Dziwny przypadek Dona Blutha.

Na ten wpis wpadłam jakiś czas temu, ale jak to z pomysłami bywa- lepiej je podsunąć, niż zrealizować. Ma to również związek z faktem, że wszystko zaczęło się od koszmaru. Powiecie- każdemu zdarza się (od czasu do czasu) taki problem, ale hej- mi śniła się gigantyczna orka, rozwalająca lodowce. Jeśli nadal nie wiecie z czym będę się mierzyć, to wyjaśniam: chodzi o dziwny przypadek reżysera produkcji animowanych, który mimo ogromnego wkładu w me szczęśliwe dzieciństwo, spowodował pewne traumy, które tu przytoczę.

Pamiętam jak dziś fragment umieszczony na jednej z kaset wideo: Don Bluth, twórca wielu Disney’ owskich bajek, przedstawia opowieść o Królestwie Trolli. Co ciekawe, ów film jest chyba jedynym, którego nie widziałam w całości. Ten okres kojarzy mi się przede wszystkim z przedszkolem i noszeniem podpisanych kaset do placówki. Dzięki mnie reszta dzieciaków mogła cieszyć się oglądaniem „Calineczki”, czy „Zakochanego Pingwina”. Mimo tych pozytywów są kwestie, które do tej pory spędzają mi sen z powiek, jeśli chodzi o twórczość Dona Blutha. Ów wstęp jest istotny, ponieważ pragnę podkreślić mój względny szacunek do autora- nie mam tu na celu mieszania jego działalności z błotem.

qszoxpurfa_o
A jak znajdę kamyk zaśpiewam 50 piosenek…

Taki musical- nie wiem, czy oglądaliście tę samą wersję „Jak poślubić milionera” z Marilyn Monroe, ale w mojej film otwierał kilkuminutowy wstęp. O ile mogę zrozumieć ideę orkiestrowej wstawki, o tyle uważam, że trwała ona o połowę  za długo. Odliczałam moment, w którym (w końcu) opadnie czerwona kurtyna i będę cieszyła się projekcją. To samo zgrzytało mi odnośnie produkcji Dona Blutha, czego sztandarowym przykładem będzie „Zakochany Pingwin”. To naprawdę nie jest tak absorbujące, kiedy miast historii wciskają ci przeciągniętą w czasie jedną (!) piosenkę, przeplataną  [żywymi] nutami, oraz brakiem ważnych informacji. Owszem- dowiedziałam się, że Marina, czyli najpiękniejsza pingwinka kolonii, chce wziąć ślub z kimś kogo kocha i nie zależy jej na kamieniu, ale naprawdę- są pewne granice, a poza tym, wszystko można przedstawić nieco mniej dosłownie. Co ciekawe, „Calineczka”, oraz „Anastazja” nie spowodowały we mnie podobnej reakcji.

Original_Sharptooth
„Z dinozaurem rock and rolla chętnie bym wykonał…”

Straszni przeciwnicy- to chyba najistotniejszy punkt biorąc pod uwagę przytoczoną orkę. Bałam się jak nigdy, gdy Hubie i Rocko* (jak ja lubiłam tę postać) uciekali przed waleniami, zachowującymi się niczym bohaterowie serii „Szczęki”. Do tego naszych pingwinów czekało również starcie z morskim lampartem, który próbował wbić się w kategorię monstrum roku. Jednak najbardziej przerażającą postacią ze wszystkich będzie dla mnie tyranozaur Ostrozęby z „The Land Before Time”, oraz Książę Sów grający Beethovena [1:00- 2:41] w „Powrocie króla Rock and Rulla” (kocham to tłumaczenie :D). Pierwszy przypadek jest wiadomy- ogromny dinozaur próbujący skonsumować grupkę małych mu podobnych; w drugim mamy do czynienia z władającym magią ptakiem, który jest tak straszny, jak tylko potrafi być całkowity brak słońca.

Downloaded from Ospreygraphix.com

Mania wielkości- odnoszę wrażenie, że autor celowo większość filmów osadzał w zwierzęcym uniwersum. Wystarczy wspomnieć gigantyczne, dziwne i nierealistyczne wzgórza w „Powrocie króla Rock and Rulla”, czy też zagubienie małej myszki Fievela w „Amerykańskiej opowieści”. To co dla nas wydaje się niewielkie, dla będących pod opresją gryzoni stanowiło życiowy tor przeszkód- co zresztą podkreśla scena sztormu w przytoczonej wyżej „Opowieści”. Fievelowi bowiem wydaje się, że ma do czynienia nie z wodą, tylko jakimś iście diabelskim stworem, spychającym toń na statek emigrantów. W tym momencie przypomina mi się również władca piekieł śniący się Charliemu z „Wszystkie psy idą do nieba”: znów ktoś nie ma dokąd uciec, a jak dołożymy do tego ogromnego aligatora, rysuje się pewna spójna wizja. To samo dzieje się w „Calineczce”- jak nie ropucha, to jaskółka (naliczyłam drugą tego typu postać, inną był pomocny ptak z „Amerykańskiej opowieści”).

1215456_1368148836547_full
Jedna z najsmutniejszych scen.

Koszmar minionej kulminacji- kolejna ciekawa kwestia, związana z tendencją do wyciągania bestii z szafy. Nie wiem jak reszta, ale osobiście bardzo przeżywałam moment ślubu Calineczki z Kretem, gdy idąc przez [prowizoryczny] ołtarz, dziewczyna wyobraża sobie chwile z księciem Korneliuszem. Jej zachowanie wydaje się momentami psychotyczne, a cała sytuacja zaiste okrutna. Jak jeszcze weźmiemy pod uwagę, że Calineczka przez ten czas funkcjonowała pod ziemią, ciesząc się tylko opieką nad Jacquimo robią się minimalne ciarki na plecach. Oczywiście pomysł ten został zaczerpnięty od Andersena, ale nie wyobrażam sobie innej wersji tej baśni. Dalej: przypomnijcie sobie zautomatyzowaną Mysz z Mińska, czy Księcia Sów, który rośnie tak wielki, że sięga do samego nieba. Smutno mi się też robiło, gdy Fievel myślał, że zostanie już na zawsze w sierocińcu. Z innej beczki- całkiem niecodzienny był też pojedynek Anastazji z Rasputinem i jego mroczne wołanie w labiryncie.

5282182105_9daa7a056f

Zdrada- w paru dziełach mamy również do czynienia z postaciami, które ukrywają swoje prawdziwe intencje. To dość ciekawa koncepcja, ucząca realiów życia. Mamy więc dajmy na to kota, który przebierając się za mysz „próbuje” pomóc Fievelowi, a tak naprawdę bierze go na tanią siłę roboczą. W „Królu Rock and Rullu” reżyser Lis chce wycisnąć ze sławy koguta Chanteclaira jak najwięcej, wmawiając mu, że zwierzęta z farmy go nie lubią. Podobnie działa też Mysz z Calineczki, chcąca przekonać bohaterkę do ożenku z Kretem (za drobną opłatą). Mimo tych pouczających wątków, często odnosiłam wrażenie, że bohaterowie non stop narażeni są na niebezpieczeństwo i drżałam o ich losy.

 *i nic dziwnego, okazuje się, że dubbingował go niezawodny jak zawsze Jarosław Boberek

Overachiever, czyli polecamy filmy.

Albo raczej kontynuujemy łańcuszek, który pozwala wyodrębnić tytuły niekoniecznie wliczające się do klasyków gatunku/listy filmów, które należy obejrzeć przed śmiercią (swoją drogą część tychże produkcji spłynęłaby po mnie jak po kaczce). Kategorie dobrałam wedle swych pokrętnych upodobań.

Muzycznie– tam gdzie królują dzieła typu „Control”, czy biografia Jima Morrisona (to jednak niesamowite, jak teraz słuch zaginął o Kilmerze) „Sid and Nancy” wyróżniają się na ich tle z kilku względów. W czasie, w którym nadrabiałam tę produkcję przeżywałam swoją fascynację punkiem, jego subkulturą, no i przede wszystkim twórczością Gary’ego Oldmana. Ten film chłonie się głównie uszami nie tylko z powodu użycia melodii charakterystycznej dla nurtu lat 70.- vel trzy akordy, darcie mordy, ale również dzięki klimatycznej, nieco snującej się ścieżce dźwiękowej. W pamięć zapada tutaj przede wszystkim utwór Joego Strummera [polecam Wam jego występ w niejakim „Mystery Train”], genialna, powtarzam genialna kreacja wspomnianego już Oldmana, no i klimat: dobry, brudny, pozbawiony ceregieli, czy też ugładzonych treści. Sid i Nancy są burzliwi i irytujący jak trzeba, szkoda, tylko, że nie Courtney Love przypadła rola głównej postaci kobiecej.

Cudnie teatralnie– czytaj „Tramwaj zwany pożądaniem”. Tego typu dzieła rozpatrzeć można na wielu płaszczyznach. Jeśli obejrzycie tę produkcję na różnych etapach swojego życia, możliwe, że zmienicie zdanie co do Blanche i Stanley’a: dwóch biegunów, żyjących na odmiennym poziomie mentalnym. Film  polecam nie tylko dlatego, że jest swoistym klasykiem, ale głównie z powodu ograniczonego miejsca akcji. Warto czasem zobaczyć, jak odbierze się podobny zabieg. Jeśli ta rzecz was nie przekonuje mogę dodać, że w „Tramwaju” mamy do czynienia z pojedynkiem dwóch stylów aktorskich: przesadnie teatralnego (Vivien Leigh) i stricte naturalnego (Marlon Brando).

Niesztampowo o miłości– zanim książka o niejakim Szarym zaczęła świecić tryumfy na półkach, powstał film będący opowieścią o podobnej tematyce. „Sekretarka”, bo o niej mowa początkowo odrzucała mnie plakatem, który sugerował coś zupełnie innego. To co Maggie Gyllenhall z Jamesem Spiderem prezentują na ekranie jest godne najwyższych pochwał. „Sekretarka” jest bowiem produkcją, która swoją siłę czerpie ze scenariusza, dobrze splecionych dialogów, no i przede wszystkim chemii dwóch głównych postaci. Sam film odczytać można nie tylko jako opowieść o tym, że każdy ma szansę na miłość i znalezienie bratniej duszy. To jest przede wszystkim o tym, żebyśmy nie bali się być sobą.

Dla nastolatków– kiedy ujrzałam kawałek dzieła, będącego nieudolną kopią „Więcej czadu”, wiedziałam, że powinnam polecić produkcję z Christianem Slaterem. Jest w niej coś autentycznego, nie wiem czy to kwestia gry aktorskiej, czy tego jak poprowadzono tę historię. Mogłam utożsamić się z protagonistą i nie było tutaj podkoloryzowanych sytuacji. Ile razy wałkowano kwestię segregacji ludzi w klasie nie wymienię- już wolę obejrzeć „Filipa z przyszłości” i wspomniany „Czad” (ok, polskie tłumaczenie wydaje się dziwne).

Rysunkowe- pomyślałam o produkcji, która nie jest znana, odnosi się do średniowiecznych opowieści i zawiera przyjemną ścieżkę dźwiękową. Z początku „El Cid” raził mnie swą specyficzną kreską, ale się przyzwyczaiłam. Przyznam też, że za pierwszym razem intryga wydawała mi się dość skomplikowana, bo nie pamiętałam imion wszystkich postaci. Ale odnosząc na bok tę dygresję spokojnie możecie zerknąć na animację, skupiającą się na losach kastylijskiego rycerza.

Film, który jest obrazem- ostatnimi czasy okazało się, że lubię malarstwo epoki romantyzmu. W ten sposób do głowy przyszło mi polecenie remake’ u Herzoga, który podoba mi się z kilku powodów. Po pierwsze jest niezwykle oniryczny, i choć brzmi to jak wyssany frazes, w kontekście owego tytułu sprawdza się wyśmienicie. Po drugie, jak możecie się domyślać jest żywym obrazem, posiada cudowne kadry i ma się wrażenie obcowania z (sensualną) sztuką. Oczywiście próbowałam co nieco naskrobać o tejże produkcji, ale bardzo dawno temu i raczej po łebkach.

Wielki miszmasz- połączenie kina drogi z współczesną plastyką. Oto „This must be the place”, nie takie znowu stare dziecko Paolo Sorrentino. Film poza fantastyczną kreacją Seana Penna, zawiera dobre ujęcia i historię, spinającą dramat, humor i groteskę. Mamy więc podstarzałego muzyka, który intonuje frazy w sposób wolny i podróż do wnętrza siebie z nieśpieszną, acz kompletnie nie wadzącą mi (w tym wypadku) narracją.

Studium psychologiczne-  to trochę zabawne, że w tym zestawieniu pojawia się dzieło Cronenberga. „Pająk” to tytuł, który wybija się na tle tematyki ze względu na (intrygujący) zabieg, jakim jest przemykanie między wspomnieniami. To tak jakby ktoś znalazł się w Myślodsiewni z „Harry’ego Pottera” i był świadkiem wszystkich wydarzeń pod postacią zjawy. Zresztą co nieco wspominałam tutaj.

Z Szekspira– pomyślałam najpierw o „Hamlecie” w wykonaniu Mela Gibsona, ale do głowy przyszła mi inna produkcja zza Wysp. Mianowicie „Poskromienie złośnicy” z 2005 roku, czyli telewizyjna wersja retellingu sztuki. Jest ona o tyle zacna, bo Shirley Henderson i Rufus Sewell mówiąc kolokwialnie robią ten film, a scena w której Petruchio chodzi w damskich kozakach jest jedną z mych ulubionych.

Sci-fi bądź kino akcji- pierwszą część trylogii „Blade” warto nadrobić chociażby z jednej przyczyny. Nie ukrywam, że chodzi tu o kultowy fragment z napisów początkowych, prezentujący scenę w klubie. Utwór New Order, zmiksowany w dziesięciominutowe techno to jedna z tych rzeczy, które pamięta się na długo. Poza tym uważam, że Stephen Dorff świetnie spisał się w roli przeciwnika naszego Łowcy Wampirów.

Szósty karnawał blogowy.

Próbuję udawać, że tego miesiąca nie było.

Közi in Malice Mizer

1. 10 powodów, by poznać i polubić Milesa Moralesa– bo ja już go polubiłam.

2.Żywot kościeja pracującego– kocham te nostalgia tripy w grach przygodowych.

3. Why Michael Keaton Lost: The Academy Doesn’t Love Comeback Stories– ciekawy artykuł, odnoszący się do powrotów przed Oscarowe reflektory. Zapewne większość z Was zwróciła uwagę na przemówienie Patricii Arquette odnośnie równości płac (i nie tylko), ale ja chciałam ową ceremonię ugryźć z nieco innej strony.

4. Momenty były? No, były.- dzięki tej recenzji wiem już, czym jarało się ileś tam milionów osób. Nie jest dobrze.

5. Blog Roku. Garść przemyśleń wokół tegorocznej edycji– bo ta kwestia jest co najmniej zastanawiająca.

6. Etyka krytyka nie tyka?– czyli jak w tytule. Bonusowo polecam też tekst o pierwowzorze „Kaguya- hime no monogatari”.

7. Na koniec: jeśli nie wiecie co powinniście nadrobić, zajrzyjcie do wpisu Malwiny o „Rzymie” (którego to serialu notabene jeszcze nie widziałam).

Top: najlepsze teksty z „Kapitana Pazura”.

nathaniel_j__claw_by_olku_san-d73jxa3
http://olku-san.deviantart.com/art/Nathaniel-J-Claw-429231675

Dziś opowiem wam o grze, która powoduje większe stany ekscytacji, niż ucieczka przed Susarro. Mowa tu o „Kapitanie Pazurze”- dwuwymiarowej platformówce, osadzonej w klimacie odkryć geograficznych. W tym wypadku konflikty na morzach przedstawiono w wersji animalistycznej. Nasz protagonista to bowiem nikt inny, jak właśnie kot pirat mający na pieńku z psią arystokracją (choć nie tylko- mam wrażenie, że poniekąd obcujemy z jakąś zmiksowaną alegorią Hiszpanii). A ponieważ miesiąc ten jest wyjątkowo nieciekawy, postanowiłam zacząć od czegoś luźnego i przedstawić najciekawsze w mym mniemaniu teksty z tytułowej gry. I hmmm…spoilery?

Nie potrzebuję więcej ćwiczeń- czyli subtelne zasugerowanie, że skoro odbijasz się już piąty raz na jednej roślinie, dobrze byłoby (w końcu) dostać się na lianę powyżej. Ów etap wywoływał we mnie lekkie stany irytacji, zwłaszcza jeśli chodzi o zielone błocka, czyhające za znikającymi półkami.

claw14Ej, ty tam!- czyli zauważył ciebie typ spod ciemnej gwiazdy, rzucający krwiożerczymi nożami. Przy okazji jest buldogiem i uwielbia bekać, demonstrując przy tym swoją władzę w tej lokacji (choć i tak najgorsze były myszy ciskające bomby).

31803110520111128200429Wypchaj się- najlepszy tekst, jeśli chcemy pokazać jak bardzo ignorujemy przeciwnika. A nawet jeśli będą nas kłuli swymi szlacheckimi szablami nie poddamy się i trafimy ich z naszego ulubionego pistoletu. O ile rzecz jasna mamy odpowiednią ilość naboi.

captain-claw-2Tej ścieżki nie ma na mapie- niestety, nie każdy podwędzony przez nas przedmiot będzie w stu procentach użyteczny. Znaczy, zabrałeś(aś) mapę skazańcowi, który prawdopodobnie ześwirował, więc możliwe, że nie zawarł w swych zapisach właściwych detali. Tak naprawdę chodzi o to, że twórcy bawili się w subtelny trolling, żeby czasem nie było za nudno (niektóre plansze to swoiste labirynty).

tararaMartwe koty nie gadają- nie wiem czy istnieje coś bardziej przerażającego od ogromnej czaszki, która mówi poruszając żuchwą. W owej scenie znajdujemy się na Wyspie Piratów, co w właściwie sugeruje, z kim będziemy mieli do czynienia. Na przykład z psem kuternogą, obracającym się niczym kula do gry w kręgle (to jego sposób ataku).

maxresdefaultCo za zgniły smród- odpowiednia intonacja i już wiesz, że popadniesz w niełaskę podziemnego króla płazów (?). Przyznam, że gdy chcę podkreślić, iż w danym momencie nie odpowiada mi woń w pomieszczeniu stosuję ten cytat.

captainclaw_003-largeKurcze, ale jestem przystojny- w lokacji numer 12 Pazur spotyka nie tylko ogromne trzęsienia ziemi, lecz również postaci wzorowane na powszechnej mitologii. W chwili, gdy syreny używają swojej broni- czyli głosu powodują, iż nasz bohater zamiera w bezruchu i tracimy całkiem sporą liczbę życia/HP.

Claw_7Ty stara łajzo- tym razem odwracamy sytuację i jesteśmy obrażani przez pewnych szermierzy. Jest to druga z moich ulubionych planszy (zaraz po Townships vel Miasteczku), bo sprawia najwięcej frajdy. Oczywiście może być to też spowodowane rodzajem designu będącego mocno w moim guście. Mamy zatem trochę portowych określeń („Będziemy robić za flaszkę?”), oraz elementy industrialne (ścieki, kanały, nietypowe mazie).

Claw_PC_ingame_17Haha,  mrożący miecz/Magiczny Pazur- jeśli masz Mrożący Miecz możesz przez 15 sekund być nieobliczalna(y). To samo dzieje się w przypadku niezwykłej zdolności przedstawionej na tymże obrazku.

Captain Claw Game.www.RaiShahnawaz.COM (7)Cholerne ptaszyska- to jedne z najbardziej zamierzonych, drażniących nad miarę przeciwników. Mewy w tym wypadku nie tylko latają nad twoją głową (i skrzeczą), ale przede wszystkim spychają z obiektów. Co ciekawe, twórcy nie wpadli na pomysł, by użyć odchodów jako broni do ataku.

Piąty karnawał blogowy.

Czyli w oczekiwaniu na ocieplenie.

http://itchyworms.deviantart.com/art/Venetian-mask-50402930

1. Popkulturowy nadmiar opinii, czyli kiedy w głowie robi się papka– gdybym weszła na swoją dawną bloglorkę, większość wpisów prezentowałaby się mniej więcej tak: „Birdman”, „Whiplash”, „Foxcatcher”, „Teoria Wszystkiego”, „Foxcatcher”, „Birdman”, „Teoria”, „Whiplash”, gimme moore. Nie to, żeby mnie nigdy nikt nie wyrzucił ze swojej magicznej listy. Ale wy wiecie co ja na to.

2. Coś się kończy, a ja tego nie lubię (pierwszy raz jest najważniejszy)– kolejny post, który zbiega się z moimi (pop)kulturalnymi problemami. Nie jestem w stanie oglądać dajmy na to serii X, bo nie zakończono w niej sagi, a spotykanie cliffhangerów nie należy do moich ulubionych doświadczeń. Tak samo było z którąś z kolei mangą, wydawaną na bieżąco i strasznie drażniło mnie oczekiwanie na ciąg dalszy. Podobnie zresztą dzieje się z fabularnymi serialami (właśnie, kiedy ja ostatnio widziałam jakiś serial?).

3. Do piekła na lewo, czyli w paru słowach o As Above, So Below– nie sądziłam, że tak dobrze będzie mi się czytało o  jakimś horrorze. Plus jedyne found footage z jakim ostatnio miałam do czynienia pojawiło się bodaj w „Epicentrum”.

4. Jakim jesteś kibicem (Oscarowym)?– lubię tego typu pomysły na wpis. Jestem Chciejką. Duży plus dla Myszy za końcową refleksję.

5. Viggo Mortensen o słabościach filmowego „Hobbita”– temat adaptacji Tolkiena lata mi generalnie koło ucha, ale zaciekawiło mnie spojrzenie z perspektywy aktora.

6. Gdyby Prusy (i spółka) wygrały I wojnę…– jak w tytule.

7. Nie jesteś tym, co robisz – czyli o improwizacji.

Kruk przyniesie ci szczęście.

038„Hellsing” na środkach uspokajających połączony z „Vampire Princess Miyu”. Czy istnieje tytuł, który może się wpasować w ten opis? Dla mnie będzie nim „Witch Hunter Robin”- anime, o którym słyszałam już dość dawno temu. Jak zatem się stało, że zaczęłam je oglądać? Po prostu przeważył impuls. To był dzień, w którym przeglądałam rzeczy vel produkcje w moim guście i portal polecił mi wspomnianą Łowczynię. Potem przypomniałam sobie artykuł w „Kawaii” ze stycznia 2003 roku, gdzie okładkę zdobi główna bohaterka. Pozytywny wydźwięk tamtejszej recenzji też był tu istotny (choć pamiętam, że dość mile ci autorzy wspominali serial ze zwrotką „Ach, swędzi mnie tyłek, bo jestem dziewczyną”). No i poszło. Jeden, drugi, trzeci, ósmy odcinek w ciągu jednego dnia. I było mi mało.

Powiem szczerze: dawno nie spotkałam się z tak elektryzującym openingiem. Gitarowe akordy przemieszczają się w niepewną mgłę i przed nami jawi się dziewczyna siedząca w pokoju. Ona się właściwie snuje. To dopasowanie smętnego nastroju do nut i oświetlenia (a raczej jego braku) jakoś na mnie podziałało, a może nie jestem obiektywna względem podobnych konwencji. Nie dajcie się jednak zwieść, nie mamy tu do czynienia z bajkową historią miłosną.

Wszystko śledzimy z perspektywy piętnastoletniej Robin Seny, byłej mieszkanki Włoch wychowywanej w środowisku klasztornym. Przybywa ona do tajnej, japońskiej organizacji STN-J, zajmującej się zwalczaniem Witchów. Witchowie to ludzie o nadnaturalnych zdolnościach, którzy używają swych umiejętności (głównie) do złych celów. Tak więc STN wpierw zamieszcza zasadzkę na tych delikwentów, a następnie ich do siebie zbiera. Warto dodać, że takie działania są bardziej humanitarne, niż te pochodzące z kraju Robin- która jest zdziwiona, że „nie zabijają”.

Sena nie jest jednak zwyczajną osóbką, ale nastolatką obdarzoną nietuzinkowymi zdolnościami. Włada bowiem mocą ognia nazywaną Craftem, co budzi niepokój jej nowej ekipy. Właśnie, skoro o ekipie mowa, nie jest tak, iż przyjmą naszą bohaterkę z otwartymi ramionami. Najpierw zignorują jej obecność i będą strofować, mimo, iż nie miała do czynienia z tutejszymi zasadami. Kwintesencją tych zachowań będzie nowy partner Robin- Amon, który chodzi chmurny i naburmuszony niczym Sasuke Uchiha. Mimo tych niesnasek Robin stopniowo aklimatyzuje się w nowych warunkach i znajduje wspólny język z grupą.

Czego w tym anime nie ma? Są ci-którzy-zawsze-stali-nad-policją, zjawy, pistolety, pościgi, mistyczne klimaty. Sam strój Hunter Robin przypomina skrzyżowanie XIX wiecznej mody z gotykiem współczesnym. Dominuje pogląd, iż stworzono jej kreację na lolitę, acz ja takiego wrażenia nie odniosłam. Wszyscy członkowie sekcji specjalnej noszą również płaszcze, by być bardziej tajemniczym (patrz: Blade), a do tego seria składa się z paru sztampowych zabiegów. Mamy więc standardowe dochodzenie tygodnia, narwanego młodziaka, komputerowca i postać dodającą więcej luzu- jaką jest Doujima. Ale mimo, iż odcinki zdają się zupełnie odrębnymi historiami, nie jest tak, że nie spajają się w konkretną całość.

 Na sam przód wysuwa się relacja między Robin a Amonem, co na szczęście nie zostało sztucznie zdynamizowane. Dystans zmienia się we wzajemne zaufanie- chociażby przy okiełznaniu mocy, a bohaterowie z czasem ukazują swą wrażliwszą stronę. Warto dodać, że niekiedy i działania Witchów są podyktowane właściwymi pobudkami (np. epizod z doktorem), bądź zemstą na okrutnym traktowaniu. Wątki moralne są zatem odpowiednio nakreślone. Co do Robin Seny- od razu polubiłam tę postać, dlatego, że odbiega od schematu energicznej nastolatki. Jest introwertyczką, trochę zagubioną zważywszy na to, iż był to jej pierwszy (samotny) wyjazd do innego kraju. Do tego posiada ogromne zdolności empatyczne, co podkreśla odcinek z bezdomnymi, czy chłopcem zamykanym przez wujka alkoholika. Jednak w niektórych momentach Robin zachowuje się jak na wiek przystało, będzie spontaniczna i dowodzić swoich racji za pomocą intuicji.

Animacja WHR stoi na wysokim poziomie. W serii dominuje tabela szarości, większość scen jest ciemnych, tudzież przygaszonych. Dodatkowo podobało mi się wprowadzenie leciutkich grymasów u postaci. Na przykład u Robin od czasu do czasu pojawia się maleńki uśmiech, bądź zadarcie nosa, co sprawia wrażenie naturalnej reakcji. Co do odcinków: jest ich 26 i stanowią kość niezgody wśród niektórych widzów. W sieci przejawiają się krytyczne komentarze odnośnie zbyt dużej ilości epizodów, czy też powolnego zawiązania akcji. Wiece co? Ja tę serię kupiłam i to w pełnym pakiecie. Właśnie to moim zdaniem wyróżnia „Witch Hunter Robin” od innych tytułów, że ma momentami dość niespieszny punkt ciężkości. Jak to zresztą z podobnymi produkcjami bywa, pod koniec uświadczymy obiadu z plot twistów, które nawiasem mówiąc stanowią ciekawe zwieńczenie historii.

Czy zatem polecam „Witch Hunter Robin”? Na pewno nie wszystkim. Jeżeli lubicie serie przypominające klimat skandynawskich kryminałów i rzeczy nie z tego świata, możecie dać mu szansę.

Obnażenie

Gdybym była zmuszona ocenić kino gatunkowe na podstawie jednego filmu, stwierdziłabym, że Włosi są mistrzami estetyki. Skupianie się na detalach, chłonięcie obrazu, dźwięków to rzeczy, które przychodzą na myśl po seansie „Konesera”. Po raz pierwszy od dawna siedziałam po prostu wbita w fotel (a właściwie krzesło), mając gdzieś otaczające mnie środowisko. Lubię tytuły, które trafiają w moje gusta, poniekąd mnie zaskakują swoją formą i zaplanowaną treścią. Co więcej, ta opinia jest prawdopodobnie najbardziej entuzjastyczną w tym miesiącu.

O czym jest film? Niektórzy mówią, że przewidywalnym ciągiem zdarzeń. Tylko, że „Koneser” nie jest po to, aby bawić się w zagadki Holmes’a. To festiwal barw, świetnej gry aktorskiej, a przede wszystkim udany flirt z widzem. Giuseppe Tornatore nie stara się konstruować skomplikowanej nad miarę historii, tylko uderzać w nasze zmysły i emocje. Tak przynajmniej sądzę.

Virgil Oldman to samotny entuzjasta sztuki. Mając kilka lat na karku, wyrobił sobie nie tylko renomę [świetnego] znawcy, ale przede wszystkim stał się szanowany w gronie koneserów. Pracując jako licytant, idealnie porusza się w odczytywaniu tajemnicy kryjącej się za dziełami. Ba, umie dowieść, iż dane płótno było podrobione przez innego twórcę. Fetyszyzm, to chyba najlepsze określenie ulubionych czynności Virgila- który miast spędzać czas na spotkaniach towarzyskich, woli dotykać malunków, nie rozstając się przy tym z parą rękawiczek. Dla Oldmana te przedmioty wykraczają poza zwykłe rozumienie rzeczy, on je mówiąc prosto woli bardziej od większości ludzi. Tyle, że do czasu.

Bo oto pojawia się w tym jakże niemisternym życiu osoba, która wzbudza w Virgilu odmienne uczucia. Nie zna wpierw jej twarzy, nie wie jakim jest człowiekiem, wie tylko, że zleceniodawczyni nazywa się Claire i cierpi na agorafobię. To z początku bardziej denerwuje naszego Virgila, który wszak poważnie traktuje swą profesję (kto lubi czekać 40 minut na omówienie spraw biznesowych). Jednak stopniowo zaczyna się interesować „problemem” klientki, ona go zafascynuje tym, że jest tak odmienna od reszty. Siedząc więc za pięknie udekorowaną ścianą Claire przesyła Virgilowi instrukcje odnośnie wyceny i bardzo szybko znajduje z nim więź. To jednak zalążek wysublimowanej treści, a raczej igraszki, która poprowadzi do mocnego finału.

To, co Geoffrey Rush prezentuje przez ponad dwie godziny filmu jest godne najwyższych nagród. Obserwując zmianę zachowań Virgila i rozwój obsesji, byłam w stanie poczuć jego zawrót głowy. Rutyna zamienia się w skok na prawdziwe wyzwanie, jakim dla niego jest poszerzenie relacji z Claire. Oboje też mają częste wahania nastrojów i zdawać się może, że wywrócą swą dotychczasową egzystencję do góry nogami. Może Oldman przestanie obmawiać z Billym co ma mu sekretnie zlicytować, może zaufa radom młodego konstruktora, któremu się zwierza. A co samą Claire, którą Virgil stara się przez cały czas mówiąc prostacko oswoić? Czuć tutaj przełom i stopniowy wzrost napięcia, co podkreśla zresztą punkt kulminacyjny.

Uwielbiam w tym dziele to, że jest swoistą ucztą. Jeśli tak jak ja macie sentyment do ładnych widoków, jestem przekonana, że raczej na pewno film was nie zawiedzie/zawiódł. Począwszy od przepięknych malowideł kobiecych postaci- z różnych epok, na szykownych miejscach kończąc, wchodzimy w wyselekcjonowany świat oryginalnych charakterów. W pewnym momencie Virgil jest wręcz obnażony ze swej intymności, każda obawa, czy przypływ emocji, jakiemu (chcąc nie chcąc) się poddaje wymyka się spod kontroli. Chwilami miałam nawet wrażenie, że coś mu się stanie, że będzie jak ten Stanisław Wokulski, u którego kumulacja uczuć pękła w późnym wieku. Virgil traci swoją maskę, staje nam się bliższy, a może po prostu ktoś wiedział jak na niego wpłynąć.

Kolejny ton pochwalny idzie w stronę Sylvii Hoeks, odtwórczyni roli Claire. W swej kreacji jest zarówno przekonująca, jak i podejrzliwa, raz spokojna, a za dziesięć minut wpada w szał. To naprawdę jest trudne zadanie, by pozostać autentycznym w swej psychozie. Uroczo zalotny jest także Jim Sturgess- para wynalazca i można powiedzieć, że fan wiekowych trybików. Trio dopełnia świetny jak zawsze Donald Sutherland („Obywatel X”!), a klasyczne nuty Ennio Morricone zdają się płynąć w tonacji skrzypcowej. Mój ulubiony utwór, stanowiący muzyczne podsumowanie dzieła to „Volti e fantasmi”, ponieważ zawiera wszystkie wzloty i upadki Virgila.

Tak, przyznaję, obejrzałam tę produkcję stanowczo za późno. Ale to co z niej wyniosłam było dla mnie przyjemnością konesera.

Ps. Zdjęcia + scenografia to dla mnie mistrzostwo świata.

Czwarty karnawał blogowy.

Ostatnio nie miałam weny i czasu na pisanie notki. Ale obiecuję poprawę (plus nie spodziewajcie się rocznego podsumowania, bo zostałoby one skwitowane stwierdzeniem „znowu zaczęłam oglądać te animy”).*

http://vida-estilo.estadao.com.br/blogs/sem-retoques/amor-de-carnaval/

1. „Shingeki no kyojin” po polsku– post co prawda nie pochodzi z tego miesiąca, ale wiąże się z mym nadrobieniem „Attack on Titan”. I choć bardziej do gustu przypadła mi kreatywność fanów (powinnam zrobić notkę o shipach, ale oczywiście nie potrafię), nie mogłam pominąć tej serii w swoich odnośnikach.

2. Salantor ma problem z „Power Rangers”– a mi się ten tekst ciekawie czytało.

3. Na poświąteczne/około świąteczne refleksje zapraszam do notki Myszy, a sama idę zjeść czekoladowego Mikołaja.

4. Nie ma miesiąca bez postu o animacji, zatem czas na tekst powiedzmy, że disney’owski.

5. Fatale: Śmierć podąża za mną– czyli to co w nawiasie.

6. Tu polecam wpisy [1,2] o aktorkach tak zwanej starej (złotej?) ery Hollywood nie tylko pod kątem ich wizerunku.

7. Czy polski wynalazca wyprzedził braci Lumière? – vel o ruchomych obrazkach.

*poza tym prawie złamałam dolną kończynę [z powodu własnej głupoty] i trzymanie laptopa na nogach, jak to zwykle robię, bywa dość uciążliwe

Ten niezręczny palec.

Pokazanie środkowego palca to całkiem ciekawe zjawisko. Kojarzy się nie tylko z symbolem totalnej frustracji, ale też krucjatą przeciw konwenansom. Nie bez powodu w końcu wiele gwiazd muzyki/filmu często wyraża w ten sposób swój stosunek do (chociażby) paparazzi. W dzisiejszym odcinku zrobię krótki przegląd moich ulubionych środkowych palców ukazanych w popkulturze.

1. Molly Ringwald w „The Breakfast Club”– kiedy uważana za reprezentantkę wyższej klasy społecznej Claire, kieruje ów manewr do niegrzecznego Bendera, w mej głowie pojawia się zawsze cień uśmiechu. Połączenie elegancji, sushi z obscenicznym gestem, jest genialnym kontrastem do pozy, którą przyjmuje bohaterka  filmu.

2. Jennifer Lawrence w „Silver Linings Playbook”– można się spierać co do trafności nagród Akademii, ale to co Lawrence prezentuje bodaj w połowie fabuły jest genialne. Kiedy Tiffany wybucha przy spotkaniu z Patem, jej środkowe palce wędrują w tanecznych podskokach, a napięcie wzrasta z każdą minutą.

3. Keanu Reeves w „Matrixie”– na pytanie o współpracę z szemranymi personami w garniturach, Mr Anderson wyraża swym gestem więcej niż tysiąc słów. Co w jakimś stopniu ukazuje jego rebeliancką postawę. Ten fragment bawi mnie również z tego powodu, że na starej płycie DVD ów moment przetłumaczono na: „To może pokażę wam palec”. Jako dziesięciolatka nie bardzo to rozumiałam.

4. Hugh Jackman w „X-Men(ach)”– jeśli nie jesteś Doktorem Coxem, to raczej na pewno lubisz Hugh Jackmana. Pointa do obrazka: nigdy nie próbuj mówić Wolverine’owi co ma robić. Zwłaszcza jak jesteś Cyklopem. Rany, jak ja nie przepadam za Scottem Summersem…

5. Dragon Ball Z– tak, zrobiłam to specjalne, umieściłam fragment z amerykańskim dubbingiem. W pierwszej odsłonie, środkowy palec występuje jako element grozy: Kuririn z niepokojem patrzy na wściekłego Vegetę, bo zdaje sobie sprawę, że nie ma z nim szans. Druga część, to próba ukazania Goku, że wcale nie taki super jego power level [uwaga, odsyłam do dziwnej przeróbki]. Chyba nie muszę dodawać jak to się zakończy.

6. Sarah Jessica Parker w „Sex and the City”– Carrie i jej miłosne zawirowania z Bigiem to z pewnością jedna z najbardziej rozpoznawalnych rzeczy w tym serialu. Nie raz i nie dwa współczułam tej bohaterce, gdy się gimnastykowała ze swoimi związkami.

7. Chris Pratt w „Guardians of the Galaxy”– tu właśnie Peter Quill w swój (jakże) charakterystyczny sposób udowadnia, że ma specyficzne poczucie humoru. No i w poważaniu cały ten kosmiczny system. Całkiem umiejętne wykorzystanie wyświechtanej kwestii.

8. Rowan Atkinson w „Bean”– tu akurat mamy do czynienia z brakiem zrozumienia pewnego zwyczaju. Jaś Fasola nieświadomie bowiem składa tak swe palce, bo myślał, iż otrzyma pozytywny wydźwięk. Rzecz jasna reakcje przechodniów będą dość konkretne.

A na koniec bonus w postaci filmiku. Między 30 a 40 sekundą pojawia się fragment z mangi „One Piece”, który ocenzurowano w anime. Dotyczy postaci będącej głównym bohaterem linku, czyli Trafalgara Law. Pierwszej osoby, ukazującej ów niezręczny palec w serii (polecam nie oglądać całości, bo może zawierać spoilery).

Trzeci karnawał blogowy.

Trzeci rok, trzeci karnawał- cóż to za intrygujący wysyp trójek w tym miesiącu.

http://www.deviantart.com/art/That-Meeting-at-the-Carnival-2-105419470

 

1. Wielki natłok powtarzających się recenzji– istnieje taka moja zasada, że jeśli zasugeruję komuś temat, to raczej na pewno go zalinkuję.

2. One skończyły z aktorstwem– bardzo podoba mi się końcowa refleksja w tym tekście.

3. Nieśmiałość- studium przypadku. Mam w sobie nutkę takiego laika psychologa i lubię czytać podobne wpisy.

4. Mysia Straż – komiks z myszami, czemu ja tego wcześniej nie zauważyłam.

5. Mój problem z Batmanem– czytanie rzeczy z zupełnie odmiennej perspektywy niż moja (lubię Batmana) jest co tu dużo mówić, ciekawa. Plus komentarze pod tekstem.

6. Czysta Perfekcja- Whiplash– bo poczułam się zainteresowana tym filmem.

7. Serialkon: Big damn five by five– czyli Aeth i jej relacja z pierwszego konwentu o serialach.