzcie na dom! Bardziej łopatologicznie się nie dało?). Jeśli chodzi o gamę postaci, to niestety- nawet jeśli zatrudnisz Del Toro (w fatalnej fryzurze rodem ze słynnego skeczu z Jasiem Fasolą, gdy tnie komuś włosy kładąc garnek), eteryczną Emily Blunt, Hopkinsa, czy Agenta Smitha ee to znaczy Hugo Weavinga, nie oznacza to, że udźwigną całość. Bo wiecie co najgorzej w tym wszystkim wypadło? Kreacja, tfu wygląd tytułowego wilkołaka- będącego skrzyżowaniem Wielkiej Stopy z gorylem i gremlinem. Tak więc wszystkie ujęcia, w których pojawia się nasz futrzasty osobnik psuje trochę odbiór dzieła- które staje się wtedy groteskową parodią (również z powodu scen, gdy nasz wilczek masakruje ludzi- te flaki to nie powód do przerażenia tylko czego innego). Główne starcie oponentów szału nie robi- dobra umówmy się, kiedy dwóch sztucznie zrobionych osobników naciera nie siebie niczym Power Rangers nie wiem wtedy jak powinnam zareagować. Na szczęście są również dobre strony dzieła- klimat, miejsce akcji (czyli ponura mieścina rodem z „Braci Grimm”), dużo błocka i lasów, oraz ciekawy motyw ze szpitalem psychiatrycznym. Końcówka produkcji zdaje się być niedoklejona- tak jakby twórcy nie bardzo wiedzieli w jaki sposób zwieńczyć historię. Muzyka zaś to skrzyżowanie „Draculi” Coppoli i czegoś jeszcze- co na pewno kojarzę, ale nie pamiętam z nazwy.

Cóż mogę powiedzieć na zakończenie o „Wilkołaku”? Jak dla mnie nie wykorzystano w pełni jego potencjału, godząc się na lekką wtórność, co niestety spowodowało, że produkcja jest jaka jest, a ja zaliczam ją do zwyczajnie średniej półki, z akcentem na obejrzeć i zapomnieć.

Festiwal freaków, czyli i Ty poczuj się spełnionym.

 O filmie Tima Burtona mówiono już wielokrotnie. Nie zadziwia liczba fanowskich rozczarowań, czy średnio pozytywnych opinii. Ja będąc osobą wysoce nie zorientowaną w temacie postanowiłam w końcu zabrać się za produkcję, której tytuł wyjątkowo kojarzył mi się z piosenką zespołu „The rasmus” (niech rzuci kamieniem ten, kto nie słuchał kiedyś Eski). I wszystko może byłoby całkiem znośne gdyby nie fakt, z jaką obsadą i reżyserką mieliśmy do czynienia.

Osiemnastowieczny bawidamek Barnabas Coliins (Johnny Depp), swoje miłosne podboje wspominać będzie jeszcze dość długo. Łamiąc serce Angelique Bouchard (Eva Green), nie przewidział, że tym razem słono za to zapłaci. Ta pani to bowiem nikt inny, jak żądna zemsty wiedźma, która zamienia naszego bohatera w wampira. Należy przy tym dodać, że w czasie owej tragicznej sytuacji ginie również ukochana Barnanabassa, Josette. Nasz bohater, zamknięty w trumnie prawie na dwieście lat, budzi się nieoczekiwanie  w 1972 roku. Mimo kulturowego szoku (Mc Donald’s jawi mu się jako Mefistofeles),odszukuje swych dalekich krewnych i próbuje w jakiś sposób z nimi egzystować. Barnabas poznaje również nową  guwernantkę domu Victorię, niesamowicie podobną do jego dawnej ukochanej. I tak, tak oczywiście, że Angelique też przebywa w Collinspot- równie niebezpieczna co niegdyś,w dodatku wciąż mająca za złe naszemu krwiopijcy dawne zażyłości.

Przyjrzyjmy się jednak bliżej bladolicym mieszkańcom ponurego zamczyska. Elizabeth Collins (doskonała Michelle Pfeiffer) to dość (nie)typowa pani domu, trzęsąca całą familią jak trzeba. Na jej barkach spoczywa odpowiedzialność za utrzymanie dzieci, plus nie zawsze świetnie się z nimi dogaduje. Jej córka Carolyn to podręcznikowy przykład dorastającej nastolatki, w stylu zbuntowanych dzieci kwiatów (do tego jej sposób mówienia przypomina nieco napaloną entuzjastkę blantów). Mały David, osierocony synek chciwego Rogera, swój czas spędza na sesjach z psychoterapeutką Dr Julią Hoffman. Jest jeszcze dość ekscentryczny woźny Willie i sporadycznie pojawiająca się starsza pani, lubiąca czyścić zakurzone przedmioty.

    Mimo wielu trudności, Collinsowie zawsze znajdują jakiś sposób na przetrwanie i wiedzą, że ze swoją przeszłością nie jest im łatwo żyć z zresztą świata. Dla mnie osobiście „Dark Shadows” jest właśnie filmem o odmienności- jego pierwszą reprezentantką jest zranioną Angelique, która nie umie okazywać swoich uczuć inaczej, jak przez kontrolę i manipulację. Elizabeth za wszelka cenę pragnie chronić swych najbliższych i nie cofnie się nawet przed zasztyletowaniem Barnabasa. Zaś sam główny bohater to zamknięty w skórze nieumarłego, przeklęty człowiek, który mimo wszystko sam przyczynił się do spowodowania takiego obrotu zdarzeń. Nie zapominajmy również o Vicky, którą rodzice za młodu wysłali do szpitala psychiatrycznego (swoją drogą odnoszę wrażenie,że większość wątków było mocno nie rozwiniętych).

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to dzieło Burtona błyszczy i ociera się o klimat rodem z gotyckich produkcji kina grozy. Muzyka jest bardzo mocnym dodatkiem- zwłaszcza „Night in white satin”, która do tej pory mi gdzieś tam szumi w umyśle. Szkoda tylko, że prawie na tym kończą się moje pozytywy.

Nie zdziwię nikogo, kto widział już film, jeśli powiem, że coś tu po prostu było nie tak. Czy to miała być komedia? Szczerze mówiąc momentów śmiechu nie uświadczyłam. Konwencja horrorów jest mi obca, więc pozostawiam to bez odpowiedzi. Ale jakaś głębia, czy tzw. czwarte dno zostało po prostu odsunięte na margines, tak jak miało to miejsce w „Alicji”. Jak wspomniałam już wcześniej, było parę ciekawych momentów, które niestety nie zostały przedstawione w sposób na tyle intrygujący by nie znudzić widza i nie powodować mocno przeze mnie tępionego deja vu. Ani tragizm wiedźmy, ani Barnabasa nie został na tyle wyeksponowany, by czuć się usatysfakcjonowanym.

Aktorsko najbardziej wyróżnia się Eva Green, iście perfekcyjna w ‚biczowatości’ swojej postaci. Pfeiffer udowodniła, że choć rzadko pojawia się teraz na ekranie, nadal potrafi mocno przykuć uwagę. Reszta specjalnie nie odstawała, ale jest jeden aktor, który dość mocno rozczarowuje. Tak. Johnny Depp. Wielki Johnny Depp, opłacany ze rekordowe ponoć garze, nie umiejący z siebie wykrzesać żadnej nowości. Nie będę się spierać czy jest najlepszym, czy najbardziej przereklamowanym aktorem świata, bo po pierwsze nie jestem ekspertem, a po drugie takie kwestie nigdy nie będą w stu procentach obiektywne. W każdym razie: nie było tak źle, ale mogło być lepiej. I to lepiej właśnie najmocniej boli.

Nie wiem czy mogę polecić „Dark Shadows”. Mimo, że ogląda się je dość dobrze, czuć po nich ewidentny niedosyt.